Cantona who?

Gdy ktoś kiedyś spyta, w jakich piłkarskich czasach przyszło Wam żyć, większość z Was odpowie: „W czasach sir Alexa Fergusona, Ryana Giggsa, Davida Beckhama i Erica Cantony”. Gdy ktoś spyta, którego z nich uważaliście za najlepszego lub tego, który najlepiej zapadł Wam w pamięć, część z Was odpowie Cantona, a przynajmniej będzie poważnie brała go pod uwagę. Niestety, nie będę należał do tej grupy. Ku mojemu szczeremu smutkowi nazwisko Francuza znaczy dla mnie tyle, co nazwisko Mereditha czy Besta. Jest odległą legendą, którą znam li tylko ze słyszenia.
Jestem z rocznika 1991. Wbrew pozorom jest to dobry rocznik, choć co nieco młody wciąż. Pierwszy mój kontakt z piłką nożną to, a jakże!, rok 1999 i magiczne, wspaniałe i w ogóle ochy-achy The Treble. Co prawda nie pamiętam z tego czasu nic, ale mniej więcej wtedy się wszystko zaczęło. Dwa lata po zakończeniu kariery przez Króla Erica. Nigdy nie widziałem ani jednego meczu w jego wykonaniu, a nieliczne skróty czy zagrania zamieszczone na YouTubie to za mało, sami przyznacie, aby mieć jakiekolwiek pojęcie o tym, jakim zawodnikiem był najbardziej zasłużony dla angielskiej piłki Francuz (obok Arsene’a Wengera).
Nawet nasz naczelny upatruje swojego największego piłkarskiego idola w osobie Erica Cantony. Gdy zakomunikowałem mu, jaki będzie temat tekstu pogroził mi wirtualnym palcem i bliski był ekskomunikowania mnie z redlogowej rodziny. Jednak postanowiłem postawić się okoniem i opublikować ten krótki artykulik, gdyż czuję, że moja nieznajomość osoby Cantony, mimo iż żyłem i żyję w jego czasach jest dość istotna.
Piłka nożna dzieli się na pewne okresy, które możemy nazwać erami. Poza erami europejskimi czy światowymi mamy też takie lokalne, klubowe. Ktoś ostatnio napisał w komentarzu na Redlogu, że odejście Ronaldo, niezależnie od jego osobowości i okoliczności przenosin, oznacza zakończenie jednej z nich. Eric Cantona też stworzył pewnego rodzaju odrębny okres w historii Czerwonych Diabłów. Tego jestem świadom nawet mając te swoje niespełna osiemnaście lat.
Czy czuję się o coś biedniejszy? Z pewnością odczuwam pewnego rodzaju brak, kiedy ktoś mówi o początkach swojej przygody z United wiążąc go jednoznacznie z Cantoną, a ja wtedy mogę powiedzieć tylko, że w FIFA 99 strzelałem po 20 bramek na mecz na amatorze duetem Cole-Yorke, z czego połowę przewrotką. Radzio będzie się zachwycał rajdami Francuza, jego „Kung-Fu-Kickiem” (czy tylko mi kojarzy się to z Kung Fu Pandą?). Wielu uważa go za jedną z najwybitniejszych, jeśli nie najwybitniejszą obok Besta „siódemkę” United w historii. Ja natomiast nie mogę tego powiedzieć, gdyż zakrawało by to co najmniej na daleko idącą spekulację.
Poza tym, wydaje mi się, że Cantonie czegoś brakuje. A raczej jego legendzie. Czegoś spektakularnego, czegoś, co naprawdę zadziałałoby na wyobraźnię ludzi, którzy nie mieli okazji widzieć go na boisku i tylko słuchają o tym, jakim był zawodnikiem. Ok, zdobył wiele nagród klubowych, ale przecież dużo większą kolekcją może się pochwalić Ryan Giggs, a przy równie obfitym w nagrody roku co trzy poprzednie nawet van der Sar czy Nemanja Vidić. W piłce klubowej nie zdobył najważniejszego trofeum – Ligi Mistrzów – z reprezentacją narodową nie ugrał absolutnie nic. Kilka nagród indywidualnych robi wrażenie, ale czy aż takie, by był on tak wielką gwiazdą, jak się mówi? Gdybym miał oceniać na podstawie słowa pisanego powiedziałbym, że nie. Czyli to musiało być coś w jego grze. Coś, co dla mnie pozostanie abstrakcją i nigdy do mnie nie przemówi tak, jak według wielu z Was powinno.
Pewnie wielu z Was gdyby spotkało mnie teraz na ulicy popatrzyłoby z pobłażaniem, położyło ciężką, ciepłą dłoń na ramieniu i, patrząc na mnie ze współczuciem, powiedziało by: „Stary, nie wiesz, co straciłeś”. Cóż, nie wiem i być może dlatego nigdy nie będę tego aż tak bardzo żałował, jak powinienem. Cantona wśród wszystkich legend, których nigdy nie miałem okazji zobaczyć w akcji ma dla mnie najsłabiej zarysowany wymiar mitologiczny. Przyjmuję do wiadomości, że był świetnym piłkarzem, uwielbianym przez miliony, ale nigdy nie potrafię go postawić obok postaci, które zawsze były wychwalane pod niebiosa i stawiane za wzór cnót i umiejętności – od Mereditha, przez Besta, Charltona i Lawa, na Neville’u, Scholesie i Giggsie kończąc (swoją drogą ciekawe, czy ta trójka też kiedyś zostanie uhonorowana pomnikiem). Czy Cantona był wielki? Być może. Wierzę Wam i wielu innym na słowo.
Lubisz ten wpis?
Oceń ten wpis:

(2 głosów, średnia: 4,00 na 5)







Best wzorem cnót? Polemizowałbym :P. Trzeba po tych 12 latach odłożyć go trochę na półkę, bo to młodsze pokolenie (urodzeni już w latach 90′) ma innego Boga i doprawdy nie wiem, jak można stawiać go pod Cantoną. Piłkarza który osiągnął wszystko, pobija rekord za rekordem, trochę zapominanego przez szerszą rzeszę kibiców, ale jednego z najgenialniejszych w historii. I dla mnie najlepszym naszym graczem w dziejach był, jest i będzie Ryan Giggs.
Ja też jestem z 1991 i również nie uważam Erica za najwybitniejsza 7 w historii United. Dla mnie takim zawodnikiem był i będzie George Best i nic nie jest w stanie mnie przekonac abym zmienił swoje zdanie.
Cantony też nie miałem okazji oglądać, bo pierwsze mecze jakie pamietam to potyczki z Juventusem i być może kilka wcześniejszych meczy właśnie z sezonu The Treble.
Moim zdaniem jego legenda polega na jego osobowości, czsami szalonym pomysłom i nietuzinkowemu zachowaniu. Również to że gdy przyszedł do klubu zaczęlismy odnosic sukcesy. Być może był przywódcą w szatni, być może Fergie dawał znaki, że to on jest przewodnikiem tej druzyny i to odbijało sie na boisku. Niewątpliwie jednak był zawodnikiem, który decydował o sile United i to on tchnął ducha w ten niewyrazisty wtedy zespół.
A Mereditha czy Besta widziałeś? :P Też nie, tak samo jak ja. Niesttey,. młodsze pokolenie mnóstwo straciło. Ale większość starszych kibiców uwielbia Cantonę – nie tylkoz e względu na jego wspaniałą grę, nienaganną technikę, ale przede wszystkim za charakter. Ja to cenię w piłkarzach równie bardzo jak umiejętności. Cantona był bardzo przywiązany do United i jest dalej, co wielokrotnie powtarzał. I Cantona wielkim piłkarzem był :-)
… nie tylko ze względu na umiejętności, ale także ze względu na charakter.
Cantone rzecz jasna pamiętam doskonale. Nie mogłem wtedy tak często śledzić potyczek United jak teraz, często nawet aby poznać wyniki Diabłów musiałem ograniczać się do poniedziałkowej gazety, ale ile bym dał, żeby Erica oglądać w United dłużej. Jego wczesne odejście na emeryturę było dla mnie – wówczas 12-sto latka – niczym cios w szczękę.
Cantona był tak charaketerystycznym piłkarzem, że trudno było przejść obok niego obojętnie.
Ja również nie „załapałem się” na Cantonę i należę do pokolenia Beckhama (czy raczej Thurama i spółki, bo piłkarskim bakcylem zaraziłem się podczas mundialu we Francji).
Wydaje mi się, że odpowiedź na Twoje pytania, Wiktor jest dość prosta. Cantona przybył do klubu w chwili, gdy powoli zaczynała się stabilizować jego pozycja, jednak wciąż brakowało najważniejszego trofeum. Mistrzostwo Anglii przyszło już w pierwszym sezonie po transferze Cantony, a wciągu pięciu lat jego występów w Teatrze Marzeń zdobyliśmy jeszcze trzy tytuły Mistrzowskie, trzy Tarcze Wspólnoty i dwukrotnie Puchar Anglii.
Ale nie chodzi o same liczby, z którymi pewnie dobrze się zaznajomiłeś. Cantona, jak powszechnie wiadomo, był dobrym aktorem czy może manipulatorem. Bo który piłkarz decyduje się o przejściu na emeryturę (nawet nie o transferze do jakiegoś „cichszego” klubu) u szczytu kariery i w kwiecie wieku? Cantona odsłużył na Old Trafford zaledwie pięć lat – pięć tłustych sezonów, które mogły się nie powtórzyć… a które tylko rok dzielił od legendarnego The Treble. Odejście Cantony zszokowało wszystkich chyba bardziej niż pokaz Kung Fu z Crystal Palace.
Jestem jednak pewien, że Eric doskonale wiedział co robi – byc może zdając sobie sprawę z własnego spadku formy, być może mając na uwadze młodych to, że do składu pewnie wdarło się już nowe pokolenie. A może dał wyraz temu, co kilka lat później powiedział w wywiadzie „everything you love, you fear you will lose”. Cantona jako legenda musiał bać się przede wszystkim utraty szacunku kibiców i szacunku do siebie samego. Odejście w newralgicznym momencie zagwarantowało mu status Króla; sprawiło, że nawet smarki z rocznika ’91 kojarzą jego słynny kołnierzyk ;)
Choć z perspektywy czasu można polemizować czy legenda Cantony, tak jak legenda Giggsa, Scholesa czy Nevilla na dobrą sprawę zaczęła się na boisku.
W erze Johana Cruyfa tez nie żylem jednak jednak jego wilekosc jest niepodwarzalna. Kibice Manchesteru spiewaja piosenki o Cantonie do dzis !! po 11 latach. a CR7 ktory byl na Old Trafford rownie dlugo – po nim nigdy nie beda spiewac piosenki. Dlaczego? Cantona byl jedynym w srod wielu. Miał jedyny w swojim rodzaju temperament – czego dzis na boiskach brakuje wielu. (drugi taki piłkarz z takim temperamentem nie przychodzi mi na mysl) Miał charkter, ktory mozna bylo zobaczyc w kazdym meczu. Technika to nie zawsze wszystko. Radze sciagnac torrent mecz stary i samemu sie przekonac. U A Cantona !
drugi taki piłkarz z podobnym temperamentem – Roy Keane!
nie wiem czemu sie go pomija ostatnio… przeciez to równie wielka postac, moze nawet z bardziej przemawiającym charakterem…
Racja. Jak najbardziej.
Eric Cantona to przede wszystkim niezwykła osobowość. Osobowość, którą z ludzi jakich widziałem na Old Trafford mógłbym porównać tylko do sir Alexa Fergusona.
Potrafił jak nikt inny pociągnąć za sobą tłumy. Koledzy z drużyny byli zapatrzeni w Niego niczym w Boga. Prawdziwy przywódca, człowiek niesamowicie pewny siebie. Nazywano go królem- ja jestem pewny, że on sam za króla się uważał. Znał swoją wartość. Wiedział co umie, wiedział czego od niego się oczekuje. Czuł się najlepszy.
A przy okazji facet o niezwykle szerokich horyzontach, piłka nożna w pewnym momencie go po prostu znudziła. Odszedł i osierocił wielu fanów Czerwonych Diabłów.
Czy był najlepszym piłkarzem jakiego widziałem w barwach Manchesteru United? Raczej to miano zarezerwowane jest dla Ryana Giggsa. Eric jest drugi w tej kolejności. Ale jeśli kiedyś byłaby możliwość cofnąć się w czasie na jeden mecz i obejrzeć dowolnego piłkarza, wybrałbym mecz z udziałem Cantony.
Największa postać jaka kiedykolwiek biegała po murawie Old Trafford. Jak ktoś tego wtedy nie widział, dziś już tego nie poczuje. Wracać do czegoś to nie to samo co brać w tym udział.
Rozpiera mnie duma, że Eric Cantona jest symbolem Manchesteru United, a nie innego klubu. To uosobienie charakteru Czerwonych Diabłów.
To był prawdziwy heros. Takich już nie produkują.
To sie zgadza, uosobienie charakteru czerwonych Diabłow… Też niestety nie miałem przyjemnosci ogladac go w akcji, tak samo jak Besta, a jak wspomniał Wiktor, filmiki na YT to nic, jednak charyzma tego kolesia jest czy raczej była niesamowita…
Czy takich już nie produkują? Pewnie nie, najbliżej jednak ma Rooney… Oto dowód, że za króla się uważal, jego reakcja po bramce absolutnie zabójcza!
Po strzeleniu tej bramki zachował się tak jakby to było dla niego coś oczywistego, że ona tam wpadła. Tak jakby to było tak samo proste jak odebrać dziecku cukierka.
Ja się wychowałem na Beckhamie i to on był początkowo moim absolutnym idolem, wzorem i bożyszczem. Cantona? Pamiętam jakieś przebłyski, ale słabe. Nic dziwnego, zakończył karierę w 1997 roku, gdy ja miałem 6 latek :)
Żałuję, że nigdy nie miałem okazji obejrzeć na żywo meczu z jego udziałem. Z tego co widziałem (niestety były to tylko kompilacje na jutjubje) był piłkarzem naprawdę baaaardzo dobrym. Wydawał się taki cholernie pewny siebie, taki arogancki, charyzmatyczny. Ech, naprawdę żałuję, że nigdy go nie zobaczyłem w akcji…
Widze kupę rowiesników na RL :)
pozdrawiam i spadam nad jeziorko, peeeace
Jego slowa mowia same za siebie.
„No, it is me.” (After being asked whether Zinédine Zidane or Michel Platini was the greatest-ever French footballer)
„My best moment? I have a lot of good moments but the one I prefer it when I kicked the hooligan.”
„I prefer to play and lose rather than win, because I know in advance I`m going to win”
„Whatever happens, there are always things you could have done better. You score two goals and you usually feel you could have done better.You score two goals and you usually feel you could have scored a third. That’s perfectionism. That’s what makes you progress in life.”
„I am God.”
i wiele WIELE innych
O nim
„I’d give all the champagne I’ve ever drunk to be playing alongside him in a big European match at Old Trafford.” (George Best)
‘We stayed at the Croydon Park hotel. So we got up in the morning and I’ve got me suit on – the nuts, know what I mean? I knock on Éric’s door and he’s standing in jacket, white shirt, long collars like that [he gestures to describe long, pointed collars], unbuttoned so you can see his chest. „Eric, you can’t go to court like that”, I told him and he says, „I am Cantona, I can go as I want”‘. (Paul Ince)
i oczywiscie
„Collar turned up, back straight, chest stuck out, he glided into the arena as if he owned the fucking place. Any arena, but nowhere more effectively than Old Trafford. This was his stage. He loved it, the crowd loved him” (Roy Keane)
Bog.
no Cantona miał kilka swoich powiedzonek :D widzieliście konferencę po tym jak uderzył tego kibica? Szok :-)
Proszę :D
I pomyśleć że nie było by „Le Dieu” gdyby nie złamana noga Marka Robinsa.
tekst z pamiętnika? WTF?
Ja nie bardzo rozumiem sensu tego tekstu… Skoro nie pamiętasz Cantony i tak mało o nim wiesz, to po co piszesz na ten temat?? I nie rozumiem tych zarzutów, że ma mało sukcesów: my go nie wielbimy za sukcesy, ale za to jakim był piłkarzem i Diabłem. Jego charakter idealnie odzwierciedlam Manchester United z tamtych lat. Po za tym był siłą napędową i twarzą drużyny. Podejrzewam, że bez niego nie zdobylibyśmy tylu trofeów i trudniej by było zbudować tak potężną drużynę, która później sięgnęła po The Treble. Cantona wielkim piłkarzem był i… tyle:)
Ja Wiktorze pamietam jedynie koncowy okres gry Cantony w United ale zapewniam cie, nie chodzilo wtedy o sama gre i ilosc tytułow ani o bramki. Cantona byl pewnego rodzaju symbolem. Posiadal niesamowita charyzme oraz jego stosunek do swiata, a przedewszystkim kibicow przyciagal kazdego i oddzialowywal poza sportowo. To jest glowny powod dlaczego Cantona jest krolem. Gral swietnie, mimoze dosc krotko. Nie zdobywal tyle bramek co CRon ostatnio, nie wygral tylu tytolow co Giggs. Jednakza posiadal osobowosc. Oprocz wspomnianej charyzmy, byl takze liderem zespolu, odzialywal na wszystkich zawodnikow, inspirowal ich i porywal tlumy swa osobowoscia. Moze byl troche ignorantem, ale przede wszystkim staral sie cieszyc gra. Cieszyc nie tylko siebie, ale takze, Jak Bobby Charlton zawsze to podkreslal, Cantona staral sie dawac radosc kibicom. Odszedl moim zdaniem z pilki dlatego, ze przestalo mu to sprawiac przyjemnosc. Skoncentrowal sie na czyms innym. Sam podkreslal, ze zaczal sie wtedy bardzo interesowac pilka plazowa. Poza tym, Cantona to francuz, bawidamek i troche ekscentryk, ale to wszystko jedynie wzbudzalo sympatie wsrod kibicow.
Tak odnośnie Cantony to polecam krótką kompilację:
http://media.redlog.pl/files/tv/EPL.Magic.Numbers.73.Cantona.avi
Między innymi sir Alex Ferguson mówi o reakcji Cantony po strzeleniu bramki, którą umieścił w komentarzu Querioz…
Ja należę do tych szczęśliwców, którzy pamiętają Cantonę i dałbym wiele za możliwość podziwiania piłkarza o takiej charyzmie, charakterze i swoistej nonszalancji w barwach United…. ehhh to były czasy :D
Fragment z książki „Managing my life. My autobiography” sir Aleksa Fergusona. Z dedykacją dla Wiktora. ;) [tłumaczenie moje]
„(…) Dwa dni po sprowadzeniu Cantony były wprost nieprawdopodobne, do tego towarzyszyło im tak ogromne zainteresowanie prasy, że wszyscy chyba pozapominali, że kwota transferu Erica była taka sama, jak ta, którą wydaliśmy na pozyskanie Diona Dublina (1 milion funtów). Niestety nie udało nam się zarejestrować Cantony jako naszego zawodnika przed sobotnim meczem z Arsenalem, mimo to pojechał z nami do Londynu, żeby obejrzeć spotkanie. W sobotę rano, około 9:30, do mojej sypialni przyszedł Brian Kidd i powiedział, że Eric chce trenować. Moja podejrzliwa szkocka natura wzmogła moją ciekawość, jednak mimo wszystko powiedziałem „Kiddo”, żeby mu pozwolił.
Gdy w samo południe drużyna stawiła się na przedmeczowy lunch, Eric i Bryan jeszcze nie wrócili z ćwiczeń. Do reszty piłkarzy dołączyli dopiero 20 minut po dwunastej i gdy tylko Eric poszedł usiąść z kolegami, od razu zapytałem Kidda jak mu poszło. Brian odpowiedział, że Cantona wspaniale pracował, a gdy opowiedział mi o wszystkim ze szczegółami, przypomniałem sobie słowa Gerrarda Houlliera: ” Cantona bardzo lubi trenować, a do tego musi ćwiczyć intensywnie”. Pomyślałem, że w tym kontekście trafił do właściwego klubu.
Gdy wróciliśmy do Manchesteru, po dość łatwym, jednobramkowym zwycięstwie z Arsenalem, z niecierpliwością szedłem na poniedziałkowy trening, by osobiście przekonać się jak Cantona sobie poradzi. Nie byłem rozczarowany. Bez problemów wkomponował się w nasz program ćwiczeń, jednak dopiero pod koniec sesji tak naprawdę mi zaimponował. Podczas gdy jego koledzy schodzili z murawy The Cliff, Eric podszedł do mnie i zapytał czy mogę mu wyznaczyć dwóch zawodników do pomocy.
- Po co? – zapytałem.
- Żeby poćwiczyć – odpowiedział krótko. Kompletnie mnie zaskoczył. To raczej nie była typowa prośba. Zawsze organizowałem mój program treningowy tak, że bazował na ogólnej sesji, która zmieniała się z dnia na dzień, zależnie od tego, czego oczekuję od zawodników. Z reguły próbowałem wdrożyć ćwiczenia podstawowych elementów gry – podania, posiadanie piłki, dośrodkowania, wykańczanie akcji. (…)
Oczywiście z wielką przyjemnością spełniłem prośbę Cantony, wysyłając na murawę dwóch zawodników, których zadaniem było dośrodkowywanie z obu skrzydeł, a także młodego bramkarza, który mógł dzięki temu poćwiczyć przez pół godziny obronę strzałów z woleja. Całkiem niezłe, muszę przyznać.
Tymczasem, zawodnicy, którzy już udali się do klubowych budynków, zdali sobie sprawę, że Cantona z nimi nie wrócił i dość szybko dotarło do nich dlaczego. Pod koniec sesji treningowej następnego dnia, niektórzy piłkarze zostawali po zajęciach, by dołączyć do ćwiczeń z Cantoną i od tamtej pory stało się to regularnym punktem naszego programu treningowego. Wielu ludzi twierdziło, że Cantona był swoistym katalizatorem, który miał bezpośredni wpływ na nasze sukcesy. Jednak nic, czego dokonywał podczas meczów, nie znaczyło więcej niż sposób, w jaki dał mi do zrozumienia, że ćwiczenia są rzeczą absolutnie niezbędną. W końcu praktyka czyni mistrza.”
Rozpatrując legendę Cantony trzeba zwrócić szczególną uwagę na to że jest on postacią po tysiąckroć bardziej „legendarną” niż wszyscy Ci którzy przez lata odchodzili z United do Realu, a porównywalną do zawodników pokroju Besta. Myślę że najsłynniejszy Francuz który kiedykolwiek przywdziewał koszulkę United wielbiony jest tak w pierwszej kolejności za charakter, a dopiero później za umiejętności piłkarskie które nie wątpliwie posiadał ! Na pewno młodsi kibice United mają do niego nijaki stosunek, i jest to jak najbardziej zrozumiałe – im polecam filmik mający niedługo się ukazać który na pewno rzuci im pewne światło na to kim był ów CANTONA którego nazwisko nadal skandują tysiące fanów na Old Trafford, a jest z pewnością postacią godną tej chwały. Mam nadzieję że kiedy będę już starym zgredem oglądającym zacięcie mecze United – a wiem że będę (jeśli tylko dożyję) to nadal na flagach kibiców widzieć będę tego legendarnego Cantone który w pamięci tłumów zapisał się wyraźniej złotymi literami historii niż wszyscy Ci którzy strzelali choćby i po 42 bramki na sezon i zwyciężali puchar ligi mistrzów.
Amen. Cantona to ktoś więcej niż tylko piłkarz. ja też nie widziałem jak grał, w ogóle dowiedziałem się o nim pewnie na długo po tym, jak przeszedł na emeryturę, ale oglądając i czytając wszystkie materiały o nim, jakie mi wpadły w ręce, nie mam wątpliwości, że to jest ścisła czołówka wśród największych legend z Old Trafford. myślę, że razem z nim w jednym szeregu można zestawić tylko Besta, Charltona i Giggsa.
Jeśli mówimy o tym:
http://www.filmweb.pl/f486809/Looking+for+Eric,2009
… to film miał już premierę swiatowa, na polska nie ma co liczyc, wiec torrenty :)
Racja, przez „film ma się ukazać” chodziło mi o torrenty bo w moim zaściankowym miasteczku na bank nie będzie tego w kinie… :P
O! Może od Was uda mi się dowiedzieć. Dlaczego Crisa nazywaliśmy i nazywamy wciąż Mrugaczem? Przecież nie mrugał oczętami jak żadna panienka ;)
Proszę o w miarę sensowne wytłumaczenie, bez ściem :D
Z góry dzięki Panowie.. i Panie :) :*
Mecz chyba na Euro, Portugalia-Anglia… Rooney sfaulował, Ronaldo tworzył jakies sapy i mocno protestował czego efektem była czerwona kartka dla Wayne’a. Chwile potem Ronaldo „puścil oczko” w kierunku ławki rezerwowych Portugali…
http://www.youtube.com/watch?v=SFvZ389nsCE
Dokladnie 1:03 :)
Bo ronaldo to pieprzony cwaniak, teraz moge to z czystym sercem powiedziec ;p
Ehhh Eric. Byłem wtedy taki mały, jedyne nazwiska które wtedy znałem to Romario i Stoiczkow…
Dzisiaj gdy oglądam United Review to widzę co straciłem. Ta charyzma, wypięta klatka, postawiony kołnierz, każde dotknięcie piłki niemalże perfekcyjne… Oglądałem tyle samo materiałów filmowych o Bescie, Charltonie i Lawie, ale to właśnie on jest moim idolem.
Przyćmić go potrafi tylko Giggs, z tym małym szczegółem że Ryana oglądam „na co dzień”.
Nie rozumiem dlaczego stawiacie Besta zawsze jako legendarną siódemkę. ZNACZNIE częściej grał z numerem 11.
Eric Cantona to coś więcej niż sama gra. To klasa, epickość i aura legendy. Uwieńczeniem jego osoby jest jego najsławniejszy gol, przeciwko Sunderlandowi. Nie tylko sam gol, który jest cudowny, ale sposób w jaki się z niego cieszył. Gdy Cantona wychodził na boisko, widać było ten arogancki błysk w oku i ogromną pewność siebie.
The King to poeta wśród piłkarzy.
@m85
dokladnie. mialem 10 lat gdy eric zakonczyl kariere. pamietam, ze od dobrego kolegi (ktorego to zawsze meczylem o jakies wycinki i plakaty pilkarskie) dostalem (albo moze raczej wycialem sobie z jego ‘pilki noznej’) tekst pt. ‘krol eryk abdykowal’. nie moglem uwierzyc w to… co prawda mecze cantony (te w LM oczywiscie) pamietam dosyc mgliscie, ale do dzis pamietam jak szarzowal na bramke juve i trafil w boczna siatke…
cantona nalezy do 3 moich ulubionych graczy obok schmeichela i sheringhama (paradoksalnie ten ostatni jest na 1 miejscu).
i jego legenda jest nieco inna niz pozostalych graczy.
mysle, ze cantona nie byl najgenialniejszym graczem na swiecie w swoim okresie, powiedzial bym, ze balansowal na granicy europejskiej czolowki (chociaz o jego umiejetnosciach i charakterze moze swiadczyc fakt, ze byl kapitanem reprezentacji francji w ktorej ustrzeli 20 bramek w 45 meczach) , jednak przez swoj cholernie kontrowersyjny charakter, wysmienite jak na lige angielska umiejetnosci (ktora nie byla wtedy najmocniejsza w europie z pewnoscia), oddanie klubowi i jakze charakterystyczna osobowosc medialna stal sie postacia kultowa dla kibicow nie tylko united, ale takze calej ligi angielskiej.
dzieki takiemu skondensowaniu tak kluczowych czynnikow w tym – przeciez krotkim okresie czasu – cantona z gracza kultowego przemienil sie w legende.
jego droga do miana wlasnie legendy, wygladala z pewnoscia zupelnie inaczej niz drogi jakie przebyli charlton, best, robson czy giggs bo jego gwiazda swiecila o wiele, krocej niz ich, ale z wielka intensywnoscia.
zreszta pamietam wywiad ze scholesem sprzed dokladnie 10 lat. stwierdzil wtedy, ze bedac juniorem przychodzil specjalnie na treningi pierwszego zespolu by podpatrywac cantone. na koniec dodal cos w stylu ‘eric byl najlepszy. on po prostu umial wszystko’.
pozdrawiam
ps. jesli ktos chce moge poszukac tego tekstu z pilki noznej o zakonczeniu kariery przez cantone, przeskanowac i wrzucic ;)
@radzio
swietny video! dzieki wielkie za upload! :)
sorry za double posta, ale najpierw napisalem a dopiero pozniej looknalem na ten pliczek.