Nie przegap
Strona główna / Inny punkt widzenia / Carlsberga nie pijam

Carlsberga nie pijam

Carlsberga nie pijam
Niedawno po powrocie z uczelni zastałem moich współlokatorów w kuchni, wielce uradowanych (powód już nie był zbyt istotny). Wszyscy trzymali w ręku otwarte butelki piwa a na stole czekało kilka kolejnych. Na mój widok bez namysłu stwierdzili „Dalej, bierz jedno i pijemy”. Ku ich zdziwieniu moja mina wyrażała tylko oburzenie i dezaprobatę. „Przecież to jest Carlsberg, ja tego nie piję!”.

Mniej więcej w tym samym czasie potyczka Barcy z Chelsea w półfinale Ligi Mistrzów podzieliła piłkarski świat na dwa ogromne obozy-piewców okrutnej i niesprawiedliwej porażki The Blues, oraz orędowników tryumfu „joga bonito” w wykonaniu Dumy Katalonii. Oba stronnictwa nie ukrywały skrajnej, delikatnie mówiąc, niechęci wobec siebie nawzajem. Dyskusje na forach internetowych słownictwem dorównywały najgorszym wzorcom znanym z sejmu czy podwórek a o samym meczu (spokojna analiza gry, sytuacji, strategii) było tak naprawdę najmniej. Cała ta afera po raz kolejny uświadomiła mi na czym polega jedna z wielkich tajemnic sukcesu futbolu, moc jednoczącą ale też dzieląca miliony fanów na stadionach , w pubach czy domach. Chodzi tu o wzajemną, nieskrywaną i częstokroć dozgonną nienawiść wśród kibiców.

W świecie piłki nożnej od zawsze istniała dychotomia „my-oni”. Nie wystarczy, że drużyna wygra mistrzostwo czy puchar. Piłkarze i fani muszą czuć, że wygrali coś więcej, że pokonali swojego przeciwnika w wyniszczającej wojnie. Bo dla wielu z nich jeden sezon to okres swoistej wojny, która reguluje ich tryb życia, sposób myślenia i zasady postępowania. Okresy chwilowego boiskowego „zawieszenia broni” nie dotyczą kibiców-często ich zawzięcie przypomina delikatnie fanatyzm religijny. Nie używają oni marki telefonów, którą reklamują piłkarze wroga, nie wyobrażają sobie napicia się napoju kojarzonego z nim, w skrajnych wypadkach nie zawierają przyjaźni lub wręcz ignorują istnienie kibiców tegoż klubu. Ogólna nienawiść stwarza kodeks i przykazania, decyduje kiedy ogarnia ich nieokiełznana radość a kiedy przeżywają dramaty porównywalne z osobistą tragedią.

Ogromny postęp technologiczny przyczynił się do powstania nowego typu można by rzec kosmopolitycznego kibica. Mimo, iż mieszka on w Radomiu czy Świnoujściu utożsamia się z klubem oddalonym o tysiące kilometrów miast lokalnym IV-to, III-cio czy nawet I-ligowcem. Mentalnie czuje się on po trochu mieszkańcem Manchesteru czy Londynu. Zna na pamięć historię tych klubów, nazwy poszczególnych trybun . Dzięki stałemu dostępowi do Internetu ma te same, obszerne informacje, zna te same pieśni i opowiada te same kawały co kibice uczęszczający na stadiony światowych potęg. Często pomimo tego, iż sam nigdy nie ruszył się z Polski dalej niż do Niemiec! Przejął tradycję i spuściznę historyczną danego klubu i orientuje się w niej nie gorzej niż ludzie pochodzący z mateczników wielkich firm futbolowych. Dodatkowo jego niechęć podsycają słowne utarczki trenerów w mediach i komentarze na bogach czy forach. Rewolucja internetowa w dużej mierze ukształtowała utworzyły wirtualne i „pubowe” środowiska zwalczające się nawzajem i na bazie silnej tożsamości manczesterowej, barcelońskiej czy mediolańskiej zwalczające odpowiednio Scousersów, Królewskich czy kibiców Juve.

Niedawno podczas finału Pucharu Polski kibice (bodajże Ruchu Chorzów, głowy nie dam) wywiesili jakże wymowny transparent „Im więcej wrogów, tym lepszy smak życia”. Dla wielu piłkarzy oraz „wyznawców” barw klubowych ta zasada jest jak najbardziej prawdziwa. Każdy wielki klub potrzebuje swojego odwiecznego, wielkiego rywala. Bez niego staje się jedynie zwykłym monopolistą na własnym podwórku. Nie oszukujmy się-mistrzostwo w tym sezonie smakuje tak doskonale głównie dlatego, że Liverpool był tuż za plecami United. Wyrównanie rekordu jest oczywiście również bardzo ważnym powodem satysfakcji fanów „Red Devils” jednakże po dwóch frustrujących porażkach –zwłaszcza 1:4 na Old Trafford zdobycie majstra sprawiło im prawdziwą frajdę. Nie wszyscy z nas traktowali to jako sprawę honoru-fakt. Jednak widok Liverpoolu na fotelu lidera do stycznia tego roku przyprawiał większość z nas o dreszcze. Piłka nożna to coś więcej niż gra. Konsekwencje negatywnych emocji jakie generuje dobrze uwypuklił m.in. Ryszard Kapuściński w tytułowej relacji z książki pt. „Wojna futbolowa”. Był on świadkiem gdy mecz piłkarski pomiędzy Salwadorem a Hondurasem stał się pretekstem do wywołania wojny przez tych pierwszych. W naszych czasach określenia „święta wojna” używa się raczej w przenośni ale w warstwie mentalnej czasami nie jesteśmy daleko od tych, których oglądanie piłki kopanej doprowadziła do rękoczynów. I choć wielu kibiców (m.in. mój redakcyjny kolega Paweł Burzała) dystansuje się od podobnego podejścia, nie należy zapominać, iż obecny układ jest korzystny dla obu stron. Pozwala utrzymać stały poziom emocji i zainteresowania o czym doskonale wiedzą szefowie i sponsorzy klubów. Nawet jeśli któryś kibic deklaruje, iż chętnie widziałby Manchester/Liverpool spadający z ligi, szybko zatęskniłby za pojedynkami, które niewątpliwie są najważniejsze w ligowym sezonie.

Na wstępie dałem jasno do zrozumienia, iż nie pijam piwa Carlsberg, marki, która sponsoruje  Liverpool FC. Dla wielu moich znajomych jest to głupie i niezrozumiałe. Ja jednak należę poniekąd do tej rzeszy kibiców, którą opisałem powyżej. I nie uważam żeby moje podejście było dla kogokolwiek krzywdzące. Do ludzi po drugiej stronie barykady powiem jedno: przyznajcie, że potrzebujemy siebie nawzajem! Dziś (gdyby sumienie mi pozwoliło) chętnie napiłbym się Carlsberga. Za zdrowie Liverpoolu! Oby zawsze był obecny… za plecami United.

Przewiń na górę strony