Nie przegap
Strona główna / Inny punkt widzenia / Życie to krótka chwila między pierwszym i ostatnim oddechem…

Życie to krótka chwila między pierwszym i ostatnim oddechem…

football_death.jpg
Większość ludzi ma skłonność do zapamiętywania wydarzeń wspaniałych, ważnych i przede wszystkim pozytywnych. Mało kto żyje przykrymi wspomnieniami, mało kto pamięta o tragediach, mało kto wspomina o ludzkim nieszczęściu. W prawdzie tkwi to gdzieś w szarych komórkach, lecz pierwszeństwo mają prawie w każdym przypadku chwile piękne i radosne.

Nie inaczej jest w futbolu – wspominamy zwycięzców, bohaterów, strzelców ważnych bramek i tym podobne. Czy pamiętamy o przegranych, o pokrzywdzonych przez los? No właśnie. Wiedza na ich temat tkwi w naszej głowie, ale człowiek z natury pierwszeństwa udziela wydarzeniom pozytywnym. W tematyce tak wspaniałego sportu, jak piłka nożna, chciałbym w tej notce poruszyć właśnie tę drugą – brutalną i często tragiczną – stronę medalu. Po raz pierwszy w swojej „karierze” redaktora bałem się. Tak, właśnie tak. Bałem się podjąć tego tematu, co już jest najlepszym dowodem na to, że człowiek nie lubi o przykrych rzeczach pisać. Jednak warto się temu przyjrzeć bliżej, choćby dla hołdu ludziom, którzy musieli zmierzyć się z tą brutalną stroną piłki nożnej.

Dla wielu futbol to pasja, hobby, religia, całe życie. Można tu przytoczyć wiele określeń. Miłością darzy go niejeden z nas – niektórzy czynną, a niektórzy bierną. Te podziały nie mają większego znaczenia, nie zmienia to faktu, że ten sport dawno przestał być zwykłą grą dla zabicia czasu. Tysiące zespołów, miliony zawodników. Gdyby ktoś teraz stracił pamięć zapytałby – „Cóż może być tak pięknego, co przyciąga do siebie taką rzeszę rasy ludzkiej?”

Sad Frank LampardZacznijmy od podstaw, w tym sporcie zawsze ktoś okazuje się zwycięzcą i przegranym (mówię tu o spotkaniach i wydarzeniach, w których remisy i jednakowa ilość punktów nie wchodzą w grę). Piłkarze rozgrywają ponad 30 spotkań w lidze, by zdobyć wymarzony tytuł mistrzowski. W ten maraton zostają włożone ciężka praca, nadzieja, aspiracje, wola walki i inne cechy. Zwycięstwo po tak trudnym wysiłku smakuje wspaniałe i trudno jest opisać te uczucia słowami. Jednak często jest tak, że w innym miejscu danego kraju jesteśmy świadkami całkowicie odmiennego obrazu – jakby odbitego w krzywym zwierciadle. Co z zespołem, który ten morderczy wyścig kończy z jedną bramką mniej na koncie? Gorycz porażki – wzmocniona ogromną nadzieją do ostatniej kolejki ligowej, wielką pracą włożoną w cały sezon – przejmuje kontrolę nad umysłem tych zdruzgotanych ludzi. Właśnie zawiedli tysiące swych wiernych fanów? Przeciętnego człowieka dotyka zwolnienie z pracy, niska płaca, słaba ocena. Zastanówmy się w tym miejscu przez pryzmat nas samych, co musi czuć w takiej chwili piłkarz.

Dudek, Milan vs LiverpoolFaza pucharowa- coś, co tygryski lubią najbardziej. Tutaj każdemu spotkaniu towarzyszy wielka stawka, która z rundy na rundę rośnie. Rywalizacja jest ogromna, a piłkarze walczą o każdy centymetr boiska. To dodaje potyczkom dodatkowego smaczku i trudno się dziwić, że kibice z zamiłowaniem śledzą wyniki różnych pucharów. Mijasz rundę za rundą, pokonujesz drużynę za drużyną – ktoś rzekł kiedyś „apetyt rośnie w miarę jedzenia” – nie inaczej jest w tym przypadku. Nadzieja to potężna wartość – potrafi uskrzydlić, ale również skrzywdzić. Najlepszym przykładem jest finał Ligi Mistrzów z sezonu 2004/2005. W pierwszej odsłonie gry Milan zdobywa trzy bramki i wszystko wydaje się być już przesądzone. W drugiej jednak byliśmy świadkami cudu, gracze Liverpoolu doprowadzili do wyrównania i to oni okazali się w serii rzutów karnych drużyną lepszą. Był to finał jednych z najważniejszych rozgrywek klubowych, które możemy śledzić w piłce nożnej. Finał, który śledziło setki tysięcy osób – w tym wiele fanów włoskiej drużyny. Osobiście – choć Milan to zespół mi obojętny – było mi żal tych ludzi. Napisałem „ludzi”, ponieważ nie ma się co rozdrabniać na zawód, gdy mówimy o wielkiej tragedii dla tych kilkunastu mężczyzn uderzającej nie w ich posadę, a uczucia.

Alan Smith injurySą też takie sytuacje, które na dalszy plan zsyłają rywalizację o wynik, upływający czas do końca spotkania, a zawodnicy i kibice obu drużyn – nawet najwięksi wrogowie – łączą się ze sobą. Ból, cierpienie i przede wszystkim zdrowie człowieka wznosi się ponad podziały, zasady gry, końcowe punkty. Kontuzja – nikt nie wie, w którym momencie może się przydarzyć. Jednak piłkarze mimo zagrożenia, które przecież może doprowadzić nawet do kalectwa, grają dalej natchnieni miłością i pasją do tej gry. Na zdjęciu widzimy Alana Smitha sprzed 2 lat, kiedy to złamał nogę podczas niefortunnej interwencji w spotkaniu pucharowym z Liverpoolem. Anglik na wiele dni, tygodni, miesięcy został uziemiony w łóżku. Jego kariera i życie zarazem stanęły w miejscu, a on nic nie mógł na to poradzić. Całe wieczory mijały na rozmyślania, co powoli stawało się obsesją. Potem rehabilitacja i trening, trening, trening – Cały ten cykl trwał prawie dwa lata – okres wyjęty z życiorysu. Tylko człowiek o silnej psychice, silnej woli, potrafi po takiej tragedii powrócić i z powodzeniem nadal występować. Jednak najlepiej o wyższości miłości nad strachem świadczy osoba Ole Gunnara Solskjaera. Norweg przez ostatnia lata częściej trafiał na stół operacyjny niż murawę, lecz on nadal kocha to robić i nic nie wskazuje na to, by enta kontuzja w jakikolwiek sposób zmieniła nastawienie naszego ulubieńca do piłki nożnej.

To, o czym pisałem do tej pory – to pikuś. Pikuś w porównaniu z tym, w jakie sfery wkraczamy teraz. Czas przejść do czegoś, co na zawsze pozostanie największą ludzką zagadką i obiektem strachu. Mam na myśli śmierć?

„Czy wykonując wyrok na mordercy nie popadamy w błąd, jak dziecko, co bije krzesło, o które się uderzyło?” – Georg Christoph Lichtenberg

Andres EscobarAndres Escobar – zapewne większości z was niewiele mówi to nazwisko, jak i jego zdjęcie. Był to kolumbijski obrońca, który występował na początku lat 90-siątych. Wziął udział w Mistrzostwach Świata z 1994, które odbyły się w USA. Kolumbia w fazie grupowej trafiła między innymi właśnie na gospodarzy turnieju. Andres zdobył w bezpośredniej potyczce między tymi krajami bramkę samobójczą, która zniwelowała do minimum szanse Kolumbii na awans do kolejnej fazy. Przypadek, pech, odruch – trudno osądzić, co było przyczyną tego błędu. Jednak w piłce nożnej zdarza się to dość często i jest to już nieodłączny element tej gry. Skończyły się Mistrzostwa, wszystko zostało rozstrzygnięte, a piłkarze udali się do domów. Podobnie uczynił Escobar, któremu nawet nie przeszło przez myśl, co zdarzy się kilka dni później? Obrońca pewnego dnia udał się do restauracji. Kiedy wyszedł, otoczyło go trzech mężczyzn. Jeden z nich wyciągnął pistolet i zabrał życie człowiekowi z powodu bramki samobójczej. Kolumbijczyk nie miał najmniejszych szans na przeżycie, mógł tylko przez kilka sekund wpatrywać się w małą rzecz, która odebrała mu życie. Czy ten jeden mecz, ta jedna feralna bramka były ważniejsze od życia człowieka?

„Śmierć jest spokojem, ale myśl o śmierci jest mącicielem jakiegokolwiek spokoju.” – Cesare Pavese

Munich 1958 - tragedy6 lutego 1958 stał się jedną z najczarniejszych kart w historii Manchesteru United, piłki nożnej, a także katastrof lotniczych. Piłkarze, sztab i inni ludzie związani z klubem wracali właśnie z Belgradu, gdzie United pokonało Crvenę Zvezdę w ramach rozgrywek Pucharu Europy. W samolocie panował wesoły nastrój, grano w karty, czytano gazety czy książki, dyskutowano o przebiegu gry. Postój na lotnisku w Monachium miał na celu uzupełnienie zbiorników paliwa – ot rutynowa czynność. Burza śnieżna i problemy przy starcie wzbudziły niepokój wśród pilotów. Kolejna próba również zakończyła się niepowodzeniem. Według relacji ocalałych, niektórzy zdali sobie sprawę, że tego dnia nie wrócą już do domu. Po wesołej atmosferze nie pozostało ani śladu, w zamian w samolocie panowała cisza, jakby oczekiwanie na nieuniknione. Trudno przypuszczać, co przez te kilka minut grozy czuli piłkarze Manchesteru United. Trzecia próba startu zakończyła się tragedią. Zginęło wówczas 23 z 43 pasażerów. Pamięć o zmarłych na zawsze pozostanie w nas – kibicach Manchesteru United.

„Życie to krótka chwila między pierwszym i ostatnim oddechem.”

Marc FoeMarc-Vivien Foe urodził się w 1975 roku w Nkolo. Swą piłarską karierę rozpoczynał w Canon Jaunde – jednym z najsłynniejszych zespołów w Afryce. Kameruńczyk został zauważony w Europie i występował w takich klubach, jak Lille, Olimpique Lyon czy Manchester City. Z powodzeniem występował na Mistrzostwach Świata 2002, gdzie został uznany gwiazdą Mistrzostw i Kamerunu. 26 czerwca 2003 roku odbyła się półfinałowa potyczka pomiędzy Kamerunem a Kolumbią w ramach Pucharu Konfederacji. Nikt z ludzi zgromadzonych na Stade Gerland nie spodziewał się, co wydarzy się za kilkadziesiąt minut – Marc-Vivien grał z pełnym poświęceniem, by jego drużyna awansowała do finału. W pewnej chwili, zupełnie nieoczekiwanie, Kameruńczyk zasłabł. Lekarze natychmiast udzielili mu pierwszej pomocy, jednak Foe zmarł tuż po przewiezieniu do szpitala. Przyczyną zgonu okazał się – zawał serca, który mógł być spowodowany niewykrytą wrodzoną wadą tego narządu. Po fakcie, wiele uczyniono ku pamięci 28-letniego mężczyzny – mecz charytatywny, minuta ciszy, zastrzeżone numery i tym podobne. Jednak to nie zwróci życia temu młodemu człowiekowi, który być może ocalałby, gdyby lekarze z większą dokładnością wykonali wszelkie badania.

Słów padło tutaj wiele, lecz żadnym z nich nie jestem w stanie opisać tego, co towarzyszyło tym tragediom. Co gorsza, jest to tylko szczyt góry lodowej. Ból, smutek, cierpienie i śmierć to aspekty, z którymi spotykaliśmy się, spotykamy i będziemy spotykać na każdej płaszczyźnie. Na koniec zamieszczam chyba jeden z najpiękniejszych filmików, jakie można znaleźć w sieci. Niech jego obejrzenie będzie naszym małym gestem ku pamięci wielu pokrzywdzonych, dla których piłka nożna była całym życiem…

„Cieszymy się ciepłem, ponieważ byliśmy zimni. Jesteśmy wdzięczni światłu, ponieważ otaczaliśmy się ciemnością. Na tej samej zasadzie, możemy doświadczyć radości, ponieważ poznaliśmy smak smutku” – David Weatherford

Przewiń na górę strony