Nie przegap
Strona główna / Inny punkt widzenia / Rozbudzony wulkan, czyli Manchester United vs. Arsenal Londyn

Rozbudzony wulkan, czyli Manchester United vs. Arsenal Londyn

Manchester United vs. Arsenal Londyn
Dzieci przeważnie odbierają świat nieco inaczej niż młodzież czy też ludzie dorośli, często podchodzą bardzo emocjonalnie do spraw nieistotnych dla „starszyzny”, a wydarzenia o znikomym znaczeniu, nie wiadomo dlaczego, pozostają w ich pamięci na długie lata – bywa, że na całe życie. To samo tyczy się młodych kibiców. Zapewne wielu z was, w „dziecięcych koszmarach”, dręczyły porażki z odwiecznym rywalem Manchesteru – Liverpoolem. Młodsi „stażem” fani The Red Devils, długo nie będą potrafili wybaczyć Chelsea, okupacji angielskiego tronu, napędzanej pieniędzmi Abramowicza. Czy dorastając, powinniśmy walczyć z „duchami przeszłości”? W pewnym sensie dodają one „smaczku” naszemu kibicowaniu, bo czy jest coś przyjemniejszego niż zwycięstwo ze znienawidzoną drużyną? Ja jednak spróbuję się z owymi „upiorami” rozliczyć. Zacznijmy od początku…

Mój pierwszy sezon, jako kibica United, przypadł na lata 2000-2001, czyli końcowy okres, niepodważalnej, dziesięcioletniej dominacji klubu z Manchesteru w Anglii. Pomimo, że w roku 2001, mistrzostwo, Czerwone Diabły zapewniły sobie na pięć kolejek przed końcem rozgrywek, już wtedy wiedziałem, że moim osobistym, odwiecznym „piłkarskim” wrogiem, będzie zespół Arsena Wengera – Arsenal Londyn. To właśnie w meczu na Highbury, musiałem po raz pierwszy posmakować, goryczy porażki, mojego ukochanego klubu. Z drugiej strony, to pamiętny mecz z Kanonierami na Old Trafford, wygrany przez gospodarzy 6:1, pozwolił mi w pełni zrozumieć znaczenie słowa – triumf.

W kolejnym sezonie 02/03, United, po pasjonującej walce z Arsenalem, wróciło na angielski tron. Rok 2003 to wielka pogoń za Kanonierami, którzy po osiągnięciu dziewięciopunktowej przewagi nad Manchesterem, wydawali się pewni drugiego mistrzostwa z rzędu. Czerwone Diabły nie poddały się jednak po ciężkim początku sezonu i dzięki zwycięstwom, takim jak z Chelsea, po bramce Diego Forlana w ostatniej minucie meczu, zdołały, niemalże zrównać się w tabeli z The Gunners. Teoretycznie, walka o puchar miała trwać do ostatniej kolejki, ale każdy kibic United wiedział, że o losie dwóch, rywalizujących, drużyn zadecyduje bezpośredni mecz na Highbury. Trudno opisać, jak skrajnymi emocjami obdarowywał mnie Manchester w tym spotkaniu. Na szybko zdobytą, piękną bramkę Ruuda van Nistelrooya, gospodarze odpowiedzieli dwoma uderzeniami, jednego gola zdobywając z dwumetrowego spalonego. Do dziś nie mogę wymazać z pamięci „brutalności” z jaką okazywali radość piłkarze Kanonierów. Myślę, że po golu na 2:1, pod każdym kibicem Manchesteru ugięły się nogi. Nie dotyczyło to jednak piłkarzy, a w szczególności, legendarnego Ryana Giggsa, który natychmiast po rozpoczęciu gry,na oczach tętniących i buczących trybun Highbury, wpakował piłkę do siatki rywali. To niesamowite, ale zarazem bolesne dla wrażliwej, na silne emocje duszy kibica, widowisko, zakończyła piękna parada Bartheza, który w ostatnich sekundach spotkania, wybronił piłkę, adresowaną, przez Henry’ego, w sam róg bramki. Jak się później okazało, remis ten, lepiej wpłynął na postawę Czerwonych Diabłów, które wykorzystując potknięcia zmęczonego wyścigiem Arsenalu, stanęły na najwyższym stopniu podium.

Sezon 03/04 przyniósł odwrotny scenariusz niż wcześniejsze dwa półrocza. To Manchester, od początku sezonu, decydował o tempie marszu w Premiership, czując jednak oddech swojego przeznaczenia na plecach. Przeznaczenia z Highbury. I znów kluczowy okazał się mecz pomiędzy tymi drużynami. Jeden z bohaterów „bitwy o mistrzostwo” z poprzedniego sezonu, Ruud van Nistelrooy, nie wykorzystał karnego w 90 minucie spotkania, które ostatecznie zakończyło się wynikiem 0:0. Kary dla zawodników Kanonierów, którzy po błędzie Holendra wdali się w żenujący spektakl pod tytułem „Kto bardziej upokorzy Ruuda”, nie zmieniły tego, że błyszczący dotąd Manchester, stracił blask, natomiast, czekający na swoją okazję Arsenal, niesiony satysfakcją jaką dało mu niepowodzenie United, zdobył mistrzostwo Anglii.

Lata 04/06 to dwa sezony dominacji Chelsea Londyn, a także początek, znaczących, zmian w kadrach zespołów Arsena Wengera i sir Alexa Fergusona. Owe trzy lata to pożegnanie z takimi sławami jak Bergkamp, Vieira, Keown, Campbell, Keane, Beckham czy van Nistelrooy, ale zarazem powitanie przyszłych gwiazd; Robina van Persiego, Fabregasa, Rooneya oraz Ronaldo. Chociaż trudno zapomnieć wspaniałe, wyjazdowe, zwycięstwo 4:2 z The Gunners, czy też „wielki rewanż” Ruuda van Nistelrooya na Old Trafford, to trudno zaprzeczyć temu, że dominacja The Blues, usunęła nieco w cień znaczenie pojedynków, wieloletnich rywali z Londynu i Manchesteru. Szczególnie mecze w sezonie 05-06 „wiały nudą”. Brakowało w nich trzeszczących kości, czerwonych kartek, spojrzeń Keane’a i Vieiry. Mogliśmy natomiast do woli oglądać w akcji delikatnych wirtuozów, Ronaldo i Fabregasa. Doszło nawet do tego, iż kontrowersyjny Jose Mourinho, ostudził, bulgoczącą, kipiel niechęci pomiędzy Wengerem i Fergusonem. Byliśmy świadkami sytuacji, w których Francuz i Szkot, próbując uciszyć pyskatego Portugalczyka, popierali się wzajemnie. Krótko mówiąc, odwieczni rywale zjednoczyli się w obliczu nieoczekiwanego zagrożenia z dzielnicy Chelsea.

Dzrzemiący wulkan rozbudził się jednak w minionym sezonie. United odzyskało tytuł mistrzowski, a Arsenal, chociaż w wyścigu o koronę angielską nie grał pierwszoplanowej roli, to jednak pokazał, że w wielonarodowościowej, młodziutkiej, mieszance tkwi niebywały potencjał. Mecze bezpośrednie, z rywalem z Londynu, wolałoby się przemilczeć, nie rozdrapywać świeżych ran, ale dwie, dramatyczne przegrane, były zapowiedzią niedalekiego, potężnego wybuchu, zastygłego w latach 04/06, wulkanu.

W meczach Kanonierów z Czerwonymi Diabłami, nie zobaczymy już brutalnych wślizgów Vieiry i Keane’a. Martin Keown już nigdy nie trzepnie Ruuda van Nistelrooya w głowę. Nikt z nas nie pokłóci się z fanem Arsenalu, o to, czy najlepszym snajperem Premiership jest Van The Man czy też Thierry Henry. Do późnych godzin nocnych będziemy mogli jednak rozpamiętywać mecz z sezonu 07/08, zakończony wynikiem 2:2. Jeszcze długo w naszej pamięci pozostanie walczący do upadłego Wayne Rooney. W Internecie odnajdziemy niejeden klip porównujący umiejętności Fabregasa i Ronaldo. Wiele razy poczujemy dreszcz podniecenia, widząc Naniego przedzierającego się przez obronę rywali i niejednokrotnie zaklniemy, oglądając cudownego gola van Persiego. Być może, rewanż z Arsenalem na Old Trafford, w sezonie 07/08, będzie wspominany, jeszcze za pięćdziesiąt lat, w angielskich pubach? Być może Gallas uniesie puchar Premiership? Może uczyni to Gary Neville? Pytań jest wiele, odpowiedź wyryje się wielkimi literami w naszych duszach i naszej pamięci.

Przewiń na górę strony