Nie przegap
Strona główna / Naszym okiem / Przede wszystkim szacunek

Przede wszystkim szacunek

Przede wszystkim szacunek
Według przeprowadzonych niedawno badań, Manchester United to najbardziej znienawidzony klub sportowy na świecie. Cóż, taki już los wielkich, że zawsze mają tyle samo zwolenników ilu przeciwników. Wyprzedzamy aktorów z Barcelony mającej Messiego, który ciągnie za sobą miliony dziesięciolatków z całego świata. Zostawiamy daleko w tyle Chelsea. Dlaczego!?

Nie licząc lokalnego rywala, nr 1 na naszej czarnej liście jest Liverpool. Ciężko dokładnie zlokalizować, kiedy cały konflikt między tymi dwoma klubami się zaczął, jednak szczególnej siły nabrał w latach 70 XXw., gdy potęga United zmierzchała, a piłkarze LFC robili się z roku na rok coraz silniejsi. Sytuacja odmieniła się na początku lat 90-tych, gdy gwiazda MU pod wodzą Alexa Fergusona odzyskiwała dawną świetność, odwrotnie do graczy z miasta Beatlesów, którzy zaliczając kolejne wpadki, nie byli w stanie odzyskać prymatu w kraju.

Oba kluby „plują” na siebie do dzisiaj. Na wymyślaniu głupich wyzwisk i przyśpiewek poczynając, a na mało śmiesznych żartach kończąc. Znacie ten dowcip, kiedy to mały fan „The Reds” pyta się swojego ojca, co to jest mistrzostwo Anglii, po czym ten nie wie i każe się spytać dziadka? Kawał, jakich miliony i zapewne bardziej chodzi w nim o samą treść niż „śmieszną” zawartość. Owy joke nie pasuje mi jednak do kibiców „Czerwonych Diabłów”. Liverpool ostatni raz zdobył mistrza w 1990 roku (czyli 21 lat temu). Gdy cofniemy się w historię United zobaczymy, że my czekaliśmy kiedyś na triumf na własnym podwórku jeszcze dłużej, bo od 1967 do 1993, czyli ponad ćwierć wieku. Zostawiam to więc bez komentarza…

W Anglii działają grupy, które robią dla naszego klubu wiele dobrego. Tworzą piękne oprawy, organizują nieziemski doping. Niestety są też tacy, którzy zajmują się tą ciemniejszą stroną kibicowania, a dokładnie walkami z takimi klubami jak Liverpool czy Arsenal. Czy my w Polsce powinniśmy także utożsamiać się z tą ostatnią grupą i naśladować ją na naszym podwórku? Większość powie „tak”. Ja mówię „niekoniecznie”. Uważam się za oddanego fana Manchesteru, jednak ludzie, którzy może w hierarchii kibicowania „Diabłom” stoją wysoko, nie są osobiście dla mnie żadną wyrocznią ani wzorem. Podam do tej sytuacji całkiem skrajny przykład. Czy jeśli owa grupa kibicowska postanowi, że w imię miłości do klubu z Old Trafford każdy prawdziwy supporter ma się wykastrować (przepraszam, jeśli kogoś tu obraziłem, lecz zaznaczam, że chodzi tu tylko o moc argumentu), to czy nadal będziecie ich popierać we wszystkim?

Prawdziwy kibic umie odróżnić kibicowanie od fanatyzmu. Mam wrażenie, że nienawiść do wrogiej ekipy to już pierwszy krok do wyżej wymienionej choroby. Zresztą w Polsce najlepszym przykładem było zachowanie kiboli Lecha i Legii w maju. I to właśnie najczęściej przez takie „wybitne” jednostki cierpi później cała społeczność. Jak zachowują się prawdziwi kibice? SZANUJĄ SIĘ NAWZAJEM! A tego niekiedy brak po jednej jak i po drugiej stronie, i to obojętne, czy w Anglii, czy w Polsce, czy na Vanuatu. Nie twierdzę, że powinniśmy się od dzisiaj zacząć kochać czy wielbić, bo to najzwyczajniej w świece byłoby nieszczere, ale przede wszystkim niemożliwe. Może po prostu skończmy (przynajmniej w naszym kraju) wzajemne utarczki i skupmy się na tym, co znacznie ważniejsze.

Psychoza niektórych fanatyków doprowadza do tego, że w imię nienawiści nawet na siebie patrzeć nie mogą. Pewnie niektórzy wiedzą, że jestem kibicem Zagłębia Sosnowiec. W zeszłym roku jechałem pociągiem na trasie Gdynia-Katowice. W jednym przedziale siedziałem z fanem Ruchu Chorzów (w teorii wróg nr 1). I o dziwo rozmawialiśmy w sposób kulturalny, (nawet!) nie doszło do rękoczynów. Pomimo tego, że prowadziłem konwersację z człowiekiem, który najprawdopodobniej nienawidził mojego zespołu, nie czułem się tak, jakbym go zdradził. Możecie mówić, że miałem szczęście, bo trafiłem na spokojnego osobnika. Jednak spora grupa tych agresywniejszych, którzy akurat są w pojedynkę widząc, że nie mają publiki lub „godnego siebie” przeciwnika, odpuszcza.

Spójrzmy na naszych piłkarzy. Czy np. Wayne Rooney bije się lub rzuca obelgami w stronę Stevena Gerrarda czy Johna Terry’ego na reprezentacyjnych zgrupowaniach? No raczej nie, a chyba przywiązania do barw klubowych żadnemu z tych panów odmówić nie możemy (Roo już chyba zdążył wrócić na właściwą drogę). Więc może to właśnie z naszych piłkarzy powinniśmy brać przykład.

Liverpool, Arsenal i Manchester United to trzy kluby, bez których najwyższa klasa rozgrywek w kraju nie ma prawa istnieć. Szanujmy siebie nawzajem, bo możemy się nie lubić, ale bez jednego z tych trzech jakże zasłużonych dla angielskiej piłki fundamentów Premier League nie będzie już taka sama.

Wiem, że większość nie podzieli mojego zdania. Jestem także przygotowany na ostrą krytykę. Jednak mam nadzieję, że choć części czytelników nasunie się jakaś refleksja po przeczytaniu mojego tekstu.

Pamiętamy, miejmy szacunek do przyjaciela, ale jeszcze większy do wroga…

Przewiń na górę strony