Nie przegap
Strona główna / Premiership / Nowa potęga, nie tylko w Premier League?

Nowa potęga, nie tylko w Premier League?

Nowa potęga, nie tylko w Premier League?
Manchester United, Chelsea Londyn, Arsenal i Liverpool. Jeszcze dwa lata temu nikt nie pokusiłby się o stwierdzenie, że któraś z tych ekip mogłaby wypaść z czwórki najlepszych angielskich zespołów. Potocznie nazywanej „Wielką czwórką”.

Przez ten okres czasy się zmieniły. Poważniejsze problemy finansowe Liverpoolu zdążyły przynajmniej na razie wyeliminować The Reds z walki o tytuł mistrza Anglii. Absencja drużyny z Anfield Road pozwoliła na rozwinięcie skrzydeł takim zespołom jak: Man City czy Tottenham. O ile Ci pierwsi na budowę drużyny przeznaczyli naprawdę „grube” miliony, to „Koguty” swoją świetną postawą, zarówno w klubie i na rynku transferowym, wysunęli się na szczyt bez takich ewentualności.

Nowa era na White Hart Lane

Słabe wyniki Tottenhamu od samego początku sezonu 2008/2009 doprowadziły do drastycznych kroków zarządu Spurs, który zdecydował się pożegnać z hiszpańskim trenerem – Juande Ramosem. Schedę po nim natychmiastowo powierzono równie doświadczonemu, prowadzącemu dotychczas Portsmouth – Harry’emu Redknappowi. Pierwszy sezon nie był może wyśmienity w wykonaniu Redknappa i spółki, jednak pierwszym głównym celem postawionym przez nowego bossa było wprowadzenie klubu do górnej części tabeli. W ostatecznym rozrachunku zespołowi przecież się udało, gdyż na koniec rozgrywek klub na czele z charyzmatycznym menadżerem zajął pewne ósme miejsce. Poprawę widać było także w grze zawodników, którzy pod wodzą Harry’ego odzyskali w sobie „to coś”… Znowu uwierzyli w siebie samych, czego świadkami mogliśmy być już w kolejnym sezonie, ale przejdźmy może do rzeczy…

2009/2010

Zespół z północnego Londynu rozpoczął nowy sezon z niewielkimi rotacjami w składzie. Do drużyny trafili tylko gracze z byłego klubu obecnego szkoleniowca Spurs – Portsmouth, w osobach pomocnika Niko Kranjcara i rosłego napastnika Petera Croucha. Przedsezonowe przygotowania dały odpowiedni skutek, czyli dobre wyniki coraz ambitniejszego zespołu. Miesiąc po miesiącu Tottenham trzymał się całymi siłami w ścisłej czołówce ligi, będąc na trzeciej, czwartej, bądź czasami piątej pozycji. Z dnia na dzień młoda ekipa zbierała coraz to większą ilość pochwał, oczywiście w pełni zasłużonych. Główne skrzypce w londyńskim zespole odgrywała trójka: Modrić – Defoe – Crouch, potrafiąca niejednokrotnie zachwycić dużą rzeszę fanów, nie tylko „Kogutów”. Ciekawie pokazywał się także piekielnie szybki Aaron Lennon, przy którego dryblingach, ręce same składały się do oklasków. Czas mijał, aż w końcu nadszedł maj, okres w którym we wszystkich ligach zaczyna się robić najciekawiej. Tak też było w Anglii, gdzie na kilka kolejek przed końcem szanse na czwartą lokatę miały aż cztery zespoły, w tym niedoceniany we wcześniejszych latach Tottenham. Ekipa pod wodzą 63-letniego Harrego Redknappa znajdowała się najwyżej spośród owej czwórki. Resztę stawki stanowiły: Manchester City, Aston Villa i Liverpool. Więc nie byle kto, a drużyny mające ogromne predyspozycje, na to by zakończyć kilkuletnie panowanie „Wielkiej czwórki”. I stało się. The Reds pod kierunkiem Rafy Beniteza nie zdołali odrobić kilkupunktowej straty, a passa została przerwana. Mistrzem Anglii została Chelsea, a czwartą drużyną bieżącego sezonu właśnie Tottenham Hotspur. I choć to The Blues po czterech latach trwogi sięgnęło w końcu po najważniejsze angielskie trofeum, kibice z White Hart Lane również okazywali radość i dumę ze swoich ulubieńców, którzy prawdę powiedziawszy zdecydowanie spisali się na medal, kwalifikując się do eliminacji Ligi Mistrzów. Po tak udanym sezonie sympatycy klubu z niecierpliwością oczekiwali na start kolejnych rozgrywek.

Liga Mistrzów i geniusz Bale’a

Cele postawione przez klub jak i przedsezonowe prognozy mediów dawało się odczuć „po kościach” zawodników. Spore oczekiwania nałożone na solidny, lecz niedoświadczony zespół stawały się z jednej strony miłe, lecz z drugiej nurtujące. Budowany od fundamentów klub może przecież „zjeść” presja. W okresie wakacji nie obyło się bez wzmocnień. Po wypożyczeniu Stipe Pletikosy, już w połowie sierpnia do drużyny dołączył utalentowany Brazylijczyk – Sandro. 21-latek, którego poprzednim klubem był Internacional, głównie przez znakomite warunki fizyczne przypominał młodego Patricka Vieirę. Jakiś czas później poinformowano o zakontraktowaniu Williama Gallasa, znanego z występów m.in. w Chelsea i ostatnio Arsenalu. Jednak nie były to jedyne głośne zakupy na White Hart Lane. Pod sam koniec okna doszło do naprawdę spektakularnej transakcji. Mowa o kupionemu z Realu Madryt Rafaelu Van der Vaarcie. Holender złożył podpis pod czteroletnią umową. I tak ze wzmocnioną kadrą i nowymi nadziejami Londyńczycy wystartowali w sezonie 2010/2011. Ruszyły rozgrywki ligowe, ale też i eliminacje do Ligi Mistrzów. Drogą losowania rywalem Redknappa i spółki okazał się być szwajcarski Young Boys.

Nie trudno było upatrywać faworyta dwumeczu, jednak w pierwszym starciu obu ekip los spłatał wszystkim figle. Gospodarze z Berna zaskoczyli nawet własną publiczność, prowadząc z bardziej znanym przeciwnikiem do 30. minuty przewagą trzech bramek. Dopiero usilne starania gości pozwoliły częściowo odrobić straty z trzech na jedno trafienie do tyłu. Pomimo porażki to „Koguty” zdawały być się w lepszej sytuacji przed rewanżem. Swoją wyższość udowodniły od samego początku aż do końca meczu, gdzie Anglicy rozgromili przyjezdnych 4:0. Absolutnie kluczową postacią Tottenhamu w tym spotkaniu był niesamowity Gareth Bale, który co rusz uciekał Szwajcarom swoimi rajdami. Tym sposobem dwukrotni mistrzowie Anglii mieli okazję zadebiutować w rozgrywkach Champions League. Kiedy 25 sierpnia los przydzielił im triumfatorów poprzedniej edycji – Inter oraz Werder i Twente – zadanie wywalczenia awansu wydawało się być niełatwą sprawą… W debiutanckim meczu turniejowym na arenie międzynarodowej, podopieczni Harrego Redknappa udali się do Bremy, gdzie jako rywala otrzymali niemiecki Werder. Dwukrotne prowadzenie graczy gości nadrobili w końcu zielono-biali, których wytrwałe dążenie do celu nie poszło na marne.

Mecz zakończył się remisem 2:2. Następne w kolejce, dwa tygodnie później, czekało holenderskie Twente. Gracze z Enschede znaleźli się w Champions League po okazaniu wyższości w rodzimej lidze. Wyjazd do Londynu nie okazał się jednak tak wesoły. Wyrównana walka można było oglądać w pierwszych 45 minutach, ale w drugiej części spotkania miała miejsce kompletna dominacja Spurs. Gospodarze rozprawili się z gośćmi 4:1. Prawie miesiąc w przód stało się to, na co czekali zarówno sympatycy Tottenhamu jak i Nerazzurrich. Teoretycznie i praktycznie najsilniejsze drużyny w grupie A miały stoczyć bój na Stadio Giuseppe Meazza w Mediolanie. Tak się stało. W pierwszej połowie istniała tylko jedna drużyna – Inter. Mistrzowie Włoch gromili angielski zespół 4:0. Kiedy wydawało się, że Interiści zostawili sobie kilka bramek w zanadrzu na drugie 45 minut, przebudzili się przyjezdni. Defensywa Nerazzurrich trzykrotnie nie poradziła sobie z walijskim skrzydłowym Garethem Bale’m.

21–latek popisał się dryblingiem oraz kunsztem strzeleckim. Niekiedy nawet napastnik mógłby mu go pozazdrościć. W następnej kolejce role się odwróciły, a spotkanie przebiegało pod dyktando gospodarzy z White Hart Lane. Kompletna dominacja „Kogutów” zaowocowała zdobyciem trzech trafień, na które Inter odpowiedział tylko jednym. Dwa pozostałe mecze to zwycięstwo nad Werderem oraz podział punktów z Twente. To właśnie zawodnicy „brudnego Harrego” zwyciężyli w grupie A, udowadniając niedowiarkom wyższość nad bardziej utytułowanymi Mediolańczykami czy ogranymi w tych rozgrywkach Bremeńczykami. Tottenham będzie mógł powtórzyć swoje wyczyny z Interem już w 1/8 finału rozgrywek, gdyż rywalem wskazanym drogą losowania został inny mediolański klub, a mianowicie AC Milan. Pierwsze starcie obu ekip zostanie rozegrane właśnie na Meazza.

Dobry u siebie, gorszy na wyjeździe

Co łączy ekipę Tottenhamu z Manchesterem United? Nie, nie transfery Berbatowa i Carricka. A to, że obydwie drużyny prezentują dobrą piłkę na własnym terenie, zaś kiedy grają na wyjeździe, idzie im słabiej. W tym przypadku Diabły w najgorszym razie remisują, inaczej wygląda sytuacja piątej obecnie siły Premier League, która to dotychczas zgarnęła na wyjeździe tylko 18 punktów. Czy to doping własnych kibiców sprawa, iż na White Hart Lane piłkarze Redknappa grają jak natchnieni? Kiedy przyjdzie im zagrać na innej murawie, automatycznie coś się w nich zamyka. W czym tkwi problem? Trudno powiedzieć, jednak jak najszybsze jego rozwiązanie mogłoby nawet lepiej niż dobrze wpłynąć na morale zespołu, który u siebie jest w stanie pokonać Barcelonę, natomiast na wyjeździe dać się ograć komuś z zaplecza tabeli.

Plany na przyszłość

Pod sam koniec mojego wpisu nasuwa się pytanie: „Jakie cele może postawić sobie zespół pokroju Tottenhamu Hotspur?” Według mnie drużyna wpierw powinna skupić się na rodzimej lidze, aby powtórzyć wyczyn z zeszłego sezonu lub nawet pokusić się o jeszcze bardziej kuszące lokaty. Chodzi przecież o to, aby zadomowić się na stałe w czołówce Premier League. Następnie spróbować zdziałać co nieco w Europie, gdzie z pewnością dawka świeżej krwi nie powinna zaszkodzić. Osobiście jestem zdania, że Tottenham jest w stanie wyeliminować z walki o Ligę Mistrzów sam Milan. Najważniejsze jest to, by nie dać się zdominować na San Siro, tak jak to się stało podczas potyczki z Interem. Jeśli zespół przegra golem, no może dwoma, zdobywając przy tym honorowe trafienie, jestem prawie pewien, iż przed własną publicznością podoła wyzwaniu i pokona Rossonerich przynajmniej kilku bramkową przewagą. Ale nawet, jeśli jakimś cudem udałoby się wygrać we Włoszech, nie wolno przede wszystkim zlekceważyć rywala, który jest niezwykle doświadczony na arenie międzynarodowej. Futbol jest przecież nieobliczalny i wszystko może się w nim zdarzyć, prawie wszystko.

Autor: Daniel „Daniello” Patrzyk

Przewiń na górę strony