Nie przegap
Strona główna / Liga Mistrzów / Okiem kibica Barcy…

Okiem kibica Barcy…

Okiem kibica Barcy...
Zacznę hasłem doskonale znanym z historii: „3 razy tak”:  tak, kibicowałam wczoraj Barcelonie! Tak, kibicuję jej od dawna! Tak, byłam niezmiernie szczęśliwa po finale! Ale, ale, żeby nie było tak jednostronnie i nudno, to nadmienię, że od jakiegoś czasu kibicuję też Manchesterowi i choć nie w takim wymiarze jak Barcy, to styl „Czerwonych Diabłów” zyskał moje uznanie. Pozwolę sobie zatem na krótkie podsumowanie wczorajszego finału z mojej perspektywy.

Przed finałem nie tylko pewni siebie kibice Manchesteru, ale i większość fachowców stawiała  zdecydowanie na United. Ba, nie tylko stawiała, ale mówiła wręcz  o możliwym pogromie Barcelony! Manchester miał wygrać lekko, łatwo i przyjemnie… Zresztą nawet kibice Barcelony obawiali się Manchesteru tym bardziej, że w półfinale zaprezentował się o niebo lepiej niż Blaugrana, która cudem pokonała Chelsea w 93. minucie. Nawet nie chcę sobie przypominać, jak wiele osób pomstowało wtedy na Barcelonę: że awansowała niezasłużenie, że wcale nie gra cudownego futbolu, że nie potrafi grać z angielskimi drużynami, że to, że tamto… Na nic zdawały się wtedy cierpliwie tłumaczenia, że w futbolu chodzi o to, by strzelić o jedną bramke więcej niż rywal, że to także „sztuka”, w pewnym sensie, grając słabo, mimo wszystko awansować, że Barcelona pokazała niesamowitą wolę walki do końca i w tym jednym sensie „zasłużyła” na wygraną. To wszystko odeszło jednak w cień wczoraj wieczór – liczyły sie tylko wydarzenia, które nastąpiły na boisku.

A na boisku, nie licząc pierwszych 10 minut (świetnych w wykonaniu Manchesteru) działy się dziwy, biorąc pod uwagę przedmeczowe prognozy. Najlepsza ponoć na świecie obrona zawodziła, wpadki zdarzyły się też świetnemu zwykle van der Sarowi, akcje duetu RR nie przynosiły rezultatów (o ile w ogóle do nich dochodziło)… Manchester nie był po prostu sobą! To Barcelona stosowała pressing, Barcelona była przy piłce, Barcelona narzuciła swój styl gry! Czyli wszystko na opak…Powiem szczerze, byłam tym bardzo zaskoczona! „Czerwone Diabły” nie miały wczoraj w sobie nic z „diabelskości”! Jedynie Cristiano Ronaldo błyskały czasem z oczu „diabelskie iskierki”, zwłaszcza gdy nie zgadzał się z decyzją arbitra, odgwizdującego jego faul. Gdzie ta drużyna podziała swój styl? Wyglądało to bowiem trochę tak, jakby była zaczarowana przez graczy Barcy i samego Guardiolę. A juz po drugiej bramce dla Katalończyków, Manchester wydawał się totalnie rozbity: nie widać było wiary w sukces, woli walki, tzw. „gryzienia trawy”. Nawet SAF miast żywiołowo gestykulować pod koniec i pokrzykiwać, próbując zmotywować jeszcze graczy, siedział zrezygnowany na ławce, sennie (jak na niego oczywiście) żując gumę. NIE DO WIARY!

Wielu kibiców Manchesteru było i jest zdania, że to ich ukochana drużyna zagrała słabo, a Barcelona po prostu to wykorzystała. Czyż jednak nie należy zadać sobie pytania: dlaczego podopieczni SAF zagrali tak słabo? Czy przypadkiem nie dlatego, że to Barcelona zagrała dobrze i nie pozwoliła im rozwinąć skrzydeł? Nic nie dzieje się przecież bez przyczyny… Moim zdaniem Barca nie zagrała kosmicznie, ale zagrała bardzo dobrze, mając z jednej strony Puyola, który „harował jak wół” na boisku, a z drugiej strony Messiego, który nie tylko czarował techniką, ale był wprost nie do zatrzymania (najlepszy dowód – sytuacja, gdy był faulowany przez graczy MU, ale szybko wstał i zdołał jeszcze dogonić piłkę!). Manchester takich atutów wczoraj nie miał i szczerze mówiąc… szkoda! Mecz wówczas byłby bardziej dramatyczny, mielibyśmy jeszcze lepszy piłkarski spektakl, a tak gracze United byli niczym aktorzy- niby świetnie przygotowani do roli, ale zapominający tekstu po wyjściu na scenę… Nie taki Manchester chce się oglądać!

Właściwie trudno stwierdzić, co nagle stało się z „Diabłami”… Osobiście myślę, że głosy ze wszystkich stron, nakazujące im bezwzględnie wierzyć w sukces mogły… zaszkodzić. Może podświadomie uwierzyli, że Barca faktycznie jest przereklamowana? że nie umie grać z angielskimi drużynami? że powtórzy się historia z ubiegłorocznego półfinału LM? Gdy tymczasem Barca zaczęła narzucać swój styl gry, poparty jeszcze niespodziewanie wcześnie bramką, wówczas zabrakło planu awaryjnego. Co może dziwić jeszcze bardziej, zabrakło go też po przerwie (a przecież Ferguson znany jest z „suszarki”, którą potrafi zafundować zawodnikom w szatni!). Może po prostu nie był to dzień Manchesteru? Czasami zdarza się i tak… Niby chcesz coś zdziałać, ale jesteś, w dziwny nawet dla samego siebie sposób, bezradny. Może właśnie taki słabszy dzień przytrafił się na nieszczęście Manchesterowi, a ku pożytkowi Barcelony…

Po tym meczu nasuwa mi się jeszcze jedna refleksja: futbol naprawdę jest nieprzewidywalny i nawet najwięksi fachowcy nie są w stanie przewidzieć, jakie niespodzianki może nam przynieść rozwój boiskowych wydarzeń. Ponadto rzymski finał uczy, że nie ma czegoś takiego jak obrona nie do przejścia, gracze nie do zatrzymania czy mecz nie-do-wygrania… Futbol to przecież gra błędów, a popełniają je, o czym warto pamiętać, także najlepsi na świecie!

Z czego należy się cieszyć przede wszystkim po tegorocznym finale? Z tego, że spotkały się w nim dwie najlepsze drużyny; dwie drużyny, które naprawdę na to zasłużyły!

Przewiń na górę strony