Nie przegap
Strona główna / Offtopic / Sędzią być

Sędzią być

Sędzią być
W ostatni czwartek miałem okazję, ba! nawet przyjemność, sędziować szkolne zawody piłkarskie. Przez około pięć godzin prowadziłem piętnaście amatorskich spotkań. Nazwanie naszego boiska kartofliskiem byłoby uprzejmym eufemizmem, tym niemniej wszystko przebiegło całkiem sprawnie. Ale rany, jakie to sędziowanie jest trudne!

Funkcję arbitra objąłem przypadkowo. Koleżanka, która zajmowała się organizacją dnia sportu w LO im. Jana Kochanowskiego w Warszawie (wszystkich niezdecydowanych gimnazjalistów zapraszam ;) ) złapała mnie na szkolnym korytarzu i oświadczyła, że potrzebują kogoś do sędziowania zawodów piłkarskich. Stwierdziłem, że moja znajomość przepisów jest wystarczająca do prowadzenia wewnątrzszkolnych rozgrywek, więc na propozycję przystałem. Szykowała się dobra zabawa, ale o ileż się myliłem!

Ilość problemów, które pojawiały się jeden za drugim była porażająca. Przede wszystkim, nasze boisko nie ma zaznaczonych linii pola karnego, a narysowanie ich na twardym, piaszczystym podłożu mijało się z celem. Realizacja któregokolwiek z pomysłów na zaznaczenie bramkarskiej przestrzeni była niewykonalna lub skrajnie niebezpieczna dla zawodników (wcześniej wspomniana dziewczyna zaproponowała ułożenie tej linii z szarf; kilka wybitych zębów gwarantowane!). Poza tym, jak pewnie większość z Was się domyśliła, o asystentach na liniach mogłem zapomnieć, nie wspominając o zabronionych niedawno powtórkach wideo.

Rany, dlaczego w szkole nie ma kolorowych znaczników?! Przecież gdybym nie znał tych ludzi (większość bardziej z widzenia, ale jednak), to zaraz by mi się wszyscy pomylili. Tylko dwa zespoły miały jednolite stroje, z czego pierwszy odpadł w pierwszej rundzie. Cieszę się, że ani razu nie pomyliłem, kto gra w której drużynie. A najgorzej jak swój wpadał na swojego. Ja już chcę gwizdać faul, ale uprzytamniam sobie, że przecież oni są w jednej drużynie. Koszmar.

Boisko było małe. Typowy szkolny obiekt wymiarów pomniejszonego boiska do piłki ręcznej, z bramkami wielkości mniej więcej tej, której broni Sławek Szmal w polskiej reprezentacji. A mimo to poruszanie się po nim razem z piłką było skrajnie trudne. Należę raczej do grupy ludzi określanej mianem „puszystych” (2kg nadwagi, spora przewaga tkanki tłuszczowej nad mięśniową), dlatego ciągłe bieganie przez okrągłe pięć godzin od początku było raczej nieosiągalne. Tym niemniej poruszałem się po boisku razem za akcją, choć prawie tylko wzdłuż. Próba zmiany części, na której przebywałem było zadaniem niebezpiecznym – wszyscy biegają dookoła, a ty nie możesz im przeszkadzać. Do tego piłka leci szybciej niż ty i choćbyś chciał, to nie zawsze nadążysz za akcją. Dzięki raczej ostrożnym ruchom tylko raz trafiła mnie piłka, ale dwa razy udało mi się też komuś zasłonić drogę podania. Czasami moje zadanie polegało bardziej na uciekaniu od akcji, niż gonieniu za nią.

Wynikał z tego jeszcze jeden problem. Przy bardzo źle zarysowanych liniach bocznych (mały krawężnik ledwo wyrastający z porośniętych trawą brzegów) dostrzeżenie autu było czasem skrajnie trudne. A wskazanie, kto ma go wyrzucać w sytuacji, gdy przy linii miała miejsce klasyczna szkolna kopanina również nastręczało olbrzymich trudności. Rany, ja nie mogłem dostrzec wielu rzeczy stojąc kilka metrów dalej, a co dopiero ma zrobić sędzia, który obsługuje ponad pięć tysięcy metrów kwadratowych!

Czasami w decyzjach przeszkadzało mi jeszcze coś – rozkojarzenie. Wokół działo się mnóstwo rzeczy i wystarczyła chwila dekoncentracji żebym nie wiedział, czy mamy rożny czy piątkę lub kto ma wyrzucać aut. Nieco nudniejszy fragment meczu, ja zaczynam myśleć o czymkolwiek innym niż gra i za chwilę moje oczy błądzą ze zdenerwowania po ludziach, gdy pada pytanie „Panie sędzio, co mamy?”. Próbuję wyczytać w oczach zebranych jakąś podpowiedź, ale muszę podjąć decyzję, więc na pozór spokojnie wskazuję ten czy inny kierunek lub punkt. Najgorzej było z patrzeniem na stoper. Zdarzało się, że niechcący przedłużałem spotkanie o minutę lub półtorej, bo za bardzo zainteresowałem się grą, a za mało czasem jej trwania.

Poza tym – sporne sytuacje. Miałem do dyspozycji nawet profesjonalne, laminowane kartki – żółtą i pomarańczową, która miała uchodzić za czerwoną (podobno od piłki ręcznej). Na początku śmiałem się z kolegami, że temu w spodenkach Barcelony wstawię pierwsze czerwo, drugie dostanie ten gość i tak dalej. W całym turnieju dałem trzy żółte i dwie czerwone kartki. Jedną z żółtych (która była tą drugą i przerodziła się w czerwoną) wstawiłem za to, że kiedy piłka już miała wylecieć za boisko, to zawodnik chciał ją złapać, żeby nie musieć po nią biec. Był napastnikiem w polu karnym, więc uznałem to za zagranie mające na celu przedłużyć akcję. Bez namysłu zagwizdałem i wyciągnąłem kartoniki, by rówieśnik mógł obejrzeć oba w pełnej krasie (zresztą, o mało co nie wstawiłbym mu samej żółtej, dopiero potem przypomniałem sobie, że on już wcześniej dostał upomnienie, zresztą również za zagranie ręką). Chłopak tłumaczył się, że po prostu nie chciał, by piłka wyleciała za boisko, ale nie mogłem wycofać decyzji. Choć łatwe to nie było.

Drugą czerwień, tym razem bezpośrednią, dałem po zagraniu piłki ręką w polu karnym (a przypominam, że nie było linii – ile było harmidru o to, że zagrywał poza polem). Rok młodszy ode mnie chłopak wyskoczył do górnej piłki, jednak popełnił błąd wyciągając rękę do góry (miała osłaniać twarz). Futbolówka trafiła prosto w nią, a z mojej perspektywy znowu wyglądało to jak celowe zagranie. Wskazałem na punkt przed bramką, z którego wykonywany miał być karny, a winowajca od razu dostał czerwoną kartkę. Był to mecz, który w dużym stopniu decydował o końcowym układzie w tabeli (gwoli wyjaśnienia – pierwsza runda była play-offem, pięć drużyn zakwalifikowanych utworzyło grupę, w której każdy grał z każdym). Drużyna, która wykonywała karnego wygrała 4:0, głównie dzięki temu, że osłabieni całym turniejem koledzy z klasy humanistycznej nie mieli siły grać po raz piąty, tym razem w osłabionym składzie. Dopiero wieczorem, po przemyśleniu sprawy, stwierdziłem, że popełniłem błąd. Dalej uważam, że karny był, ale jednak obrońca powinien zobaczyć tylko żółtą kartkę, bo zagranie nie stanowiło bezpośredniego zagrożenia dla bramki.. Muszę Wam powiedzieć, że źle mi było ze świadomością popełnionego błędu.

Na koniec zostawiłem największą zmorę sędziowania – stronniczość. W turnieju grali koledzy z mojej klasy. Od początku próbowali na mnie wpływać, bardziej żartem niż na poważnie, ale jednak wszystko miało jakiś tam wpływ na mnie i moje decyzje. Na szczęście w pełni uczciwie odpadli w pierwszym meczu, pozbawiając mnie jednego problemu. Jednak do końca turnieju grała (i liczyła się w stawce, zajęła ostatecznie trzecie miejsce, także przez wspomniany wcześniej mecz, zakończony wynikiem 4:0) drużyna, w której co najmniej jednej osobie życzyłem jak najgorzej. Nigdy nie lubiliśmy się i kiedy on dowiedział się, że ja sędziuję, a ja, że on gra, od razu wiedzieliśmy, że nie będzie lekko. Najpierw on kwestionował moje decyzje i raz musiałem mu ulec (w jego drużynie był także jeden z ważniejszych organizatorów dnia sportu). Na szczęście sam sobie strzelił w kolano, bo moja decyzja tylko przyczyniła się do utraty przez jego drużynę dwóch bramek (koniecznie chciał zmienić bramkarza w trakcie meczu, na co ja nie chciałem pozwolić; ostatecznie stanął na tej bramce i wpuścił dwa gole – dobrze mu tak). Ile miałem pokus, żeby sędziować przeciwko tej drużynie. I faktycznie, część z nich narzekała, że jestem stronniczy. Choć starałem się robić wszystko, by zachować obiektywizm (zwłaszcza, że pozostałą część tej ekipy lubię) i wydaje mi się, że podejmowałem słuszne decyzje, według nich usilnie pomagałem im przegrywać.

Sędziowanie to trudne zajęcie. Męczące fizycznie, obciążające również psychikę. Ze wszech miar odpowiedzialne i stresogenne. Podobno kilka osób ciskało gromy pod moim adresem po tym turnieju, jednak od nikogo nie usłyszałem bezpośrednio złego słowa (a jakże! lepiej gadać w kuluarach, gdy obiekt złorzeczeń nie słyszy). Mimo to mam świadomość, że od moich decyzji sporo zależało i pewnie gdyby sędziował kto inny końcowy układ w tabeli mógł być odmienny. Jest takie powiedzenie w formie klątwy – „obyś cudze dzieci uczył”. To ja Wam powiem tak – „obyś sędziował czyjeś spotkanie”.

Przewiń na górę strony