Nie przegap
Strona główna / Inni / Radość potrójna

Radość potrójna

Radość potrójna
Dawno otwarcie rundy wiosennej Ligi Mistrzów nie miało na mnie tak dobrego wpływu. Nowy system ustalania terminarza umożliwił wielu fanom United obejrzenie na żywo spotkań dwóch innych angielskich klubów. Ową szansę wykorzystałem i nie żałuję, ba, obie potyczki uradowały moją nie zawsze skromną osobę potrójnie, gdyż sukcesy obu londyńskich ekip miały w sobie każdy trio bardzo istotnych aspektów. A ponieważ 2×3=6, humor mam na szóstkę.

»Nowa potęga, nie tylko w Premier League?

Spurs – lubię to!

Wydaje się, że Tottenham Hotspur to klub z Premier League, którego przynajmniej polscy kibice Manchesteru darzą największą sympatią. Istnieją różne teorie wyjaśniające to zjawisko. Jedni upatrują przyczyn takiego stanu rzeczy w ciekawym stylu gry Kogutów – trzeba przyznać, że zasnąć na ich spotkaniach się nie da. Inni głoszą, że to kwestia braku spięć na linii Old Trafford – White Hart Lane w ostatnich latach. Na redlogowym czacie podczas meczu można było z kolei przeczytać, że źródłem są zarówno sympatyczni zawodnicy, jak i niezwykła umiejętność Tottków zabierania punktów czołowym zespołom ligi przy jednoczesnym oszczędzaniu Czerwonych Diabłów. Prawda oczywiście jest niejako scaleniem rzeczonych poglądów. W każdym razie, cieszę się, iż to właśnie podopieczni Harry’ego Redknappa mają wielką szansę znalezienia się w ćwierćfinale Pucharu Europy.

To nie jest takie oczywiste. Pamiętamy, jak pod koniec poprzedniego sezonu dopiero bezpośredni wyjazdowy mecz z Manchesterem City zdecydował o tym, która z dwóch ekip posiądzie prawo gry w eliminacjach Ligi Mistrzów. Nie wypada nawet przypominać naszej radości z widoku smutnego Karola z Argentyny w małym stopniu rekompensującej smutek spowodowany ostatecznym zwycięstwem The Blues. Wielu znawców wróżyło wówczas, iż trzeci w kolejce londyńczycy będą w stanie cokolwiek zwojować w przeciwieństwie do wzmacniających się The Citizens. A tu zonk. Czas udowodnił wartość Bale’a i spółki.

Anglia >> reszta świata

Radość TottkówWszelkich niedowiarków znów spotkał zawód. Liga angielska kolejny raz objawiła swą moc. Przed spotkaniem nawet znajomy Arsenalowiec skreślał Kogutów w potyczce na San Siro. No tak, drużyna, która ma duże szanse na zakończenie sezonu poza pierwszą czwórką zezwalającej na grę Lidze Mistrzów przyjeżdża do lidera ligi włoskiej, na słynny stadion San Siro, do wielkiego AC Milanu. Spotkania grupowe z niebiesko-czarnymi mediolańczykami się nie liczyły – wszak to faza wstępna, tak naprawdę nie decydująca o niczym wielkim.

Zaczęło się miło, bo od samego początku zdecydowanie przeważali Spursi. Goście przez większość czasu rozbijali obóz na połowie gospodarzy i bawili się w prawie najlepsze. Prawie, bo przewagi udokumentować golem nie potrafili. Dopiero pod koniec pierwszych 45 minut Włosi przeprowadzili godną odnotowania akcję. Brakowało tylko prowadzenia.

Po przerwie podrażniona ambicja Włochów dała o sobie znać, czego wynikiem była… świetna obrona Gomesa, który świetną paradą utrzymał bezbramkowy remis. Z czasem frustracja miejscowych narastała, czego dowód dali Flamini i Gattuso. Jednak Tottki też doszły do głosu. Pierwszy błysk zaliczył Rafael Van Der Vaart – Holender niesygnalizowanym, technicznym strzałem mógł zdobyć przepiękną bramkę, jednak piłka minimalnie minęła spojenie. O końcowym wyniku przesądził rajd jedynego w swoim rodzaju w tym elemencie – Aarona Lennona. Malutki Anglik popędził przez pół boiska, ograł na sporej prędkości obrońcę i odegrał do lepiej ustawionego Croucha. Gigantowi pozostało tylko dołożyć nogę, by móc świętować czwarte trafienie w tych rozgrywkach.

Milan nie potrafił odpowiedzieć. Ibrakadabra (jak ku frustracji wielu Szweda raczył nazywać polski komentator) co prawda wbił piłkę do siatki, lecz cieniutki na przestrzeni całego spotkania arbiter tę jedną decyzję podjął słusznie i podyktował wolny dla gości, za podstawę uznając faul w ataku Zlatana.

Generalnie, Tottenham Hotspur pozostawił dużo lepsze wrażenie. Spursi zagrali z większym zaangażowaniem, przeważali, świetnie wykonywali założenia taktyczne obrane w szatni. Gdy porównamy ich do italijskich faworytów, wypadają jeszcze lepiej. Poza przebłyskami Rossoneri nie pokazali nic szczególnego, kiepski mecz zagrał przede wszystkim atak, natomiast frustracja udzieliła się innym formacjom, czego dowód dali choćby Gattuso i Flamini. Właśnie…

Pamięć odświeżona

Gattuso vs. JordanCzasami wydaje mi się, że albo przesadzam, albo Włosi i ich filozofia piłki nożnej znormalnieli. Wtedy zazwyczaj dane jest mi oglądnąć jakieś spotkanie w ich wykonaniu, by wyjść z błędu. Oni się nie zmieniają – to ja dzięki szczęśliwym kolejom losu nie mam okazji ich obserwować na bieżąco. Te same chamstwo, prowokacje, cwaniactwo i bezmyślna, niepotrzebna brutalność, które definiowały italijski futbol na przestrzeni lat, wciąż są ich znakiem firmowym. Po raz kolejny przekonałem się, że na jakąś rewolucję w tej materii liczyć nie należy.

Pokaz stałych elementów gry właściwych Półwyspowi Apenińskiemu zainicjował były gracz Arsenalu – Matthieu Flamini, który najwidoczniej pilnie przepracował niecałe trzy lata spędzone w kraju Silvio Berlusconiego i Roberto Cecona. Ni stąd, ni zowąd, Francuz bez jakichkolwiek sportowych czy moralnych hamulców zaatakował Vedrana Corlukę.

Gattuso grozi PeterowiW tym momencie sędzia postanowił wtrącić swoje trzy grosze – pokazanie piłkarzowi Milanu tylko żółtej kartki dodatkowo podgrzało atmosferę, nie mówiąc już o nijakim stosunku wymierzonej kary adekwatnej do rzeczonego bandyckiego czynu. Nic dziwnego, że za chwilę mieliśmy następne starcia. Tym razem świrował niezawodny w takich sytuacjach Gennaro Gattuso. Obydwa spięcia jego autorstwa zasługiwały na wyrzucenie z boiska. „Ekspresyjny” Włoch poturbował asystenta Harry’ego Redknappa – pana Joe Jordana oraz nie raz uderzał Petera Croucha. Swoją drogą starcia na linii Crouch-Gattuso miały także komiczną stronę – widok nie największego Włocha wygrażającego palcem tuż przed oczami wyższego o ćwierć metra Anglika musiał budzić śmiech. Z kolei arbiter tego spotkania po raz wtóry wykazałGattuso vs. Crouch się brakiem męskich atrybutów i pomimo bliskiej obecności swej tudzież asystenta, nie sięgnął po żaden z kartoników. Żółtko, któremu Gattuso zawdzięcza absencję na White Hart Lane, zostało pokazane jakiś czas później za relatywnie niegroźne zagranie.

Po ostatnim gwizdku Stephane’a Lannoy kapitan AC Milanu postanowił odreagować. Bójkę po jakimś czasie zażegnano, a głównego prowodyra zneutralizowali koledzy z teamu. Wybryki boiskowego dowódcy Rossonerich zostaną zapewne zapamiętane długo. Na myśl przychodzi natomiast sytuacja naszych niebieskich sąsiadów, których kapitan znajduje się na podobnym co Gattuso poziomie ewolucyjnym. Poniżej filmiki, w których zmontowano sceny z wtorkowego meczu, gdzie główną rolę odgrywał jegomość o inicjałach do złudzenia przypominających skróconą nazwę popularnego komunikatora internetowego. Polecam szczególnie reakcję na żółtą kartkę :)

FrustracjaZastanawia tylko, co z tymi dwoma delikwentami uczyni UEFA. Na zdrowy rozsądek obaj powinni otrzymać wielomeczowe wykluczenie. Niestety, wszyscy wiedzą, że w przypadku instytucyj pokroju FIFY, UEFY, PZPNu etc. zdrowy rozsądek to najgorszy doradca proroków przepowiadających ich decyzje. Nie zdziwię się, jeżeli starsi i mądrzejsi powołają się na tzw. niezawisłość sędziego, a komentarz do werdyktu zabrzmi mniej więcej tak: „Arbiter uznał, że należy się żółta kartka, więc nic nie możemy z tym zrobić. Gdyby pokazał kartkę czerwoną, wówczas mielibyśmy formalne narzędzia pozwalające na nałożenie dłuższej absencji na oskarżonego.” I zadek zbity.

Pozostaje cieszyć się bądź co bądź z upokorzenia mediolańczyków na ich własnej ziemi, a także faktu ich niemal pewnego odpadnięcia. Tottenham z Balem w składzie powinien pokusić się nawet o zwycięstwo, nie mówiąc już o utrzymaniu korzystnego rozstrzygnięcia dwumeczu. Włosi znajdą się tam, gdzie ich miejsce – za Anglikami.


Come on England!?

Dzień następny przyniósł wydarzenie, na które czekał ponoć cały piłkarski świat. Dziwnym zrządzeniem losu (ileż takich zrządzeń miało miejsce w ciągu ostatnich sezonów?) dane nam było być świadkami starcia Arsenalu z FC Barceloną. Znów na niekorzyść ekipy angielskiej pierwsze spotkanie rozegrać trzeba było na Wyspach. Mecz zapowiadał się bardzo ciekawie z racji zapowiadanego rewanżu za ubiegłoroczną klęskę, zamieszania transferowego wokół rdzenia ekipy Wengera – Cesca Fabregasa czy chociażby spotkania się dwóch ofensywnie usposobionych teamów.

Podobnie jak dzień wcześniej Angole mieli odpaść, prawda, iż po walce w pierwszym spotkaniu, ale pozbawiono ich większych szans w końcowym rozrachunku. Najbardziej prawdopodobną wersją było podwójne zwycięstwo Katalończyków, pewnie podążających drogą ku ostatecznemu triumfowi, jednak brano pod uwagę ewentualny sukcesik Kanonierów na własnym terenie, zawdzięczany głównie ambicji i młodzieńczemu zapałowi. Arsenal sensacji zatem nie sprawił, lecz miło zaskoczył.

Należy przyznać, że nieco lepiej dysponowana Barcelona wykorzystałaby więcej niż jedną sytuację, które nadarzyły się głównie w pierwszej połowie. The Gunners odgryzali się przyjezdnym, ale na przemian brak zdecydowania lub dokładności nie pozwalał na zapunktowanie. Okres wyszumienia się gości zamknął wynik 0:1.

Celebracja Van PersiegoW drugiej połowie Barca spuściła z tonu, co Kanonierzy wykorzystali dopiero 12 minut przed końcem standardowego czasu gry. Głównym bohaterem bramkowej sytuacji okazał się hiszpański golkiper; przy strzale z ostrego kąta słabo grającego dotychczas Van Persiego stanął on ok. pół metra od krótkiego słupka, pozostawiając lukę wystarczająco dużą, by zmieściła się tam futbolówka. Słowem – stary, dobry Valdes powrócił. Trzysta sekund później świetna kontra gospodarzy dała im prowadzenie. Gol wprowadzonego kwadrans wcześniej Arszawina możliwy głównie dzięki pracy wykonanej przez Samira Nasriego. Londyński stadion eksplodował i w euforii pozostał do końcowego gwizdka.

To 2:1 oznacza, że marzenia, by czołowy brytyjski zespół okazał się chłopcem do bicia dla mistrza Hiszpanii na angielskiej ziemi prysły niczym bańka mydlana. Zdaje się, że plan minimum został wykonany. Przed Arsenalem wciąż daleka i wyboista droga do awansu, tym bardziej, że na Camp Nou bez solidnego wsparcia defensywy trudno będzie o jakikolwiek sukces. O ile jednak angielscy, w miażdżącej przewadze tylko z powodu miejsca występów, podopieczni Arsene’a Wengera nie pozwolą na następną sromotną klęskę na Półwyspie Iberyjskim, smutni być nie powinniśmy. Obecny wicelider Premiership już osiągnął więcej niż przewidywano.

Rośnie nam bramkarz

Wygrał Arsenal, a zatem i nasz rodak. Kreowany nie tylko przez polskie media na przyszłą gwiazdę Wojciech Szczęsny zadebiutował w Champions League. Po wykorzystanych szansach w spotkaniach Premier League nadszedł czas na chrzest bojowy w warunkach europejskich. 21-letni golkiper zgodnie z zapowiedziami panów w studio potwierdził swój potencjał, a także obecną wartość.

Przy jedynej puszczonej bramce nie miał nic do powiedzenia. Podobnie jak w sytuacji sam na sam z Messim, gdyby Leo zachował się lepiej – mimo to zachował się jak na rasowego bramkarza przystało. Świetnym wyczuciem popisał się również pod koniec meczu, kiedy to przeciął kluczowe podanie w okolicach własnego pola bramkowego. Podsumowując, do gry Wojciecha przyczepić się nie można w żaden sposób.

Szczęsny vs. MessiForma Szczęsnego daje do myślenia wielu osobom. Polska brać kibicowska upatruje w tym chłopaku bramkarza reprezentacji na wiele przyszłych sezonów, w tym osławione Euro 2012. Są ku temu powody – dawno nasz rodak, szczególnie w tym wieku, nie miał tak mocnej pozycji w zespole tej klasy. Pytania o tę pozycję zadaje sobie zapewne także Arsene Wenger. Czas kontuzji Łukasza Fabiańskiego miał być okazją do przetarcia młodszego z Polaków. Okazuje się, że Szczęsny, syn Macieja, już teraz ma wystarczające argumenty, by na stałe zająć miejsce między słupkami najważniejszej bramki na Emirates Stadium. Orzech do zgryzienia niełatwy, szczególnie w kontekście niedawnych wypowiedzi promujących Fabiańskiego. Na moje oko, Wojciech wkrótce stanie się bramkarzem o klasę lepszym od swego głównego rywala. Posiada wszystko, co potrzebne w skutecznym bronieniu na angielskich murawach; do chwili obecnej nie zdarzały mu się wpadki, jakie w miarę cyklicznie notuje Łukasz. Gdybym musiał postawić pieniądze, nie zawahałbym się i wybrał byłego piłkarza Brendford.

Fakt kibicowania United niejako zobowiązuje mnie do porównania sytuacji jego i Tomka Kuszczaka. Nasz rezerwowy w moim mniemaniu również mógłby od jakiegoś czasu z powodzeniem regularnie występować w pierwszym składzie. Szkopuł tkwi głównie w osobie konkurenta. Edwin Van Der Sar to żywa piłkarska legenda, nie do wygryzienia ze swej pozycji dopóki czynnie uprawia sport. Inaczej sprawy miały się w Arsenalu. Za czasów Fabiańskiego Wenger najpierw stawiał na staczającego się już po równi pochyłej Jensa Lehmanna (sprzedanego do ligi niemieckiej), następnie na Manuela Almunię, który pewnego poziomu nigdy nie przeskoczył, a nieraz zdarzało mu się równać do dołu. Fabiański zrobił swoje i wywalczył przenośne pięć minut, jednak idealny nie jest. Z wypożyczenia wrócił Szczęsny, dla którego Fabian jest rywalem do przejścia. Co do Kuszczaka – jestem pewien, że gdyby Tomek został parę lat temu Kanonierem zamiast Łukasza Fabiańskiego, dziś to on musiałby się obawiać o bluzę z numerem 1, acz miałby zdecydowanie większe szanse na jej utrzymanie.

Utrzeć nosa boskiej Barsie

W tym przypadku kwestia przeciwnika pozostawionego w przegranym polu jest chyba jeszcze ważniejsza niż w rywalizacji Tottenhamu. W styczniu skrobnąłem parę szczerych słów oddających mój stosunek do FC Barcelony, Leo Messiego i całej otoczki z nimi związanej. W materii tej nic się nie zmieniło, trudno się więc spodziewać, aby porażka Dumy Katalonii mnie nie obchodziła.

»Zamessijcie się wszyscy na raz!

Już w niedzielnym Cafe Futbol symptomy niezdrowego uwielbienia Barcy dały o sobie znać. Widz mógł dowiedzieć się na przykład, że sekret ładnej dla oka gry Arsenalu tkwi w czerpaniu jedynych słusznych wzorców z obecnie najlepszej ekipy na zachód od Pirenejów. Mecz transmitowany przez Polsat zapowiadał się wyjątkowo, gdyż w końcu podopieczni Guardioli mieli okazję zmierzyć się z kimś, kto uprawia futbol choć w przybliżeniu tak piękny, jak oni. Nie to, co te prymitywy z Interu, którym należał się zasłużony prysznic.

Robin Van PersiePrzedwczoraj seans uświadamiania ciemnogrodzkich niedobitków trwał z różną intensywnością równolegle do spotkania w Londynie. Pan Przemysław Pełka zaszczycił mnie swoim głosem wywodzącym dobitnie, że cały skład gospodarzy wraz ze sztabem trenersko-lekarskim, a najlepiej i kibicami powinni zainwestować w worki pokutne, paść na twarze i bijąc czołami o zieloną murawę dziękować za łaskę, jaką wielka Barcelona wyświadczyła im poprzez swoje przybycie. Po pewnym czasie onieśmielony tymi niebywałymi mądrościami mój system nerwowy zaczął filtrować dźwięki przezeń wydawane, wzmacniając śpiewy z trybun. Żałowałem tylko, że nie dane było przemawiać na bieżąco panu Kołtoniowi – oj, bez odpowiedniej ofiary złożonej na szybko skleconym ołtarzu by się nie obyło…

Żarty żartami, ale utarcie zadartych pod niebiosa nosów czcicieli Barcelony i Lwiego Bożka to rzecz warta świeczki bądź nawet trzech. I to zapachowych. Świadomy tego, że Katalończycy wciąż pozostają słusznym faworytem w kwestii awansu, mam niebywałą nadzieję na korzystny wynik za dwa tygodnie. Zdaje się, że z początkiem marca Arsenal może dostarczyć potężniejszych bodźców do świętowania niźli nawet Manchester United, odprawiając z kwitkiem Marsylię.


Nie pamiętam, kiedy ostatni raz na bramkę strzeloną przez Arsenal zareagowałem podskokiem połączonym z okrzykiem. O ile w bardzo ciekawej (także z racji wyniku pojedynku Romy z Szachtarem) serii rewanżowej wciąż większość z nas będzie niezwykle mocno trzymać kciuki za Kanonierów, o tyle nie mam wątpliwości, iż już w ten weekend sytuacja wróci do normy, a z nią nasz stosunek do poczynań podopiecznych Wengera. Natomiast z Tottkami powinno być odwrotnie, gdyż po wskoczeniu na czwarte miejsce w tabeli ligowej mają niepowtarzalną możliwość niewpuszczenia Chelsea do Big Four.

Liga Mistrzów rozkręca się na dobre. Angielska liga po niedawnym spuszczeniu z tonu w turniejach europejskich zdaje się wracać na należne jej miejsce. Mam nadzieję, że nasze wsparcie kierowane przede wszystkim ku Czerwonym Diabłom, ale także Kogutom i Kanonierom pomoże im we wspinaczce na wysoką pozycję tegorocznej edycji Pucharu Europy. Ku chwale Premier League. Aha, zapomniałbym o Chelsea… Oj tam, oni niech odpadną z Kopenhagą; trzy angielskie drużyny na osiem pozostających w grze całkowicie nam wystarczą.

Przewiń na górę strony