Nie przegap
Strona główna / Naszym okiem / 2.09.2011, Polska – Meksyk. Wspomnienia z Warszawy.

2.09.2011, Polska – Meksyk. Wspomnienia z Warszawy.

Od dawna z wielkim zniecierpliwieniem czekałam na ten mecz. Każda cząstka mnie odliczała tygodnie, dni… Pojawiło się też marzenie, że uda mi się wybrać na Pepsi Arenę, aby podziwiać starcie reprezentacji Polski z reprezentacją Meksyku.

Bilety na mecz Polska - MeksykKiedy już przekonałam rodzinę do mojego wyjazdu, pozostały jedynie formalności. Wybranie miejsca nie stanowiło najmniejszego problemu. Doskonale wiedziałam, czego potrzebuję. Chciałam dużo widzieć – padło na jeden z sektorów trybuny wschodniej. Chciałam siedzieć jak najbliżej murawy – padło na pierwszy rząd. Wystarczyło tylko parę razy kliknąć myszką, aby marzenie się spełniło. Tyle…? Tylko tyle…? Klik i już? Dopiero kiedy trzymałam już w ręce swój własny imienny bilet, uwierzyłam, że ja naprawdę pojawię się w Warszawie!

W dzień wyjazdu parędziesiąt razy sprawdzam, czy na pewno wszystko mam. Ostatecznie i tak wychodzę z domu z przeświadczeniem, że czegoś zapomniałam. Bilet mam jednak na pewno – to najważniejsze. Dość mały kawałek papieru, który wieczorem spełni jedno z moich marzeń. Niezwykłe. Jeden mały bilet w krótkiej chwili staje się kluczem do jednego z najważniejszych wydarzeń w moim życiu. Cały piątek żyję tylko meczem… I czekam, czekam, czekam!

Ze swojego miasta wyjeżdżam gdzieś po godzinie dziesiątej. Podróż mija bardzo przyjemnie – bez korków na drodze, żadnych nieprzyjemnych incydentów. Przez cały czas myślę tylko o meczu. W jakich składach przystąpią do niego obie reprezentacje? Czy będzie dużo kibiców? Kto wygra? Moja głowa jest pełna pytań, na które póki co nie znam odpowiedzi…

Na miejscu jestem po godzinie czternastej. Do otwarcia bram stadionu jeszcze kilka godzin, wyruszam więc na mały obchód po Warszawie. Tuż obok Pepsi Areny dostrzegam meksykańskiego kibica odzianego w reprezentacyjną koszulkę, z którym wymieniam przyjazny uśmiech. Odwiedzam Łazienki Królewskie, ale nie mogę się za bardzo skupić na podziwianiu czegokolwiek. Moje myśli zaprzątnięte są momentem, w którym wreszcie zacznie się mecz. Chodzę bez celu po Łazienkach, aby po prostu zabić czas. Niektóre ścieżki pokonuję nawet dwa razy, dobrze wiedząc, że już w danym miejscu byłam.

Pepsi Arena - WarszawaTuż przed godziną osiemnastą jestem przy stadionie. Nie mogę się oprzeć i kupuję pamiątkowy szalik łączony „Polska – Meksyk”, który od razu ląduje na szyi. Zaraz będą wpuszczać kibiców, jejciu! Mam ochotę, niczym mały dzieciak, tupać ze szczęścia. Pospiesznie wyciągam legitymację i bilet i od razu szybko zmierzam w kierunku wejść z napisem „Trybuna wschodnia”. Jeszcze nie ma dużo ludzi, świetnie! Wejdę na spokojnie i już na trybunach poczekam na piłkarzy! Nie mogę już wytrzymać! Mam ochotę tam podbiec i szybko przedrzeć się przez hordę stewardów! Podaję bilet, powtarzając sobie cały czas w duchu: tylko spokojnie, tylko spokojnie, Roksana, wytrzymaj… Jakaś kobieta sprawdza moją legitymację szkolną, potem odrywa kuponik od biletu i przepuszcza mnie dalej. Następna agentka już zaczyna robić mi problemy… Maca bezczelnie (zbyt dokładnie) moją koszulkę United, jak gdybym między nitkami schowała jakieś prochy… Nigdy nie pomyślałabym, że wyglądam jak kryminalista, który może przemycić na stadion tonę amunicji i kilogram proszków. Wiedziałam, że nie może być tak pięknie. Niecierpliwię się i przestępuję z nogi na nogę. Nagle agentka każe mi oddać jednemu ze stewardów mój aparat fotograficzny. Robię wielkie oczy i nie chce mi się wierzyć. Ale że niby mam nie uwiecznić tego pięknego dnia na zdjęciach? Bo co? Bo ktoś mi tak każe? Myślę sobie: Niech pani szybko cofnie te słowa, bo inaczej nie będę taka uprzejma… Tym bardziej, że jakiś trzynastoletni chłopak właśnie z uśmiechem na twarzy przemknął obok mnie z aparatem w ręku! Wtedy z odsieczą przychodzi mi jeden ze stewardów. Mówi, że mogę wejść z aparatem, tylko mam nie błyskać fleszem. Spoko, da się zrobić, koleś… Ach, co za ulga! Masz szczęście, babsztylu! Triumfalnym wzrokiem mierzę kobietę i przechodzę dumnie dalej. Teraz już nic mnie nie zatrzyma!

Sektor 115 - Pepsi ArenaSektor 115 czeka na mnie zwarty i gotowy! Wiem to, ja to po prostu wiem… Piłkarze też czekają. Ja jestem tam dla nich, a oni dla mnie – proste. Bardzo szybko wchodzę na stadion i zaczynam podziwiać. Posiekajcie i zabijcie mnie miłośnicy Łazienek Królewskich i innych Pałaców Kultury, ale Pepsi Arena to najlepsze, co Warszawa ma mi do zaoferowania. Stoję i podziwiam, podziwiam i stoję i tak w kółko. Dokładnie lustruję każdy szczegół stadionu. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby coś zostało przeoczone. Pstrykam kilka zdjęć na pamiątkę i rozglądam się dalej. Kibice powoli zapełniają trybuny. To znak, że do meczu coraz bliżej! Cudnie! W międzyczasie zamieniam kilka słów z bardzo miłymi meksykańskimi kibicami. „Dziękuję” w wykonaniu jednego z nich brzmi zarówno komicznie jak i słodko. Nie rozmawiamy długo, krótka konwersacja zakończona serią uśmiechów i pozdrowień. Kibiców przybywa z każdą minutą – zarówno polskich jak i meksykańskich.

Rozgrzewka reprezentacji MeksykuWstrzymuję oddech, na rozgrzewkę wychodzą bramkarze obu reprezentacji. Zgromadzona publiczność wita ich zachęcającymi brawami. Piłkarze pojawiają się za niedługo i również rozpoczynają rozgrzewkę. Oglądam z zapartym tchem reprezentację Meksyku, bo to być może jedyna okazja w moim życiu, aby zobaczyć ich na żywo razem, w komplecie. Polskich piłkarzy ujrzę pewnie jeszcze nie raz i nie dwa, także odpuszczam póki co oglądanie ich. Meksykanie biegają, rozciągają się. Przyglądam się każdemu po kolei, choć mój wzrok zawsze na dłużej zatrzymuje się na Chicharito. Nie posiadam się ze szczęścia. Nie mogę uwierzyć, że to nie jest sen i naprawdę widzę ich wszystkich na żywo i są tak blisko! Dzieli nas tylko parę metrów, które z chęcią bym zlikwidowała, gdyby nie ci zbędni stewardzi ustawieni co dwa metry. Chcę jak najlepiej wykorzystać każdą sekundę, w której ich widzę. Oglądam dokładnie wszystkie ich twarze i ruchy nóg, rąk. Nie wierzę, uwierz!, nie wierzę, uwierz!, nie wierzę, uwierz!, chyba wreszcie uwierzyłam…

Reprezentacje obu krajów przed meczemPiłkarze obu ekip zeszli z rozgrzewki. Teraz pozostaje mi tylko czekać na hymny i pierwszy w tym meczu gwizdek sędziego. Kiedy w końcu zaczynają grać, atak Meksyku jest skierowany na bramkę, którą mam bliżej siebie. Co za szczęście, mogę sobie bezkarnie podziwiać Chicharito z tak bliska! Tuż przy linii biega Guardado, jego widzę najlepiej. Trochę żałuję, że nie broni Szczęsny. Chętnie zobaczyłabym go w bramce Polaków w tym meczu… Cóż, nie można mieć wszystkiego. Stadion też nie zapełnił się w sumie tak jak trzeba. Mimo tego doping jest wspaniały. Kibice śpiewają i zagrzewają swoich ulubieńców do walki na boisku o każdą piłkę. Ja razem z nimi – śpiewam, krzyczę, na zmianę jedno z drugim. Wreszcie jest! Polska – jeden, Meksyk – zero! Paweł Brożek wyprowadza biało-czerwonych na prowadzenie! Cały stadion szaleje! Ja jednak po cichu liczę na to, że zaraz Chicha wpakuje jakąś piękną bramkę… Reprezentacja Meksyku jest mi szczególnie bliska i nie zamierzałam ukrywać, że życzę im w tym meczu jak najlepiej. Obiecuję sobie, że nie zawaham się wstać i krzyknąć. Głośno pokażę, że się cieszę z bramki dla El Tri!

Marzenia jednak się spełniają! Wkrótce Chicha pokonuje Tytonia i wynik jest już remisowy. Podrywam się z krzesełka i głośno wykrzykuję kilka razy pseudonim naszego meksykańskiego napastnika. Nie zwracam żadnej uwagi na to, że oprócz mnie i meksykańskich kibiców wszyscy w tej chwili siedzą jak na stypie z posępnymi minami. A niech sobie siedzą! Chicha strzelił bramkę i teraz tylko to się liczy! Siadam i tupię teraz już na serio o betonową podłogę. Ściskam mocno w dłoniach swój szalik i z zapartym tchem oglądam ten wspaniały mecz. Wraz z kilkoma meksykańskimi fanami wołamy Guardado! Guardado! On jednak chyba nas nie słyszał, bo nie odwrócił się choć na sekundę ani razu.

Przepiękny moment następuje gdzieś wtedy, kiedy pierwsza połowa ma się powoli ku końcowi. Zauważam Chicharito, który powoli zmierza ku linii bocznej boiska. Zaczynam wołać razem z Meksykanami najgłośniej jak potrafię Chicharito, Chicha! Chicharito! A wtedy on jakby lekko macha, delikatnie się uśmiecha i unosi kciuk w górę. Mam ochotę skomleć jak pies, z tym że z radości… Umieram, umieram, umieram… Nie, nie mogę umrzeć, ale umieram.

W drugiej części spotkania Chichę zmienił De Nigris, dlatego dziękuję niebiosom, że w pierwszej połowie Groszek biegał po „mojej” stronie. Kiedy kończy się mecz, powoli opuszczam stadion… Ostatnie zerknięcie na murawę, na schodzących z boiska piłkarzy, na trybuny… Czas udać się w drogę powrotną.


Drugi września stał się dla mnie magiczną datą i taką też pozostanie. Już na zawsze, co roku, to właśnie ten dzień będzie mi przypominał niezwykłe przeżycie, jakiego doświadczyłam w Warszawie na Pepsi Arenie. Nie zmieniłabym w tym dniu niczego, niczego, niczego! Dziękuję strzelcom bramek (Grosieńku mój najukochańszy, Tobie szczególnie ♥ ), reprezentacjom, trenerom, całym sztabom reprezentacji i wszystkim ludziom, dzięki którym ten mecz doszedł do skutku.

Przewiń na górę strony