Nie przegap
Strona główna / Reprezentacje / Grecja wygrała Euro w lepszym stylu

Grecja wygrała Euro w lepszym stylu

Grecja wygrała Euro w lepszym stylu
Wiem, że minęły już blisko ponad dwa tygodnie, a starych ran nie należy rozdrapywać, ale mimo wszystko chciałbym podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat Mistrzostw Świata, gdyż, czy nam się to podoba, czy nie, zasługują one na komentarz.

W 2004 roku na boiskach Portugalii Grecy wygrali Mistrzostwa Europy. Zaprezentowali staremu kontynentowi swój sposób na football, który niemal wszystkim postronnym kibicom nie przypadł specjalnie do gustu. Mówiło się, że piłkarze Otto Rehhagela zagrali „antyfootball”, ponieważ ich metodą na zwycięstwo było postawienie na żelazną defensywę kosztem beztroskich swawoli w ataku. Nie chcę pisać, że znają się na piłce jedynie osoby potrafiące prawdziwie docenić wzniesienie się na piłkarskie wyżyny graczy z Hellady, ale prawda jest taka, że dla większości niecierpliwych kibiców, dla których istnieje świat poza piłką nożną, oglądanie meczy z pojedynczym trafieniem rozstrzygającym o wyniku oraz piłkarzami skoncentrowanymi na wypełnieniu założeń taktycznych, miast zaprezentowaniu swoich technicznych umiejętności i boiskowej błyskotliwości – jest katorgą.

Co więc łączy Grecję sprzed sześciu lat i Hiszpanię z tegorocznego mundialu? Niewiele. Chyba głównie to, że obie te europejskie reprezentacje przed wygraniem wielkich turniejów ostatni sparing zagrały przeciw Polsce. Grecy ulegli naszej ekipie 1:0 po samobójczym trafieniu Kapsisa i nie wróżono im nawet awansu z grupy. Hiszpanie pokonali nas w Murci 6:0.

„Od najlepszych dzieli nas przepaść”

Po meczu z Serbią, w którym to nasi kadrowicze kilka razy dosyć bezpardonowo potraktowali rywali, przed spotkaniem z mistrzami Europy główny nacisk kładziony był na to, aby rzeczywiście spróbować grać w piłkę, a nie, tuż przed mundialem, połamać przeciwnikom kolana. Dużą uwagę do tego przykładał sam selekcjoner, który zaznaczał, że jego podopieczni mogą przegrać nawet kilkoma bramkami, byle tylko zobaczył realizację założonego przed meczem pomysłu na grę. O polowaniu na nogi hiszpańskich gwiazd nie mogło być nawet mowy.

Moim zdaniem Franciszek Zmuda (jak nazwano polskiego selekcjonera w internetowym wydaniu poczytnego, hiszpańskiego dziennika Marca) popełnił dwa błędy przygotowując zespół do tego spotkania. Nie wiedzieć czemu chciał, aby Polacy zagrali z Hiszpanami jak równy z równym i próbując nabyć niezbędne doświadczenie, nie byli zorientowani głównie na obronę. Chciał zobaczyć składne akcje pod bramką Ikera Casillasa ale La Furia Roja jest aktualnie jedną z najsilniejszych reprezentacji na świecie i deklasacji naszych piłkarzy, przy tak ambitnych założeniach, trzeba się było spodziewać.

Drugim, większym z globalnego punktu widzenia, błędem było wykreowanie niemalże namacalnego i unoszącego się nieustannie w powietrzu przekonania, że z hiszpańskimi wirtuozami należy obchodzić się nienaturalnie wręcz ostrożnie. Franz wmówił, bądź pozwolił swoim piłkarzom uwierzyć, że najważniejsze, aby po meczu nikt nie mógł o ich grze powiedzieć, że była agresywna. Tymczasem Hiszpanie bezwzględnie wykorzystali zarówno bojaźliwość naszych kadrowiczów, jak też atut własnego boiska oraz opinię geniuszy, których grze należy się z podziwem przyglądać i, broń boże, nie przeszkadzać im w pracy.

Podczas gdy nastraszeni Polacy towarzyskie spotkanie międzypaństwowe potraktowali jak sparing służący przetrenowaniu schematów, Iniesta i spółka grali chyba finał Ligi Mistrzów. Gdy tylko któryś z reprezentantów Zmudy sfaulował rywala, natychmiast przepraszał i tylko modlił się, żeby nie zarzucono mu brutalności. Hiszpanie, w tym chociażby Sergio Ramos po wejściu na boisko w drugiej połowie, niemal po każdym przewinieniu odkopywali piłkę, byśmy nie mogli szybko wznowić gry. Dodatkowo, co powoli staje się ich znakiem rozpoznawalnym, przewracali się na sam widok zbliżającego się przeciwnika. Niestety bardzo często wystarczy to arbitrom do przyznania rzutu wolnego. Aż strach pomyśleć co pisałyby hiszpańskie gazety, gdyby taką postawę na boisku zaprezentowali piłkarze z „orzełkiem na piersi”.

Mam pretensje do graczy Vincente del Bosque o to, że nie okazali nam należytego szacunku. Czuje żal, że im na to pozwoliliśmy. Zabrakło mi w kadrze kogoś, kto miałby czelność prawdziwie sfaulować (tak, żeby któraś z wielkich gwiazd została przewrócona, a nie się przewróciła). Zapewne w meczu towarzyskim sędzia nie zdecydowałby się na wyciągnięcie żółtego kartonika (nie chodzi mi przecież o wejście à la Keane w Haalanda, a zwykły faul), więc w tym momencie odkopałbym jeszcze piłkę, ale nie o kilka metrów, a o pół boiska, tak, żeby Hiszpanie zrozumieli, że może i są Hiszpanami, ale jak nie szanują rywala, to przeciwnik nie musi szanować ich. Bo przecież odkopywanie futbolówki i symulowanie fauli to nic innego jak obraza dla zasad piłki nożnej i brak poszanowania przeciwnika. Wychodzę wprawdzie z założenia, że nie należy winić piłkarzy za błędne decyzje arbitrów, ale za wywieranie presji na sędziach by takie podejmowali – już jak najbardziej.

Hiszpanom należały się dwie lekcje, a sparing przed mundialem był najlepszą okazją aby ich im udzielić. Jako, iż gracze z Półwyspu Iberyjskiego mają problem z odróżnieniem przewinienia od dotknięcia, trzeba im było zawczasu wytłumaczyć co to jest faul. Najlepiej empirycznie – może by zrozumieli. Drugą byłoby nauczenie ich pokory, która by się im niewątpliwie przydała.

W powieści graficznej Franka Millera 300 przedstawiony jest moment, w którym król Leonidas, godzi włócznią w policzek perskiego władcy Kserksesa. Jest to niezwykle istotne wydarzenie, ponieważ uważający się za boga, przywódca o wiele potężniejszej armii po raz pierwszy doświadcza jak krwawi. Jest tylko człowiekiem i uzmysłowienie mu tego jest wielkim triumfem Spartan.

Po raz kolejny zaznaczam, byście nie zrozumieli mnie źle, że nie chciałbym, aby piłkarze La Furia Roja byli specjalnie kopani przez nasze orły, a jedynie uświadomić ich, że wszystko co im wolno na boisku, teoretycznie wolno także ich oponentom. Chciałbym zobaczyć ich zdziwione miny, gdy po najmniejszym nawet kontakcie polscy piłkarze kładliby się na murawę sygnalizując rozmaite kontuzje. Chciałbym widzieć jak popadają w prawdziwą „czerwoną furię”, gdyby ktoś odważyłby się zagrać przeciw nim tak samo „fair play” jak oni traktują swoich oponentów.

7 meczy, 8 goli

Hiszpanie w RPA nie zagrali wybitnie. W ciągu całego turnieju z silniejszymi (w znaczeniu, że nie ze słabymi) rywalami zmierzyli się trzykrotnie, raz uczciwie wygrywając. To jednak też nie ich wina, że na mundialu nie trafili do grupy śmierci, a los w pierwszej rundzie kazał im się zmierzyć z takimi potęgami jak Szwajcaria, Honduras i Chile. Mimo wszystko na sześć wygranych meczy, aż cztery razy zwyciężali przy ewidentnej pomocy arbitrów.

Niemniej jednak piłkarze del Bosque pierwszy mecz przegrali. Zdaniem hiszpańskich mediów, była to, oczywiście, wina sędziego, który nie zapewnił odpowiedniej ochrony zawodnikom z Półwyspu Iberyjskiego. Ja tymczasem chciałbym zwrócić uwagę, że podczas akcji, w której Szwajcarzy zdobyli gola, Iker Casillas faulował i należała mu się za to przewinienie indywidualna kara. Bramkarz Realu Madryt trafił rywala w nogi, w sytuacji sam na sam, kiedy żaden z obrońców nie zdążyłby już interweniować, a przepisy w takich okolicznościach nakazują sędziemu pokazać czerwoną kartkę. Howard Webb wprawdzie dobrze uczynił stosując przywilej korzyści, lecz powinien, zaraz po uznaniu gola, wrócić do faulu i wyrzucić Casillasa z boiska. Anglik nie zdecydował się jednakże zrobić tak, jak dwie kolejki później, nie zawahał się postąpić Marco Rodriguez, arbiter z Meksyku, który sędziował rywalizacje pomiędzy reprezentacjami Chile i Hiszpanii.

Meczu Hiszpanii z Hondurasem nie oglądałem.

W decydującym o tym jakie drużyny zagrają w następnej rundzie, ostatnim grupowym spotkaniu, mistrzowie Europy podejmowali Chile. Najpierw David Villa zrobił duży krok w kierunku awansu swojego zespołu, strzelając, otwierającą wynik spotkania bramkę, by następnie w 37 minucie Andres Iniesta podwyższył rezultat na 0:2. Arbiter udowodnił wtedy, że oprócz uznania gola, można również pokazać czerwoną kartkę zawodnikowi, który faulował chwilę wcześniej.

Snajper uderzył po raz kolejnyZ tym, że Marco Estrada nie faulował. Biorąc pod uwagę, że Fernando Torres w finale nabawił się kontuzji będąc przez nikogo nie atakowanym, mam poważne wątpliwości czy między nim a Chilijczykiem doszło do jakiegokolwiek kontaktu. Nawet jeżeli zawodnik Liverpoolu takowy poczuł, to, co najwyżej, rywal się o niego otarł. Piłka nożna jest sportem kontaktowym i, gdyby wszyscy piłkarze grali tak, jak aktualni mistrzowie świata – przestałbym ją oglądać. Bo ja od piłkarzy oczekuję czegoś więcej – oczekuję, żeby się nie przewracali.

Dzięki zajęciu w grupie pierwszego miejsca, Hiszpanom udało się uniknąć konfrontacji z Brazylią, a przyszło im się zmierzyć ze swoimi sąsiadami – Portugalczykami. Mecz był wyrównany i właściwie obie drużyny mogły go wygrać. Sztuka ta udała się reprezentacji Hiszpanii, ale po raz kolejny skorzystała ona po błędnej decyzji arbitra. Tym razem liniowy był źle ustawiony i nie zauważył pozycji spalonej, dzięki czemu David Villa mógł zdobyć bramkę, która zadecydowała o wyniku spotkania.

Wartą odnotowania jest jeszcze sytuacja z 89 minuty, kiedy to czerwoną kartkę zobaczył Ricardo Costa. Nie zamierzam wnikać ani w to, czy z premedytacją uderzył on Capdevilę, czy jedynie zahaczył przy próbie wyskoku do piłki, ani tym bardziej bronić Portugalczyka, próbując wmówić sobie i Wam, że żadnego kontaktu nie było. Chciałbym jednak zauważyć, że gracz Villarealu podnosił się już z murawy w momencie, kiedy dostrzegł nadbiegającego sędziego, i tylko po to, aby znowu upaść i udowodnić całemu światu jak bardzo go boli.


4:57 – 5:52 Ricardo Costa otrzymuje czerwoną kartkę

Tym sposobem Hiszpanii przyszło się zmierzyć z Paragwajem, z drużyną, która na mundialu nie zaprezentowała specjalnie ciekawej piłki. Zespół Gerardo Martino awansował do ćwierćfinału po nudnym, bezbramkowym, a wygranym w konkursie rzutów karnych, meczu przeciwko Japonii. Jednak ekipa z Ameryki Południowej nie zamierzała tanio sprzedać skóry i nawet, pod koniec pierwszej połowy, Nelson Valdez trafił do siatki. Bramka jednak nie została uznana, gdyż arbiter odgwizdał spalonego, pomimo tego, że gracz Borussii Dortmund na takowym nie był.

Nie jestem w stanie sobie przypomnieć równie bezczelnego faulu w polu karnym, jak ten, którego w 57 minucie dopuścił się Pique. Ten młody defensor, swoim zachowaniem, bardziej przypominał uczestnika zawodów w przeciąganiu liny, niżli piłkarza na finałach Mistrzostw Świata. Prawdziwie zaskakujące jest jednak to, jak większość jego partnerów z drużyny nie miała najmniejszych oporów by protestować, twierdząc, że sędzia niesłusznie dopatrzył się przewinienia. Hiszpanie nie znają umiaru w stosowaniu podwójnych standardów i swoim, wykraczającym poza granice przyzwoitości, zachowaniem, ciągle starają się wymusić na arbitrach korzystne dla siebie decyzje.

Carlos Batres wskazał na wapno, lecz kapitan zespołu z Europy obronił uderzenie Oscara Cardozo. W chwili wykonywania rzutu karnego, w szesnastce było czterech hiszpańskich piłkarzy. Mimo to jedenastka nie została powtórzona i chwile później, po faulu, którego dopuścił się Antolín Alcaraz, swoją szanse z dwunastu jardów otrzymał Xabi Alonso.

Gracz Realu Madryt trafił futbolówką do siatki, jednak znów, w chwili oddawania strzału, co najmniej trzech jego kolegów z kadry znajdowało się w niedozwolonej strefie. Tym razem rozległ się gwizdek sędziego i Alonso zmuszony był powtórzyć jedenastkę. Zanim sztuka ta mu się nie udała, tradycyjne pretensje miało aż pięciu Hiszpanów. Były to chyba jedyne dwa rzuty karne na mundialu, których wykonanie trzeba było powtórzyć.

Jednakże, żeby nie być zupełnie jednostronnym, przyznaję, że, o ile Carlom Batres zdecydował się odgwizdać naruszenie przepisów przez piłkarza z Paragwaju, to powinien ukarać go czerwoną kartką za przewinienie taktyczne, a Justo Villar zaraz po obronieniu powtórzonego rzutu karnego dopuścił się faulu na Fabregasie.

W kolejnej rundzie doszło do powtórki z rozrywki, czyli rewanżu za finał Euro 2008. Niemcy postawili głównie na uważną grę w defensywie, a przegrali po bramce zdobytej przez Puyola po dośrodkowaniu z rzutu rożnego. Jedyny problem w tym, że tuż przed zakończeniem pierwszej połowy Sergio Ramos powalił Mesuta Özila na murawę. Całe wydarzenie miało miejsce na pograniczu pola karnego i, nawet jeżeli za ten faul nie należała się naszym zachodnim sąsiadom jedenastka, to prawy obrońca czerwonej furii powinien po tym przewinieniu opuścić boisko. Skończyło się na tym, że defensor, który jeszcze sugerował sędziemu przyznanie Özilowi żółtej kartki za symulowanie, sam nie został w żaden sposób ukarany.

Oczywiście Hiszpanie mogli uczciwie wygrać te wszystkie mecze, bez pomocy ze strony arbitrów. Byli w stanie wygrać z jedenastoma zawodnikami Chile, zwyciężyć Portugalczyków strzelając zwycięskiego gola zgodnie z przepisami, odrobić nawet dwubramkową stratę i pokonać Paragwaj czy też, pomimo osłabienia, przewyższyć Niemców w konkursie rzutów karnych. Tyle, że drużyna, głównie, zawodników z La Liga, awansowała do finału przy niespotykanym wręcz natłoku korzyści odniesionych po błędach sędziów. Mógłbym uznać to za niesłychany zbieg okoliczności, gdyby nie to, że Hiszpanie zrobili wszystko co było w ich mocy, aby takich pomyłek było jak najwięcej.

Howard Webb w finale

Uważam, że ostatni mecz Mistrzostw Świata, był najlepszym w wykonaniu podopiecznych Vincente del Bosque, a nadzorujący prawidłowości przebiegu spotkania Howard Webb nie wypadł tragicznie. Oczywiście popełnił wiele błędów i kibice obu drużyn mogą mieć do niego zastrzeżenia, jednak, moim zdaniem, nie forował on żadnej ze stron, a pomyłki wynikały jedynie z jego ludzkiej niedoskonałości, presji jaka nad nim ciążyła oraz dużej liczby trudnych decyzji do podjęcia.

Fani mistrzów świata pewnie zarzucą Anglikowi, że nie pokazał czerwonej kartki Nigelowi de Jong za wyprowadzenie ciosu karate oraz żółtego kartonika dla Arjena Robbena za odkopanie z premedytacją piłki po gwizdku, jak również brak konsekwencji karząc w bliźniaczo podobnej sytuacji gracza reprezentacji Hiszpanii. Howard Webb winien również podyktować w dogrywce rzut karny za faul Johna Heitingi na Xavim. Z drugiej strony holenderski skrzydłowy Bayernu miał nie skrywane i nie bezpodstawne pretensje do sędziego z Premier League o to, że ten nie interweniował gdy Charles Puyol niezgodnie z przepisami utrudniał mu wyjście na czystą pozycję. Wielki żal Holendrów jest również spowodowany nie przyznaniem rzutu rożnego (piłka po uderzeniu Sneidera z rzutu wolnego najpierw odbiła się od muru, by następnie po rękawicach Casillasa opuścić boisko), w bezpośredniej konsekwencji czego Iniesta zdobył gola na wagę złota. Sympatycy Oranje mogą mieć również pretensje o przyznawanie rzutów wolnych w sytuacjach, gdy Hiszpanie symulowali (jak chociażby, kiedy strzelec jedynej bramki przewrócił się podskakując obok obrońcy z kraju tulipanów).

Drużyna z Półwyspu Iberyjskiego zasłużenie wygrała finał, będący jedynym meczem, w którym rywale rzeczywiście grali wyjątkowo agresywnie (chociaż też do samej destrukcyjnej i brutalnej gry Holendrzy się nie ograniczyli, i próbowali jednocześnie zdobyć mistrzostwo wyprowadzając groźne akcje). Niesmak za to pozostanie po tym, w jaki sposób się do tego sześćdziesiątego czwartego meczu turnieju Hiszpanie dostali.

Nie powiedziałem chyba jednego złego słowa o sposobie w jakim dwa lata temu wygrali Mistrzostwa Europy – bo swoją wyższość udowodnili na boiskach w uczciwej grze, a ja jestem w stanie zaakceptować sporadyczne błędy, jakie potrafią się arbitrom przydarzyć od czasu do czasu. Gotów byłbym wybaczyć Hiszpanom bramkę Villi strzeloną ze spalonego i inne, temu podobne, sytuacje. Teraz chodzi jednak o styl. Sposobem Greków było głównie murowanie dostępu do własnej bramki, metodą ekipy czerwonej furii – symulowanie, bieganie do sędziego z pretensjami i wymuszanie podjęcia błędnych decyzji oraz zaprezentowanie postawy najbardziej zarozumiałej drużyny, jaką kiedykolwiek miałem, wątpliwą, przyjemność oglądać.

Chociaż od finału minęło już tyle dni, to wciąż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Hiszpanię przepchnięto do ostatniego meczu zawodów za to, w jaki sposób dwa lata wcześniej zdobyli mistrzostwo Europy. Przyległa do nich opinia jakoby grali „nieziemski” football i w związku z tym należy im się szczególna ochrona i specjalne przywileje. Szkoda jedynie, że pogląd o tym, jak niesłychana jest piłka, którą demonstrują, nie znalazł swojego odzwierciedlenia w stanie faktycznym, bo na mundialu La Furia Roja nie zaprezentowała niczego nadzwyczajnego. Mało było w ich grze genialnych zagrań i skupiali się głównie na wymienianiu niezliczonej liczby bezproduktywnych podań. Nie było wirtuozerii, a jedynie teatralne popisy. Nie było Leo Messiego i stąd zaledwie 8 bramek na afrykańskich boiskach.

Jest ponurą drwiną to, że Mistrzostwa Świata w RPA wygrali aktorzy, którzy w piłkę nożną powinni grać ewentualnie na paraolimpiadzie, gdyż mają oni problemy nawet z bieganiem i wciąż potykają się o powietrze. Smutne jest to, iż niejako za wzór stawia się obecnie piłkarzy nie przejmujących się ideałami, na których fenomen piłki nożnej został zbudowany. Mam nadzieję, że nie będę musiał długo oglądać takich ludzi w blasku chwały należnej prawdziwym zwycięzcom, ponieważ nie można dopuścić, by tylko nieliczni pamiętali o tym, że w footballu należy zwyciężać ciężką pracą i uczciwą postawą na boisku.

Przewiń na górę strony