Nie przegap
Strona główna / Euro 2012 / Three Days After, czyli Euro 2012 z mojego punktu widzenia

Three Days After, czyli Euro 2012 z mojego punktu widzenia

Wielkie imprezy tworzą spore pole do popisu dla całej armii dziennikarskiej. Przed pisać można zapowiedzi, w trakcie sprawozdania, zaś po podsumowania. Dziś, w trzy dni po finale Euro 2012, łatwo domyślić się, co króluje we wszelakiej maści środkach masowego przekazu. Zgodnie więc z panującym trendem, za podsumowanie wezmę się i ja – z tym, że nie od tej strony Euro patrząc.

Punktów widzenia dostępnych jest kilka. Znajdziemy kierujących się sercem: wyrażających się w samych superlatywach kibiców cieszących się wciąż radością płynącą z turnieju czy też malkontentów, którzy krytykę sprzed Euro kontynuują, wciąż czyniąc defetyzm wszechobecnym. Znajdziemy też analityków, wnikliwie wpatrujących się przez swoje szkiełko, sporządzających szczegółowe sprawozdania finansowe, kreślących przyszłość naszego kraju, wybierając blaski i cienie, zarówno jeżeli chodzi o organizację, jak i grę każdej z drużyn.

Nie zamierzam takich postaw potępiać – każda na swój sposób jest przecież przydatna. Niektóre stwarzają komentującym iluzję władzy (nieraz się urzeczywistniającą), inne zebrane do większego grona mogą złożyć się na całkiem przydatny obraz. Nie zamierzam jednak ich też powielać – spojrzeć wolę z perspektywy oka.

Prolog

Nie jest to chyba szczególnie szczęśliwe słowo, gdybyśmy opisać mieli pierwsze 28 z 31 spotkań Euro. Tak jednak przedstawiał się widok z okna mieszkańca przeciętnego, 30-tysięcznego miasteczka, z drobną i pełną niedopracowań strefą kibica na miejskim rynku, bez jakiegokolwiek uczestnika turnieju w pobliżu, nie wspominając już o mieście-gospodarzu. Owszem, były elementy ważne – któż śmiałby negować wagę trzech meczów reprezentacji Polski, skoro nawet tu całe osiedla roiły się od biało-czerwonych flag doczepionych do aut czy balkonów? – ale jednak uczestnictwo w turnieju było na swój sposób ograniczone.

Na ekranie telewizora (specjalne podziękowania kieruję do miejscowej spółdzielni mieszkaniowej, która wpierw triumfalnym tonem ogłosiła, że z tej okazji na terenie osiedla bezpłatnie odbierać można sygnał cyfrowy, by następnie doprecyzować, że stanie się to za około tydzień patrząc od 6 czerwca) widać sporo – widziałem kompromitację Holendrów i Rosjan (ale o tym, i o innych moich lukach w wizji na końcu), widziałem walecznych trochę Polaków i trochę bardziej Ukraińców (postawa gospodarzy to temat na inny tekst), widziałem Irlandczyków niepoddających się zarówno na murawie, jak i (zwłaszcza!) trybunach.

I tym razem uśmiech nie na miejscuWidziałem też Greków, którzy po szczęśliwym rozwiązaniu w fazie grupowej przez moment po wyrównującym golu Samarasa mieli nadzieję, że magiczny (czy to magia dobra, czy zła, to już kwestia indywidualna) sen sprzed ośmiu lat nawiedzi ich ponownie, mających do golu Ronaldo podobne nadzieje Czechów (tych samych, którzy schodzili boleśnie obici w starciu z Rosją), Francuzów, których marzenia o powrocie do elity odłożyć trzeba na kolejne lata oraz wreszcie Anglików, którzy w fazie grupowej zawierzyli swojemu nowemu liderowi (co nie mogło mieć miejsca na poprzednich turniejach, gdy bezmyślnie do środka pomocy wstawiano Lamparda i Gerrarda), by później, gdy w ćwierćfinale Stevena znad Mersey opuściły siły, odkryć, że w zasadzie nie mają planu zastępczego.

A co z innymi, których w strefie medalowej zabrakło? Mieliśmy przecież Duńczyków, którzy kontakt nawiązali z każdym ze swych rywali, choć pomyślnie skończyło się to tylko w pierwszym starciu, Chorwatów, którzy awans przegrali wyjątkowo pechowo, bo minimalnie i dodatkowo z dwójką późniejszych finalistów i Szwedów, którzy też triumf mieli za każdym razem na wyciągnięcie ręki, ale dwukrotnie tracili prowadzenie. Historia każdej z ekipy zasługuje na osobny tekst, ale z żadną nie związałem się bliżej niż przez widok z ekranu telewizora, stąd nie tutaj stawiać im będę pomniki.

Finał

Kolejną nazwą też rozporządzam nietypowo – kto finałem Euro nazywa dwa półfinały? Pierwszy z nich, będący jednym z ciekawszych widowisk tych mistrzostw (prócz tego wyróżnić można choćby mecz Anglia – Szwecja), jak zresztą znaczna większość starć z udziałem Portugalczyków, był meczem pożegnalnym Ronaldo i spółki – pożegnaniem jednak niezwykle udanym, bo poprzez zdominowanie przez sporą część meczu przyszłych mistrzów Europy i porażkę pechową, dopiero w karnych.

Dach Narodowego - dziś otwartyNie różnił się on jednak zbyt bardzo od starć poprzednich – wciąż obserwować go mogłem jedynie na ekranie telewizora. Na zaliczenie do grona „finału” jednak zasłużył – choćby tym, że poprzedzał on kolejny półfinał, będący dla mnie kolejnym potwierdzeniem teorii, że choć w telewizji widać sporo, to na stadionie widać wszystko. Jako szczęśliwy posiadacz biletu (którego losy same w sobie mogłyby zająć kilka akapitów), zasiąść mogłem bowiem na trybunach Stadionu Narodowego, wiążąc się tym samym kontaktem wzrokowym zarówno z Niemcami, jak i Włochami.

Stadion wrażenie zrobił spore, choć też nie zaszokował nawet widza dość ubogiego jak dotąd w piłkarskie doświadczenia. Zanim jednak na stadion dotarłem, czekało mnie sporo – najpierw zerwanie się z łóżka tuż po piątej rano, potem czterogodzinna podróż pociągiem, wreszcie godzinny marsz pod Narodowy, po czym nastąpiło okrążenie go w poszukiwaniu dogodnego wejścia na stadion. Ostatecznie, po kilkunastominutowej serii kontroli na przemian z czekaniem w tłumie (w którym można było zauważyć choćby Macieja Skorżę z rodziną), udało się znaleźć odpowiednie krzesełka (w sektorze znajdującym się obok sektora włoskiego) i nań zasiąść.

Hymny z flagami w froncie i flagą w tleWidok z trybun był dobry, choć mankamentów wymienić można sporo – średnio wygodne krzesełka (choć kibic i tak raczej stoi), zaśmiecenie całej okolicy matami (tymi samymi, z których powstawały flagi w czasie prezentacji obu drużyn – byłem jednym z elementów koloru czerwonego we fladze włoskiej), horrendalne ceny produktów, jak 8 zł za półlitrową butelkę wody mineralnej (choć do tego i tak można już się było przyzwyczaić) czy kwestia, za którą winić mogę tylko piłkarzy – wszystkie bramki padające po przeciwnej stronie boiska. Oczywiście wady te były drobne, i choć wymieniać mógłbym jeszcze długo (choćby to, że sektor obok, z którego widok był niemal identyczny, wypadał znacznie lepiej cenowo, wart 420 złotych taniej za miejsce), żadna tak naprawdę nie była w stanie przesłonić ogólnej atmosfery święta.

Co przykuło jeszcze moją uwagę? Fakt, że każda próba zrobienia fali meksykańskiej kończyła się zderzeniem o sektor VIP-ów lub sektor niemiecki, niemiecka para, która po głośnym dopingu przez cały mecz, natychmiast po ostatnim gwizdku sędziego stwierdziła, że scheisse, po czym udała się w kierunku wyjścia, nowe gwiazdy telewizji – Super Mario Bros, którzy siedzieli w zasadzie na wyciągnięcie ręki, niosący się bez przerwy doping „Pol-ska Biało-Czerwoni!” (nie tylko po trybunach, ale i przez całą noc ulicami Warszawy), zaintonowane wpierw przez Polaków „Auf wiedersehen, auf wiedersehen, Deutschland, Deutschland, auf wiedersehen”, później powtarzane przez Włochów… Tego też całkiem sporo, nieprawdaż?

Zaczęli!A co z najważniejszym – meczem? Na poziom narzekać nie sposób – mecz trzymał w napięciu do samego końca, obfitował w bramkowe okazje i narzekać można tylko na to, że bohaterem okazał się piłkarz, w kierunku którego nie omieszkałem krzyknąć czegoś o jego barwach klubowych. Nawet fakt, że moi faworyci polegli – kibicowałem bowiem opcji niemieckiej – zmienił niewiele, bowiem w nadchodzącym finale Euro (dla mnie będącym ledwie zakończeniem, pozbawionym punktu kulminacyjnego) i tak od początku optować miałem za zwycięzcą warszawskiego półfinału, choć obie ekipy wcześniej odprawiły innych moich kandydatów do triumfu – Anglików i Holendrów.

Jeszcze jeden

Po 30 meczach czas wybił dla tego ostatniego spotkania opatrzonego numerem 31. Jak wiecie, kibicowałem Włochom, i, co wiecie również, Włosi przegrali. Przegrali tak samo jak wcześniej Polacy, Holendrzy, Anglicy, Portugalczycy i Niemcy, czyli mimo mojego wsparcia. Wniosek może być tylko jeden – szczęście oszczędza siły na sezon 2012/2013.

Może nie trafiłem za dobrze z sympatiami kibicowskimi, ale na turniej narzekać nie będę. W każdym ze spotkań choć raz piłka wpadała do siatki, wygrała drużyna mimo wszystko najlepsza, zabrakło wypaczających turniej błędów sędziowskich (bo Chorwaci i tak nie wyszliby z grupy, gola Ukraińców i tak być nie powinno, Grekom i tak czerwona kartka nie zaszkodziła…). Za Hiszpanami nigdy nie przepadałem, choć okazjonalnie kibicowałem im (jak w finale Euro 2008, gdzie po raz ostatni do 1 lipca bieżącego roku widziałem Hiszpanię grającą jeszcze względnie ciekawie), ale jedno przyznać trzeba – to gigant o solidnych podstawach, który nawet w słabszym dniu jest w stanie zwyciężyć rywala. To, jak oglądające dziś tę reprezentację pokolenia zapamiętają podopiecznych del Bosque rozstrzygną pewnie następne turnieje, ale już teraz wiadomo, że zapisanie się po raz kolejny w historii we wcale nie pięknym stylu wielu fanów im nie przysporzy.

Najlepszy?Kto był najlepszym piłkarzem Euro? UEFA wybrała Iniestę, Castrol wyliczył, że był to Ramos, ale ja stawiam na Casillasa. Przez cały turniej nie zawodził, pokonany został ledwie raz, i to w pierwszym meczu, dodatkowo zaimponował mi po raz kolejny postawą już po samym finale, gdy zamiast cieszyć się ze swymi kolegami, pobiegł czym prędzej pocieszać Włochów. Kto okazał się najlepszy w Waszej opinii?

Cóż mogłem poradzić?Zgodnie z obietnicą powróćmy jeszcze do mojej wizji. W kilku kwestiach miałem rację – w półfinale zagrały drużyny tylko z grup B i C (która z nich okazała się faktycznie grupą śmierci i jak ją definiujemy – jako grupę najlepszą czy grupę, która tak wyssała siły w niej grających, że później ponieśli porażkę?), zaś w finale tylko z jednej z tych grup. Wytypowałem poprawnie trzech półfinalistów – jedynie Holendrzy, w których upatrywałem triumfatora turnieju, polegli w grupie, zastąpieni ostatecznie przez Portugalczyków. Niestety, co do finalistów szczęścia nie miałem.

Bliżej faktycznego stanu był JakubA, jedyny uczestnik organizowanego naprędce konkursu – wytypował dobrze także trzech półfinalistów (w tym jeden mecz, Portugalia – Hiszpania, całkowicie poprawnie), dodatkowo trafił z odpadnięciem Holendrów w grupie (zamiast tego w jego wizji w grupie odpadli Włosi). Niestety nie wiem, jak poszło mu typowanie finału – tego ostatecznie nie odważył się uczynić.

To już koniec. Wybrzmiewają ostatnie akordy Euro, kończy się piękny miesiąc, ale zaczyna się powoli coś nowego – Igrzyska Olimpijskie, później sezon Premier League. Euro skończyło się jak każdy wielki turniej przed nim, a teraz, gdy już skończą się wszelkie podsumowania, jak to, nadejdzie czas, by powrócić do szarej rzeczywistości i spojrzeć na to, co zostało po tegorocznych Mistrzostwach Europy. Za niedługo zostaną tylko wspomnienia – w tym moje, kiedy widziałem, jak na murawę pięknego Stadionu Narodowego wbiegają Włosi i Niemcy.

Przewiń na górę strony