Nie przegap
Strona główna / Dlaczego? / Wpierw musisz strzelić gola

Wpierw musisz strzelić gola

Wpierw musisz strzelić gola
Nikt nie ma wątpliwości, iż w piłce nożnej chodzi przede wszystkim o strzelanie goli. Dlatego też na osiedlowym boisku każdego ciągnie do przodu. Zdobywaniem bramek zajmują się tam wszyscy, podczas gdy w futbolu profesjonalnym zadanie to jest przypisane do kilku tylko piłkarzy z meczowej jedenastki. To wszystko wiemy. Dlaczego zatem tak mało sympatyków potrafi docenić zawodników wykonujących inną pracę na murawie? Czyż umiejętność zauważenia wartości tych mniej widocznych, cichych bohaterów zanim zdobędą ważne bramki, nie oddziela analogicznie fanów na poziomie od tych w wydaniu podwórkowym?

»Skąd my to znamy – rzecz o Darrenie Fletcherze
»Bohaterowie drugiego planu

Wysyłany, by znów jeść psy

Kilka dni temu sytuacja się zmieniła. Ji-Sung Park uratował United przed stratą punktów z kelnerami z Wolverhampton i nagle wszyscy zaczęli inaczej patrzeć na Koreańczyka. Niektórzy poprzestali na stwierdzeniu, iż po latach solidnej, rzemieślniczej gry w końcu się na coś przydał. Inni przypomnieli sobie mecze z przeszłości, w których nasz skrzydłowy odegrał główną rolę. Pozostali, będąc w mniejszości, nie zmienili swojego stanowiska i wciąż uważają Koreańczyka za gracza nam potrzebnego.

Tym, którzy po paru meczach mają zamiar powrócić do modnej jazdy po Koreańczyku, chętnie przypomnę kilka jego spotkań. United – Barcelona (LM, 2008), Arsenal – United (LM, 2009), Arsenal – United (2010), United – Liverpool (2010), dwumecz z AC Milanem (LM, 2010)… Są to mecze, w których Park Ji-Sung był głównym czynnikiem prowadzącym do końcowego sukcesu. Zauważmy, iż wymienione potyczki miały miejsce w fazie pucharowej Ligi Mistrzów lub przeciwnikami były najlepsze ekipy Premier League. Wówczas to nasz skrzydłowy często wychodził na boisko w pierwszej jedenastce nie z powodu kontuzji kolegi, lecz właśnie dzięki swojej świetnej dyspozycji. Nie sposób wymienić tu masy innych, pomniejszych spotkań, w których zawsze waleczny Azjata notował solidne, pewne występy. Owszem, początek bieżącego sezonu miał nieco słabszy. Ale spokojnie, to już za nami.

We all know that Johnny’s gonna score (again)

Ale zanim strzeli, nie jest wiele wart. Do krytyki Johna O’Shea zdążyłem się przyzwyczaić. Przecież jest wolny, brak mu zwrotności, zero dryblingu, a występuje tylko dlatego, iż nie możemy znaleźć wystarczająco dobrego grajka na prawą obronę. Dobrze, że mamy chociaż Rafaela. Jednak raz na jakiś czas Irlandczyk okazuje się być zawodnikiem ponadprzeciętnym. Tak było, gdy strzelił w doliczonym czasie gola na Anfield. Do dziś wielu uważa, że poza jednym, arcyważnym strzałem, Jasiu w United niewiele zdziałał. Sezon 2008/2009 odchodzi dla wielu do swoistej prehistorii – nic dziwnego, iż nie pamięta się, jak solidną częścią ówczesnej linii obrony był O’Shea. Zawodnik, który od początku swej kariery bronił barw Manchesteru United, dopiero wówczas adekwatną ilość pochwał zebrał po zdobyciu bramki przeciwko Arsenalowi dającej minimalne zwycięstwo w półfinale Ligi Mistrzów, wtedy też wielu dostrzegło jego kunszt w defensywie.

Dziwne, iż obrońca doczekał się prawdziwego docenienia dopiero po wyręczeniu graczy ofensywnych. Liczę na to, iż nasz najbardziej uniwersalny piłkarz uniknie w przyszłości miana zapchajdziury – po prostu wykonaną pracą, zaangażowaniem i przywiązaniem do barw zasłużył sobie na szacunek. A jeśli znowu w najmniej spodziewanym momencie wpakuje piłkę do siatki, zamykając usta krytykom, radość będzie podwójna.

Miano geniusza przyszło z czasem

Darren Fletcher, piłkarz do którego złego traktowania cegiełkę dołożył jego rodak, uwaga, Sir Alex Ferguson. W czasie początków kariery Darrena nasz menedżer ustawiał go na skrzydle, co nie wychodziło na zdrowie młodziutkiemu Szkotowi. Musiało minąć trochę czasu, by Fergie przesunął go do środka boiska, czyli na pozycję, do której został stworzony. Jednak funkcja defensywnego pomocnika ma to do siebie, iż jej trudność i odpowiedzialność spoczywającą na zawodniku ją pełniącego dostrzegają nieliczni. Oczywiście, Darren przeszedł przez to samo. Szczęśliwie nasz Szkot w międzyczasie potrafił zdobywać ważne gole, które przekonywały do niego niezdecydowanych.

To decydująca główka z Chelsea, dublety z Kanonierami i The Citizens oraz jedna z najładniejszych bramek United strzelona Evertonowi przypominają niedowiarkom, że Darren Fletcher to ktoś więcej niż, co prawda solidny, ale rzemieślnik. Od czasu przewlekłej kontuzji Owena Hargreavesa nikt nie wyobraża sobie Manchesteru bez blondyna z uszami obróconymi o 45 stopni. Trzeba przyznać, że w tej sytuacji rzeczone bramki były mniej konieczne niż w poprzednich przypadkach, jednak wielu będzie kojarzyć Fletcha głównie jako snajpera z zeszłorocznych derbów.

Wyjątek od reguły

W diabelskich szeregach znajduje się pewien zawodnik wyłamujący się ze schematu. Owego człowieka od czasu przybycia na Old Trafford określa się mianem sporego talentu, któremu ciągle coś staje na przeszkodzie do pełni rozwoju. Anderson, bo o nim mowa, występując na pozycji stosunkowo ofensywnej w 58 oficjalnych spotkaniach zdołał zdobyć jednego gola, a mimo to wciąż cieszy się dużą popularnością. Kibice wciąż chcą, by dostawał kolejne szanse na przełamanie, przypominają pojedyncze występy czy czasy gry w poprzednim klubie. Nie bez znaczenia jest tu zapewne charakter Brazylijczyka, który poznaliśmy częściowo w pewnym wywiadzie udzielonym po meczu decydującym o mistrzostwie Anglii Manchesteru United. Generalnie pomimo impotencji strzeleckiej i masy nieprzekonujących występów Anderson ma szlachetne wsparcie fanów, o którym m. in. Park i O’Shea mogli niegdyś pomarzyć. I w tym przypadku znajduję się w mniejszości – twierdzę bowiem, że czas Brazylijczyka przy Sir Matt Busby Way powinien zakończyć się w lecie 2011. Oczywiście, jeśli do tego czasu wskoczy na wyższy poziom, to nawet bez tych bramek, chętnie zobaczę go w zespole w następnym sezonie.

He can pass, tackle, head and even make play

Doszliśmy do Michaela Carricka – playmakera z prawdziwego zdarzenia w latach 2006-2008. Wysoki Anglik w swoich dwóch pierwszych sezonach na Old Trafford był świetnym środkowym pomocnikiem. Nie straszne mu były przechwyty, a piłkę rozgrywał aż miło. Zaliczył masę genialnych podań, których nie powstydziliby się najlepsi w swoim fachu. Z czasem Michał ograniczył się do destrukcji. Wraz z Darrenem Fletcherem tworzył zabójczy duet defensywnych pomocników – co z tego, skoro nie miał kto obsługiwać napastników? Z tego powodu wynikły (uzasadnione) skargi na braki w rozegraniu oraz (niesłuszne) żądania pozbycia się byłego gracza Tottenhamu Hotspur w zamian za np. Jamesa Millnera.

Cierpliwość w tym wypadku się opłaciła. Wydaje się, iż Anglik jest na dobrej drodze do ustabilizowania swojej formy w zakresie kreatywności na wysokim poziomie. Ostatnie mecze dają nadzieję, że dwójka Fletcher-Carrick będzie w stanie uzupełniać się i stawiać czoło wszelkim wyzwaniom. Niestety, nawet jeśli Michael zaliczy kolejne występy w stylu, jaki zaprezentował w środowym starciu z City, będzie słychać liczne głosy domagające się Sneijderów, Kaków czy innych Schweinsteigerów. Aby tego uniknąć, nasz pomocnik mógłby podnieść swoje umiejętności strzeleckie, jednak należy pamiętać, że nigdy nie należał do supersnajperów. Dobrze więc, że Michael Carrick skupia się na grze, zamiast czytać komentarze dotyczące swojej osoby.


Vox populi, vox dei* – rzecze łacińska sentencja. Albo któryś z bogów ma zatarg z Czerwonymi Diabłami, albo ze zbioru zwanego ludem wykluczymy większość osobników. W każdym innym przypadku przysłowie to nie sprawdza się w naszym przypadku. Przykłady tylko kilku piłkarzy dobitnie pokazują, jak bardzo można się mylić w ocenie zawodników reprezentujących barwy ukochanego klubu. Całe szczęście, iż to nie fani demokratycznie decydują o doborze zawodników, lecz Sir Alex Ferguson trzymający dyktatorską władzę. I niech tak pozostanie.

*co się wykłada, iż: „głos ludu głosem boga”.

Przewiń na górę strony