Carlsberga nie pijam

Carlsberga nie pijam
Niedawno po powrocie z uczelni zastałem moich współlokatorów w kuchni, wielce uradowanych (powód już nie był zbyt istotny). Wszyscy trzymali w ręku otwarte butelki piwa a na stole czekało kilka kolejnych. Na mój widok bez namysłu stwierdzili „Dalej, bierz jedno i pijemy”. Ku ich zdziwieniu moja mina wyrażała tylko oburzenie i dezaprobatę. „Przecież to jest Carlsberg, ja tego nie piję!”.

Mniej więcej w tym samym czasie potyczka Barcy z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów podzieliła piłkarski świat na dwa ogromne obozy-piewców okrutnej i niesprawiedliwej porażki The Blues, oraz orędowników tryumfu „joga bonito” w wykonaniu Dumy Katalonii. Oba stronnictwa nie ukrywały skrajnej, delikatnie mówiąc, niechęci wobec siebie nawzajem. Dyskusje na forach internetowych słownictwem dorównywały najgorszym wzorcom znanym z sejmu czy podwórek a o samym meczu (spokojna analiza gry, sytuacji, strategii) było tak naprawdę najmniej. Cała ta afera po raz kolejny uświadomiła mi na czym polega jedna z wielkich tajemnic sukcesu futbolu, moc jednoczącą ale też dzieląca miliony fanów na stadionach , w pubach czy domach. Chodzi tu o wzajemną, nieskrywaną i częstokroć dozgonną nienawiść wśród kibiców.

W świecie piłki nożnej od zawsze istniała dychotomia „my-oni”. Nie wystarczy, że drużyna wygra mistrzostwo czy puchar. Piłkarze i fani muszą czuć, że wygrali coś więcej, że pokonali swojego przeciwnika w wyniszczającej wojnie. Bo dla wielu z nich jeden sezon to okres swoistej wojny, która reguluje ich tryb życia, sposób myślenia i zasady postępowania. Okresy chwilowego boiskowego „zawieszenia broni” nie dotyczą kibiców-często ich zawzięcie przypomina delikatnie fanatyzm religijny. Nie używają oni marki telefonów, którą reklamują piłkarze wroga, nie wyobrażają sobie napicia się napoju kojarzonego z nim, w skrajnych wypadkach nie zawierają przyjaźni lub wręcz ignorują istnienie kibiców tegoż klubu. Ogólna nienawiść stwarza kodeks i przykazania, decyduje kiedy ogarnia ich nieokiełznana radość a kiedy przeżywają dramaty porównywalne z osobistą tragedią.

Ogromny postęp technologiczny przyczynił się do powstania nowego typu można by rzec kosmopolitycznego kibica. Mimo, iż mieszka on w Radomiu czy Świnoujściu utożsamia się z klubem oddalonym o tysiące kilometrów miast lokalnym IV-to, III-cio czy nawet I-ligowcem. Mentalnie czuje się on po trochu mieszkańcem Manchesteru czy Londynu. Zna na pamięć historię tych klubów, nazwy poszczególnych trybun . Dzięki stałemu dostępowi do Internetu ma te same, obszerne informacje, zna te same pieśni i opowiada te same kawały co kibice uczęszczający na stadiony światowych potęg. Często pomimo tego, iż sam nigdy nie ruszył się z Polski dalej niż do Niemiec! Przejął tradycję i spuściznę historyczną danego klubu i orientuje się w niej nie gorzej niż ludzie pochodzący z mateczników wielkich firm futbolowych. Dodatkowo jego niechęć podsycają słowne utarczki trenerów w mediach i komentarze na bogach czy forach. Rewolucja internetowa w dużej mierze ukształtowała utworzyły wirtualne i „pubowe” środowiska zwalczające się nawzajem i na bazie silnej tożsamości manczesterowej, barcelońskiej czy mediolańskiej zwalczające odpowiednio Scousersów, Królewskich czy kibiców Juve.

Niedawno podczas finału Pucharu Polski kibice (bodajże Ruchu Chorzów, głowy nie dam) wywiesili jakże wymowny transparent „Im więcej wrogów, tym lepszy smak życia”. Dla wielu piłkarzy oraz „wyznawców” barw klubowych ta zasada jest jak najbardziej prawdziwa. Każdy wielki klub potrzebuje swojego odwiecznego, wielkiego rywala. Bez niego staje się jedynie zwykłym monopolistą na własnym podwórku. Nie oszukujmy się-mistrzostwo w tym sezonie smakuje tak doskonale głównie dlatego, że Liverpool był tuż za plecami United. Wyrównanie rekordu jest oczywiście również bardzo ważnym powodem satysfakcji fanów „Red Devils” jednakże po dwóch frustrujących porażkach –zwłaszcza 1:4 na Old Trafford zdobycie majstra sprawiło im prawdziwą frajdę. Nie wszyscy z nas traktowali to jako sprawę honoru-fakt. Jednak widok Liverpoolu na fotelu lidera do stycznia tego roku przyprawiał większość z nas o dreszcze. Piłka nożna to coś więcej niż gra. Konsekwencje negatywnych emocji jakie generuje dobrze uwypuklił m.in. Ryszard Kapuściński w tytułowej relacji z książki pt. „Wojna futbolowa”. Był on świadkiem gdy mecz piłkarski pomiędzy Salwadorem a Hondurasem stał się pretekstem do wywołania wojny przez tych pierwszych. W naszych czasach określenia „święta wojna” używa się raczej w przenośni ale w warstwie mentalnej czasami nie jesteśmy daleko od tych, których oglądanie piłki kopanej doprowadziła do rękoczynów. I choć wielu kibiców (m.in. mój redakcyjny kolega Paweł Burzała) dystansuje się od podobnego podejścia, nie należy zapominać, iż obecny układ jest korzystny dla obu stron. Pozwala utrzymać stały poziom emocji i zainteresowania o czym doskonale wiedzą szefowie i sponsorzy klubów. Nawet jeśli któryś kibic deklaruje, iż chętnie widziałby Manchester/Liverpool spadający z ligi, szybko zatęskniłby za pojedynkami, które niewątpliwie są najważniejsze w ligowym sezonie.

Na wstępie dałem jasno do zrozumienia, iż nie pijam piwa Carlsberg, marki, która sponsoruje  Liverpool FC. Dla wielu moich znajomych jest to głupie i niezrozumiałe. Ja jednak należę poniekąd do tej rzeszy kibiców, którą opisałem powyżej. I nie uważam żeby moje podejście było dla kogokolwiek krzywdzące. Do ludzi po drugiej stronie barykady powiem jedno: przyznajcie, że potrzebujemy siebie nawzajem! Dziś (gdyby sumienie mi pozwoliło) chętnie napiłbym się Carlsberga. Za zdrowie Liverpoolu! Oby zawsze był obecny… za plecami United.


Oceń ten wpis:
SłabyTaki sobieŚredniDobryBardzo dobry (19 głosów, średnia: 4,74 na 5)
Loading ... Loading ...



Be social
Wykop Gwar Dodaj do zakładek CafeNews



39 komentarzy do “Carlsberga nie pijam”

  1. AFC pisze:

    Sytuacja z piwem Carlsberg przypomina mi do złudzenia zachowanie mojego dobrego znajomego, który pija tylko – jak sam je nazywa – „Sponsory”. Chodzi o piwo lokalnego producenta, który kiedyś sponsorował były pierwszoligowy klub. Ach, te jego – niewybredne niekiedy – komentarze na temat osób, które popijały piwo sponsorujące i dodatkowo dzielące nazwę z najbardziej przez niego znienawidzonym polskim klubem. Bezcenne.
    Niewątpliwie coś jest w stwierdzeniu, że każdy prawdziwy fan potrzebuje jasno zdefiniowanego piłkarskiego wroga z prawdziwego zdarzenia. Każdy potrzebuje takiej boiskowej wojny co najmniej dwa razy w sezonie. Kiedyś słyszałem, że ludzkość co jakiś czas potrzebuje wielkiego konfliktu, który pozwoli rozładować nerwy i agresję narosłą przez lata – oby to piłkarskie pojedynki przejęły rolę tych starć. Tyle o sytuacji globalnej, teraz czas spojrzeć na angielskie „podwórko”.
    Jak słusznie wskazuje Autor, dzięki rozwojowi technologii informacyjnej możemy nazywać Londyn i Manchester swoim podwórkiem, znać dokładnie jego niuanse i zakamarki. Mieszkając w Polsce możemy być na bieżąco z ostatnimi plotkami z The Emirates czy Old Trafford. Dla mnie jako osoby pamiętającej czasy, gdy wywiad ze znanym piłkarzem można było przeczytać raz w miesiącu w Piłce Nożnej kolekcjonowanej przez starszego brata, obecna sytuacja ma swoje niewątpliwe plusy w postaci „na-bieżąco-bycia”, ale i minus jakim jest odarcie piłkarskiego świata z tajemniczości. Kiedyś „ktoś” zasłyszał „coś”, dodał swoje 3 grosze i „legenda” rosła zaczynając żyć swoim życiem – to były czasy :)
    Osobiście staram się być ponad klubowe animozje i tępić w sobie naturalne tendencje do widzenia w boiskowych przeciwnikach ARSENALu wrogów, przeciwników i w ogóle zło wszelakie. Staram się podchodzić do takich pojedynków jak najbardziej obiektywnie, ale skłamałbym pisząc, że zwycięstwo nad Manchesterem United, Chelsea czy Liverpool’em smakuje tak samo jak nad innymi :) Póki co z moich starań wynika to, że jestem ponad klubowe zaszłości w relacjach ARSENAL v Man Utd (duża w tym zasługa Mojej Drugiej, Lepszej Połowy :*), ale w stosunku do Chelsea i Liverpool’u cóż…muszę nad sobą jeszcze popracować :P

    Powiedzcie mi proszę, Drodzy Użytkownicy, co takiego ma w sobie klub z Anfield Road, że tak trudno się do niego przekonać „nie-liverpoolczykom” ? :) (to chyba temat na osobny felieton)

    PS. Do Autora. Proszę zwrócić uwagę na literówkę w czwartym akapicie. Wydaje mi się, że powinno tam być „komentarze na BLOGACH” ;)

  2. fidain pisze:

    Dobry tekst. Ja osobiście mam tak (a przynajmniej tak mi się wydaje), że nienawidzę klubów ale już nie kibiców. Tzn. nie trawię np. Liverpoolu, cieszą mnie ich porażki, upokorzenia itd. ale potrafię pogadać o piłce i o lidze z kumplem, który jest kibicem scousersów bez obrażania go. Chociaż szczerze mówiąc nie wiem czy umiałbym podać rękę jakiemuś totalnemu fanatykowi lfc czy leeds, który np. śpiewa przyśpiewki o Monachium. Na szczęście takich na razie nie spotkałem.

    Co takiego jest w klubie z Anfield, że nikt go nie lubi poza ich fanami? Ciężko mi to ocenić obiektywnie jako kibicowi United ale chyba coś w tym jest. Mam dwóch bliskich kumpli – jeden jest wielkim fanem Milanu, drugi Realu. Obaj, mimo że nie interesują się zbytnio EPL twierdzą, iż drugim, po odpowiednio Inerze lub Barcy, klubem którego najbardziej nie trawią jest właśnie liverpool :P

    Zauważyłem co prawda, że drugim klubem który tak ma jest właśnie Manchester United. Ale to chyba wynika bezpośrednio z naszej formy. Zwycięzców nigdy nikt nie lubi. Zwykła zazdrość

  3. kisia92 pisze:

    No właśnie to jest mój ból od pewnego czasu, lubię smak Carlsberga, cholernie lubię, ale za każdym razem jak je pije przed twarzą mam widok Beniteza, a to obrzydza życie^^ I nie wiem co z tym faktem zrobić, to najgorsze^^

    Nienawiść między klubami i kibicami jest dla mnie sprawa oczywistą, ale jak ktoś wyżej napisał, z osobą ,która ma poukładane w głowie, mogę pogadać o piłce spokojnie. Fanatyka Liverpoolu na razie nie spotkałam i BARDZO tego żałuję! Byłoby na pewno ciekawie, bo znając swój własny charakter nie byłabym w stanie scat spokojnie i nie śmiać się prosto w twarz, po prostu bym nie wytrzymała. Upokorzenie Liverpoolu daje całkiem inną odmianę radości, nie taka jak wygrana meczu a całkiem inną, raczej tego nie potrafię opisać;DD

    Ale coś w tym jest, z tym nielubieniem klubów, które są na szczycie. Przecież według jakiś tam badań, które jakiś czas temu opublikowano to właśnie Manchester ma najwięcej wrogów w Anglii;))

    • Dominik pisze:

      dorośniesz i zaczniesz pić portery ;)

    • Dinin pisze:

      Tak swoją drogą to rzuciła mi się gdzieś w oczy statystyka wg której Manchester United jest najbardziej znienawidzonym klubem w Polsce. Niestety nie byłem w stanie dojść do źródła tych ciekawych wyników.

      BTW. Tuż za nami w tym nietypowym plebiscycie plasowało się Chelsea. Liverpool był poza pierwszą piątką.

  4. hadaszyszek pisze:

    Muszę przyznać, że piw piłem już dosyć dużo, ale jeszcze nigdy nie zamówiłem wyżej wspomnianego Carlsberga. Był Heineken, był Żywiec (również napoje ‘podżywcowe’ : tatra, warka, etc.), Tyskie, nawet Lech. Ale nigdy nie zamówiłem Carlsberga. Ba, nawet chyba podświadomie wymazałem z mej głowy nazwę tegożto trunku. Nigdy nie myślałem o tym w kategorii sponsorowania na koszulkach mojego odwiecznego rywala, którego ogólnie powinienem pierd..ić, je..ć, i ogólnie jeszcze setki wyrażeń zakończone na „ć” w sensie wulgarnym ;) . Wprost być może tego nie doświadczyłem, tego o czym mówisz Ty w swym tekście. A nawet jeśli, to tylko czasami. Również staram się odcinać od takich ‘wojenek’, ale wiadomo, jeżeli już ktoś przegnie to nie ma przebacz. Nie chcę dawać upust mym emocjom tylko dlatego, że ktoś kibicuje na równi ze mną klubowi, którego ja.. hmm… ze względów… nie wiem, jak to nazwać… patriotycznych (?) mam nie cierpieć. Internet, które istnienie i działalność owych teamów promuje niemiłosiernie w dziesiejszych czasach, mnie osobiście nie przekonał. Przekonała mnie telewizja i mecz Manchesteru, któryś z kolei. No i gra komputerowa, Fifa 98 bodaj. Ale co, gdybym tych rzeczy nie miał? Mógłbym równie dobrze siedzieć teraz na lfc.pl , arsenalbloxie, kanonierzy.com, polishkopie, chelsealondyn.pl, czy Bóg wie na czym jeszcze. Albo mógłbym równie dobrze nie siedzieć w ogóle, zainteresowanie piłką ograniczałoby się do ‘reprstacji’, interesowałbym się – jak każdy ‘normalny’ chłopak w moim wieku – motoryzacją, filmami, grami komputerowymi. A piłka nożna? Głupi sport… aż boję się nawet o tym myśleć.

    To prawda, równie dobrze to dzieli jak i łączy. Osobiście sądzę jednak, że takie coś większego sensu nie ma, nie powinniśmy się nawzajem obrażać. Ewentualnie dyskutować, co jest cholernie trudne do spełnienia (nie umię patrzeć na Carlsberga..! fe!), ale nie robić ustawki, święte wojny i tym podobne ;) .
    Pozdrawiam :) .

  5. fidain pisze:

    Btw. do grupy Carlsberg należą piwa: Carlsberg, Harnaś, Okocim, Karmi, Bosman, Piast, Kasztelan, Volt i Książ. Z tych dostępnych w Polsce.

    Ciekawe czy wszyscy prowadzący krucjatę przeciwko Carlsbergowi o tym wiedzą ;)

    A to wszystkie piwa, których nie powinniście pić:

    http://www.carlsberggroup.com/BRANDS/Pages/Default.aspx

    :P

    Ja tam osobiście pijałem czasami Carlsberga jak mieszkałem w Belgii bo to było jedyne (oprócz Heinekena, który zwyczajnie mi nie smakuje) ogólnodostępne i tanie zagraniczne piwo. A piwo Belgijskie jest nie do wypicia (no może poza Maesem ale do Carlsberga to on się nie umywa). Nie wiem, jakoś nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia.

    W Polsce szczerze mówiąc nie mam tego problemu bo jestem fanatykiem piwa Tyskie i nic innego nie pijam raczej ;) Ale gdyby np. w jakiejś knajpie mieli tylko Carlsberga to pewnie bym nie odmówił.

  6. hadaszyszek pisze:

    Ciekawe. Na szczęście ominęły mnie i te marki piwa… ufff, dobrze, że nie zaznałem Liverpoolowskiej krwi w mym życiu jeszcze, gdyby tak, to bym musiał sobie żyły pociąć! :P

    Gdy byłem w Irlandii cholernie smakowało mi Guiness. Chyba najlepsze piwo, jakie w życiu piłem. Oczywiście, dalej są nasze rodzime, ale oprócz „żywcopodobonych” (które nota bene uwielbiam), Tyskiego i Lecha nie skosztowałem nic z Carlsberga.

    Btw. Heineken nie jest wcale taki niedobry ;) . Mi tam smakował.

    Ale jak rozumiem, nie mamy się tu wypowiadać o naszych gustach piw, tylko o piłce nożnej? :D

  7. NiLok pisze:

    nie ma co ukrywać, że moja fascynacja futbolem zaczęła się głównie od komputera. najpierw Fify i namiętne, ciągłe granie Manchesterem United (bardzo dobry sposób do nauczenia się na pamięć składu ;p), później Championship Manager, który jeszcze tę fascynację pogłębił. no, a jak już dorwałem stałe łącze, to szybko się wszystko potoczyło. nawet nie pamiętam jak, ale ktoś mnie zachęcił do pracy na którejś z mniej znanych stron o MU. dzięki temu zacząłem dowiadywać się o klubie co raz to nowych rzeczy, no i tak to trwa… myślę, że idealnie pasuję do przedstawionego w tekście przykładu kibica, który zamiast kibicować lokalnej drużynie, jest bardziej zainteresowany tym, jak sobie radzi mistrz Anglii.

    a Carlsberga nie pijam, bo… mi nie smakuje. po prostu. :)

    • fidain pisze:

      Czyli jednak kiedyś musiałeś się napić :P

      Btw. pewnie 90% z nas zafascynowało się United z powodu jakiegoś meczu, gry, zawodnika itd. Dlatego ja mam szacunek do każdego kibica bo równie dobrze każdy z nas mógłby być teraz kibicem Liverpoolu (wyobrażacie sobie to?!). Co by było gdybyć np. w FIFIe zamiast United wybrał Liverpool i wyszedł by Ci akurat jakiś genialny mecz (typu strata 2 bramek i ostatecznie wygrana w doliczonym czasie)?

      W Anglii mają łatwiej bo tam nienawiść między klubami jest napędzana antypatiami terytorialnymi. Podobnie jak w Polsce jeśli chodzi o Ekstraklasę.

      • NiLok pisze:

        nie wybrałbym w Fifie Liverpoolu, bo go w sumie nie znałem, a Manchester United lubiłem głównie ze względu na Davida Beckhama. a potem za to, że dokopali Niemcom w finale LM. ;) poza tym, zawsze mi się jakoś podobała ta nazwa – Manchester United.

  8. hadaszyszek pisze:

    NiLok – bratem mi jesteś! :)
    Ma fascynacja.. w ogóle, piłką nożną zaczęła się od komputera. Rok 98, na jakieś urodziny, czy tam gwiazdkę dostalem nowiusieńką Fifę. A że się na kompach wtedy mało znałem, to od razu „enter, enter, enter, mecz”. Czyli zawsze grałem Arsenalem przeciwko Aston Villi na to by wychodziło. Potem w wiadomościach było, że Manchester United pokonał bodaj Arsenal Londyn, lub miał coś z nimi wspólnego.. nie pamiętam dokładnie. Może to była nawet przedmeczowa zapowiedź? Wiem, że bardzo i nazwa i herb mi się spodobał, to poszukałem danej drużyny w grze. I.. grało mi się o niebo lepiej niż Arsenalem. :D

    Internetu nie miałem jeszcze długo, więc zostały głupie skróty w ‘sporcie magazyn’, albo wyczekiwanie na aktualizacje telegazety. Gdy jednak jakoś rodziców udało się przekonać, tak samo jak NiLok, wszystko potoczyło się samo. Czytałem zawzięcie historię klubu, wszystko co z nim związane, fakty, statystyki i zacząłem oglądać mecze. Skład oczywiście już umiałem, dzięki EA Sports ;) . Jak dziś pamiętam, gdy siedziałem calymi wieczorami bodaj na devilpage’u. Dorastało się i dojrzewało w rytm bicia United, to było naprawdę fajne.

    Za dużo nas łączy NiLok. ;D .
    (tyaa.. pewnie setki dzieciaków na całym świecie tak zaczęło kibicować United). Powiedz : to była fifa 98? ^^
    Jak dziś pamiętam : „I EJ SPORTS – CYNE GEEEEJM” :D.

    Chyba się za bardzo pochłonąłem we wspomnieniach. O czym my to..? Pozdro stary, za niedługo się okaże, że urodziłeś się w Tychach, wyjechałeś niedawno dwa lata temu do Irlandii, a miesiąc temu do Francji, do Paryża. Ba, Twój dziadek pracował na kopalni, a ojciec był muzykologiem. Nie? ^^ Trzymaj się ;P.

    • NiLok pisze:

      pierwsza FIFA, w jaką grałem, to była ’97. ale wtedy to raczej reprezentacjami się pykało. dobrego kompa, który w ogóle mógł udźwignąć FIFĘ, dostałem dopiero w czasach wersji 2000. i wtedy się zaczęło. grałem aż do FIFY 2002, bo „trójka” już mi nie poszła. ;) [swoją drogą, teraz męczę PES-a 2009 :D]

      później dorwałem jakoś Championship Managera, dzięki któremu nauczyłem się np. o co tak naprawdę chodzi w zasadzie bramek zdobytych na wyjeździe (tak, hasło „bramki liczą się podwójnie” brałem jeszcze wtedy dosłownie :D). no i jeszcze bardziej pogłębiłem wiedzę dotyczącą składów różnych drużyn, poznałem zawodników. ale i tak najwięcej dała mi chyba praca jako newsman. bo samemu trzeba było szukać informacji i jeszcze je tłumaczyć, więc byłem na bieżąco. gdyby nie to wszystko, to teraz pewnie miałbym gdzieś to, że w środę jest jakiś finał Ligi Mistrzów… ;)

      • hadaszyszek pisze:

        Ja w żadnego z managerów okazji grać nie miałem. Ojciec, pamiętający jeszcze czasy Górnika Zabrze klupiącego Manchester… ale City na szczęście, tudzież Ruchu Chorzów i wytłumaczył mi szczegóły. A skład, to wiadomo – ustawiało się według własnego widzimisie w fifce, przestawiało, aż się wkuło wszystkich zawodników na pamięć. Chociaż nie wiem, czy teraz akurat dałbym radę ich wymienić. Chyba zapomniałem. Chociaż kto wie… ^^ .

        Te podstawy wyuczyłem się jakoś sam, potem dopiero devilpage mnie dowartościował tak, że teraz nie wyobrażam sobie życia z jakimś przegapionym meczem z United w roli głównej. Swoją drogą, fidain dobrze zauważył – co by było, gdybym w wiadomościach usłyszał o Liverpoolu.. :P. Dziwnie tak.. od Arsenalu do Manchesteru ;) . Myślałem, że ma historia będzie chociaż trochę oryginalna, ale jak widać się przeliczyłem… :) .

      • Maniak pisze:

        Moja fascynacja futbolem nie zaczęła się od komputera, bo wtedy… nie miałem jeszcze komputera :P
        Ale jakby nie patrzeć, Championship Manager pomógł gruntownie zapoznać się z sytuacją ulubionych klubów :D
        Kiedyś zadziwiłem mojego nauczyciela angielskiego, rodowitego Irlandczyka. Wiedząc, że kibicuję United, powiedział mi, że w mojej drużynie jest taki młody chłopak, którego Irlandczycy typują na przyszłego czołowego obrońcę ich reprezentacji narodowej. Ale jest jeszcze młodziakiem, dopiero w rezerwach się przebija, więc pewnie go nie znam. Poszperałem chwilę w pamięci i zapytałem: „John O’Shea?” Na co mój nauczyciel, z szacunkiem malującym się na twarzy, stwierdził: „Kurcze… naprawdę interesujesz się tym klubem!” :P

  9. Krzysiek pisze:

    Zdrowe podejście do sprawy. Mam takie same przekonania i zgadzam się z tekstem poza jedym: “Im więcej wrogów, tym lepszy smak życia”. Jeden- ok. dwa- niech bedzie, ale po co komu widzieć wroga w codrugim zespole z np:. ekstraklasy. Takie jest moje zdanie.

    • Man-redman pisze:

      @Krzysiek

      Zaznaczę tylko, że ten cytat o wrogach to z transparentu kibiców i ja nie mam takiego podejścia. Mi dwóch wystarczy ale widzę w tym po prostu element gry;) Nie prowadzę krucjaty przeciwko Liverpoolczykom ani nie odcinam się od kogoś, kto im kibicuje.

  10. AFC pisze:

    Ad hadaszyszek i fidain:
    Skoro już poruszyliście temat tego w jaki sposób można zapałać afektem do jedynego Klubu to ja wróciłem myślami do tego jak to było ze mną i…śmiać mi się chce :) Zdecydował przypadek, splot okoliczności, zasłyszana opinia i w 1994 roku przystąpiłem do oglądania MŚ w USA jako – może niezbyt merytorycznie przygotowany, ale zapału pełen – kibic Holandii. Ich mecze, a szczególnie 1/4 finału z Brazylią tak mnie ujęły, że już nie było odwrotu :) Jeśli jednak chodzi o drużynę klubową to przyszło mi poczekać do 1995 roku kiedy to Dennis Bergkamp przeszedł z Interu Mediolan do ARSENALu, w 1997 roku dołączył do niego Marc Overmars i od tamtej pory na słowo „futbol” odpowiadam „ARSENAL” :)
    W dysputę na temat piwa nie będę się wdawał, bo nie przystoi promować alkoholu na forum – było nie było – sportowym :)
    Trochę odważna jest Twoja fidain teoria, że „w Anglii jest łatwiej”, bo wiadomo kto wróg a kto przyjaciel. Taka sytuacja nie sprawia, że jest łatwiej, a po prostu narzuca pewnie tok myślenia – w tym przypadku podpowiada kogo lubić, a kogo nie. może się to okazać niebezpieczne, bo w pewnym momencie taki np. Fan ARSENALu może sobie pomyśleć, że on jednak bardziej lubi Chelsea, a niejako musi ich nienawidzić, bo tak już jest z dziada-pradziada.
    Podzielam stwierdzenie, że wymiana zdań z Fanem przeciwnej ekipy może być jak najbardziej pouczająca i wartościowa – przez skromność jako przykład podam…siebie na Redlog.pl:P – jednak absolutnym warunkiem jest, by nie był to Fan negujący oczywiste sprawy tylko dlatego, że wypowiada je ktoś „z drugiej strony barykady”. W przypadku tak uprzedzonego delikwenta o dyskusji nie ma mowy, pozostaje jeno milczeć lub drastycznie obniżyć poziom dyskusji dostosowując się do niego.

  11. Maniak pisze:

    No i znowu wyjdę na zdrajcę :P

    Brawo, Marcinie. Tekst jak najbardziej na czasie, bo mi także rzuciła się w oczy ogromna polaryzacja poglądów między kibicami po półfinale Chelsea vs Barca. Dobrze napisane. Podszedłeś do problemu całościowo, pokazałeś prosty mechanizm, który wielu kibiców przyciąga do tej dyscypliny sportu, a z którego my sami nie do końca zdajemy sobie chyba sprawę, gdy angażujemy się w kibicowanie.

    Czy bycie kibicem United byłoby „uboższe”, gdyby nie było Liverpoolu? Czy kibicowi Realu brakowałoby rywalizacji z Barceloną? Czy Mediolańczycy zatęskniliby za wojną Interu i Milanu? Hm – ciekawe :) Aspekt obecności wielkiego wroga na pewno dodaje atrakcyjności, więc pewnie wielu z nas rzeczywiście odczuwałoby jakąś „pustkę”, gdyby tego wroga zabrakło :) Choć z drugiej strony, historia tworzy się cały czas. Gdyby zabrakło jednego wroga, być może rozpocząłby się proces „wyszukiwania” następnego? W miejsce Liverpoolu na szczyty ligowej tabeli wspięłaby się jakaś inna ekipa, która po kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu latach narastającej rywalizacji z Manchesterem zastąpiłaby „The Reds” w roli publicznego wroga nr 1 :)

    U mnie ta niechęć do wyolbrzymiania czy stawiania na piedestale wielkiej rywalizacji między dwoma zespołami wynika z obawy o to, że sport stanie się źródłem negatywnych emocji i złych, agresywnych zachowań. Wierzę, że sport powinien być dobrą, piękną i pożyteczną sferą naszego życia, dlatego nie akceptuję żadnej wypływającej z niego agresji.

    Oczywiście można też i do wielkiej rywalizacji podchodzić nieco rozsądniej. Można cieszyć się, że rywal stracił punkty, ale nie wylewać z tego powodu kubła pomyj na jego kibiców. Można świętować wygrane bezpośrednie starcie nie depcząc flagi naszego rywala, by dodatkowo go upokorzyć :) Sam fakt, że któryś zespół uważamy za naszego wielkiego przeciwnika, i przykładamy szczególną wagę do rywalizacji z nim, nie jest negatywny. Ba – jasne, że to dodaje smaczku całej sytuacji. Byle tylko trzymać się sportowej strony tej rywalizacji :)

    W moim podejściu szczególnie cenie sobie jedną rzecz: nigdy nie miałem kłopotów z dogadywaniem się z kibicami innych drużyn. Wśród dobrych znajomych mam kibiców Chelsea, Arsenalu, Realu, Milanu i paru innych drużyn. Gdy mieszkałem w Walii, moim gospodarzem był fan Liverpoolu, czego oczywiście nie omieszkaliśmy wykorzystać do przeprowadzenia wielu rozmów o przebiegu sezonu :) Gdy w 2006 roku w finale LM Barca mierzyła się z Arsenalem, na mecz wybrałem się m.in. z przyjaciółką kibicującą Londyńczykom. I tak szliśmy sobie w kierunku knajpy docelowej, samym centrum miasta: ona w koszulce Arsenalu, ja w charakterystycznym pasiaku Barcy, ręka w rękę, z bananem na twarzach :D Miny na twarzach mijających nas kibiców – bezcenne :P

    • Queiroz pisze:

      I to jest stary zajebiste… O ile w tekście, którego jesteś autorem, jest wiele sprzecznych dla mnie teorii to w tym komencie wyraziłeś co trzeba.

      Rywalizacja- owszem, ale zdrowa. Można nienawidzić jakiegoś klubu, kibica (jeśli go znamy, kibicuje Scousersom i dodatkowo jest strasznym chhhykhym;)) ale nienawiść do ogółu? Nie raz klniemy przy monitorze na jednych czy drugich, ale ja wśród znajomych mam zarówno kibiców LFC i FCB i o ile czasem jest tyrana, to potrafimy poważnie porozmawiać, tudzież pogratulować sobie mistrzostwa kraju ;) i to jest piękne.

      A Carlsberga nie pijam bo nie lubię :P A niechęć przez LFC też jest, dla frajdy:P Ciekawe ilu kibiców Liverpoolu jest ubezpieczonych w AIG?

      Niech sport wywołuje pozytywne emocje, wtedy ma sens. Amen

      • mmmmmlody pisze:

        Swoja droga ciekawe ilu kibicow Wisły, albo ogólnie ludzi nie przepadających za Legią, nie ogląda TVN? :D

    • fidain pisze:

      Choć z drugiej strony, historia tworzy się cały czas. Gdyby zabrakło jednego wroga, być może rozpocząłby się proces “wyszukiwania” następnego? W miejsce Liverpoolu na szczyty ligowej tabeli wspięłaby się jakaś inna ekipa, która po kilku/kilkunastu/kilkudziesięciu latach narastającej rywalizacji z Manchesterem zastąpiłaby “The Reds” w roli publicznego wroga nr 1 :)

      To nawet nie jest teza tylko stwierdzenie faktu. Przecież tak było właśnie w przypadku Scousersów! Oni zastąpili odwiecznego wroga United jakim przez lata było Leeds. Wcześniej owszem, wojna z Liverpoolem była ale nie tak wielka mimo wszystko jak z Leeds. To od przyjścia do klubu Fergusona zaczęła się prawdziwa wojna z Liverpoolem.

      Jakby Liverpool spadł i nie wracał do EPL przez wiele sezonów (marzenia hehe) kto by został nowym wrogiem nr1? Sam jestem ciekawy. Może Everton? Może Arsenal, może jeszcze inna drużyna. Na pewno nie pozostałaby pustka.

  12. mmmmmlody pisze:

    Ja nie zwracam aż takiej uwagi na sponsorów klubów, żeby nie kupić jakiegoś produkty tylko dlatego, że kojarzę go z nie lubianym zespołem. Jakieś to znaczenie dla mnie ma, ale nie aż takie, żeby sobie z tego powodu włosy z głowy wyrywać.
    Może też mieć na to wpływ także to, że zwyczajnie nie tak często ocieram się o to, co reklamują piłkarze na swoich koszulkach. Wiem, że oprócz sponsora głównego, kluby mają co najmniej kilkunastu mniejszych, ale bardzo rzadko jestem wstanie ich wymienić. W przypadku Manchesteru z pamięci podać mogę obok Nike i AIG tylko: Audi, Air Asia, Budweiser oraz Vodafone (przynajmniej wydaję mi się, że ciągle jakoś dofinansowują United).
    Nie kupuję sobie samochodu więc nie musze wybierać między Audi United, Oplem AC Milanu, czy BMW Bayernu (jeżeli mnie pamięć nie myli). Nie latam do Azji, więc nie mam dyskomfortu kupując bilet Fly Emirates zamiast Air Asia. Jednak gdy przychodzi co do czego, pragmatyzm bierze górę i na moim biurku leży monitor Samsunga, z którego jestem bardzo zadowolony, a gdy ponownie wybiorę się na wakacje do Londynu zaopatrzę się w kartę O2, ponieważ wszyscy ludzie, do których będę tam dzwonić posiadają karty właśnie tej firmy, a nie Vodafone. Kalkulator mam za to Sharpa i jestem z niego niezwykle zadowolony.
    A z racji tego, że alkoholu nie piję, nie mam problemów typu: „nie mogę kupić Calsberga, Warki czy innego Lecha”. Nie kupię też jednak Budweisera, Piasta czy Tyskiego, żeby pomóc w budowaniu potęgi Manchesteru, Śląska czy krakowskiej Wisły.

    Mała dygresja od tematu, bo zauważyłem poruszony wątek, od czego zaczęło się kibicowanie United. W moim przypadku pierwszy kontakt z tym klubem był podczas grania na Amidze, w grę… „Manchester United”. Gra ta umożliwiała zabawę drużynami aż do czwartej angielskiej ligi, ale tylko jeden zespół zamiast symbolicznych, namalowanych twarzyczek, służących podziałowi piłkarzy na blondynów, brunetów oraz czarnych, miał prawdziwe zdjęcia. Wtedy wiedziałem, że klub ten jest wyjątkowy. Wtedy też pierwszy raz zobaczyłem jak wyglądają piłkarze United.
    Następnie była najlepsza seria piłkarskich gier komputerowych wszechczasów Sensible World of Soccer. Im więcej zepsuło się dżojstików grając w SWoS 95/96 i 96/97 tym bardziej świadomość wielkości tego klubu się potęgowała. Było to coś tak wspaniałego, że nawet podczas kilkuletniego mniejszego zainteresowania footballem w ogóle (na rzecz koszykówki, do której po dziś mam sentyment), zawsze wiedziałem, że gdzieś tam w Anglii jest ta jedna drużyna, której kibicował będę po wsze czasy.

    • Queiroz pisze:

      No w paranoje popaść nie można, też mam monitor Samsunga:p ale to są jakies tam inwestycje większe, czy bilet lotniczy czy sprzęt. A tego carlsberga, jak jest nie dobry, a wybór duży można ominąć i dodać, że sponsorują LFC :P

    • AFC pisze:

      I ja pamiętam grę „Manchester United”. Była to chyba pierwsza gra futbolowa w jaką grałem, zbytnio jej nie pamiętam, ale za to już Sensible Soccer to po prostu gra kultowa. Te strzelające joysticki, niesamowite emocje i naprawdę nieprzebrana baza piłkarzy. O ile dobrze pamiętam to mieliśmy tam ligi z wielu krajów i co najmniej 2 polskie klasy rozgrywkowe czego we współczesnych grach próżno szukać, ale może to i lepiej… :) Był też tryb menedżera, gdzie można było prowadzić swoją drużynę do triumfów dokonując transferów, zarabiając na wygranych meczach, pucharach. Był tez w niej taki niewybredny skrót – wystarczyło w menu zakupów wcisnąć „m” na klawiaturze i…już mieliśmy milion funtów :) W wyniku takich zabiegów w prowadzonym przeze mnie polskim klubie szybko jedynym Polakiem był rezerwowy bramkarz, a przyznam się, że w ataku grał…Cantona ;)
      Wracając do tematu. Myślę, że sytuacja, w której ktoś usilnie starałby się ominąć wszystkich sponsorów danego klubu spowodowałaby, że popadłby w co najmniej delikatną psychozę. Jak wspominasz w swoim komentarzu, każdy z klubów ma tak wielu sponsorów, że podświadomie omijając jednego o innym może po prostu nie wiedzieć i…już dorzucamy się do tygodniówki dla Gerrard’a :P Poza tym jestem zwolennikiem zdroworozsądkowego podejścia do rywalizacji w futbolu i mierzi mnie, gdy czasem opluwa się kogoś tylko dlatego, że jest z innego miasta czy nawet dzielnicy.

  13. Miszczu pisze:

    Calsberga pijam czasem. Niezły jest. Za krótki dla mnie jest Pool, żeby mi obrzydzać browar :>

  14. Koteceq pisze:

    Taki lekki offtop no ale trudno … Fife 98 wszyscy pamietamy i to jedyna Fifa w której mozna bylo grac na hali :/

    Z tego co pamietam to United zaczalem kibicować w … sezonie 2002/2003 . Rewanż z Realem w LM … pierwszy mecz United jaki oglądałem wygralismy 4:3 cieszylem sie bardzo dopóki brat mnie uswiadomil że to Real przechodzi dalej … (chciało sie powiedziec WTF ? ale za młody byłem :P) po tym meczu myslałem ze pilka nozna to najglupszy sport na swiecie . Druzyna która wygrala … nie przechodzi dalej . Dopiero pozniej zrozumialem że były 2 mecze :P A ronaldo do dzisiaj nie lubie za te 3 bramki :/

    Co do piwa za młody jestem … xD

  15. Maciek pisze:

    Dobry artykuł bo… wzbudził we mnie dużo skrajnych emocji. Jak pomyślę że można nie pić piwa z tak głupiego powodu że jest on sponsorem klubu Y gdy my jesteśmy kibicem klubu X wzbudza we mnie śmiech. Z drugiej strony gdy piszesz o wielkiej miłości do klubu itd. to staje sie to bardziej racjonalne. Moim zdaniem Twoja krucjata niczego nie zmieni gdyż kluby mają ustalone z góry stawki ze sponsorami i są one niezmienne(ale ja w ogóle jetem takim pesymistą że jednostka nie ma wpływu ani na teraźniejszość ani na przyszłość więc nie myśl że próbuję odciagnąć Cie od twojej idei).
    Poruszyło mnie to co napisałeś o wirtualnych kibicach – internetowych nerdach spędzających 25 godzin dziennie , 8 dni w tygodniu na forach internetowych uważąjych się za najwierniejszych kibiców „swojego” klubu a którzy nie powąchali powietrza na stadionie , nie zdarli sobie gardła dopingując co sił a siedzą w swojej Koziej Wólce ,mieszkaniu 2×2 jednak we własnym przekonaniu są wielkimi kibicami. Za oknem natomiast stadion okolicznego klubu ( I , II , III ligowego mniejsza o to ) popada w ruinę bo nikt na stadion nie przychodzi , nie interesuje się klubem, piłkarze nie mają dla kogo grać a nawet jeżeli potrafią skleić składną akcje to trzeba ich szybko sprzedać bo za coś trzeba klub utrzymać. Ale co to obchodzi internetowego zgreda , skoro ma SopCast, chipsy , puszkę piwa i prowadzi ożywiony doping dla „swojego” klubu ( a szansę że dostanie sie kiedykolwiek na stadion – powiedzmy nasz OT – są znikome)

    • fidain pisze:

      Tu raczej nie chodzi o realne wpływy do kasy Liverpoolu a o pewną ideę. Tak ja to widzę.

      Chociaż rozważając to bardziej racjonalnie. Stałe stawki stałymi stawkami ale gdyby nagle 333 miliony ludzi na świecie (szacowana liczba kibiców United) przestały pić wszelkie piwa produkowane przez Carlsberga to ich zyski mogłyby tak stopnieć, że musieliby wycofać się ze sponsoringu ;)

      Co do „internetowych kibiców” i podupadającego stadionu okolicznego klubu. Organicznie nie trawię polskiej ligi. Mierzi mnie oglądanie tych żałosnych kopaczy co nie mają ani stylu ani pasji oraz tej ustawionej od pierwszego do ostatniego meczu ligi wraz z jej żałosnymi działaczami. Czy to czyni mnie gorszym kibicem? Czy koniecznie muszę wspierać lokalną drużynę skoro niczym mnie ona nie ujmuje a wręcz odrzuca?

      Na OT jeszcze nie byłem ale mam w planach wyprawę jak tylko uda się odłożyć odpowiednią sumę (niestety życie zmusza do wielu innych wydatków). Na razie zdzieram gardło dla klubu w pubie na większości meczów ligowych.

  16. Michas7 pisze:

    Ostatni akapit imo całkowicie bez sensu, mam rozumieć, że jeśli L’pool byłby sponsorowany przez Twoje ulubione piwo byś tego nie pił? ;-) W sumie to jest niepotrzebne robienie sobie ‘wrogów’.
    fidain
    „Tu raczej nie chodzi o realne wpływy do kasy Liverpoolu a o pewną ideę.”
    Idea czego? Z jednej strony kibicie MU nie chcą być jak wszyscy, a robią to co wszyscy. Bo to sponsor tego i mi duma nie pozwala.
    Ale cóż ja to MU lubię tylko i wyłącznie dzięki Beckhamowi, mainstream jestem, sprzedawca itd ;-).

  17. Wiktor pisze:

    „Bo dla wielu z nich jeden sezon to okres swoistej wojny, która reguluje ich tryb życia, sposób myślenia i zasady postępowania. Ogólna nienawiść stwarza kodeks i przykazania, decyduje kiedy ogarnia ich nieokiełznana radość a kiedy przeżywają dramaty porównywalne z osobistą tragedią.”

    Świetny fragment :) Zresztą jak cały tekst. Końcówka też wspaniała.

    Fajnie przedstawiłeś swój punkt widzenia, z którym się zgadzam. Utożsamiamy się z United czy innymi zespołami, jakbyśmy byli z Manchesteru i chodzili na te spotkania. I dobrze :) To jest właśnie wspaniałe w tym wszystkim.

    Swoją drogą, ciekawe co kibice Liverpoolu na Smirnoffa :P Fani United powinni właśnie zamiast Carlsberga wypić połóweczkę Smirnoffa czasem :D

  18. Koziel pisze:

    Ja tam w ogóle wódek nie pijam;) A i Carlsberga też rzadko bo mi nie podchodzi zbytnio;P

    Co nie zmienia faktu, że ignorowanie czegokolwiek co ma związek z wrogiem jest lekko hmm. infantylne? Ja na przykład nie mógłbym zrezygnować ze słuchania Joy Division, które wiadomo skąd pochodzi:D

  19. scheen pisze:

    A dla mnie Carlsberg to nr 1 wśród zagranicznych piw ogólnodostępnych w Polsce ;) Nie przesadzajmy z tym kibicowaniem: ‘nie piję Carlsberga bo sponsoruje LFC’, moim zdaniem takie podejście jest na poziomie przedszkola i dzieciaków z argumentami: ‘nie lubię Realu bo mają brzydkie stroje’, wrzućmy na luzz i olejmy to kto kogo sponsoruje bo kiedyś może być tak, że np. Carlsberg zacznie sponsorować Man Utd i co wtedy? Też autor nie będzie pijał tegoż piwa? Jeśli zacznie je kupować to w mojej opinii ten tekst jest esencją hipokryzji.

    Jeśli chodzi o kibicowanie to mój rok młodszy brat [21 lat] jest zagorzałym kibicem FCB i jak myślicie, my się nienawidzimy z tego powodu? Na dodatek razem będziemy oglądać finał LM i co wtedy? Odgrodzimy się siatką żeby się nie pozagryzać? Nie, i nie tylko dlatego, że to mój brat, ale także dlatego, że szanuję kibiców przeciwnika. Połowa moich kumpli stoi twardo za FCB i nie zamierzam wytaczać im wojny z tego powodu. Kibicowanie kibicowaniem, ale są od tego rzeczy ważniejsze..

    • hadaszyszek pisze:

      Od kibicowania? Polemizowałbym… :P

      Nie no, żartuję oczywiście. Ale to nie zmienia faktu, że kibicowanie to jedna z najwspanialszych rzeczy (głównie ze względu na zdobyte trofea i tę wzruszającą radość), które było mi zaznać w życiu ^^ . Pozdrawiam ;) .

  20. marine pisze:

    ja Carlsberga bardzo lubie:) i pijam regularnie:) zreszta, Carlsberg to grupa, która posiada Piasta, a ten jak wiadomo zawsze wrocławski(chociaz produkowany pod Szczecinem…) wiec nie wypada nie pic:)

  21. witz pisze:

    jako kibic „fc liverpoolu” uważam, że piszący ten artykuł redaktor serwisu „fc manchesteru united” trochę za bardzo opiera się na regułach panujących w piaskownicy.

    takie trochę tworzenie bezsensu na siłę.

Dodaj komentarz

Komentarze zawierające wulgaryzmy, obrażające czytelników lub właściciela bloga zostaną skasowane.
Moderacja komentarzy jest aktywna. Nie wysyłaj swojej wiadomości dwa razy.
Możesz skorzystać z następujących tagów XHTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote> <code> <em> <i> <strike> <strong>

Chcesz mieć swój własny avatar na Redlogu? Przeczytaj FAQ, to tylko kilka minut!

..