Nie przegap
Strona główna / Inny punkt widzenia / Upiory ze Stamford Bridge

Upiory ze Stamford Bridge

Upiory ze Stamford Bridge
To, co napiszę poniżej jest pewnego rodzaju próbą pogodzenia się z wydarzeniami zaistniałymi w drugim półfinałowym meczu LM pomiędzy Chelsea FC a FC Barceloną. Owo spotkanie, które odbyło się na Stamford Bridge przeszło już zapewne do historii piłki nożnej ze względu na rozstrzygnięcie oraz sposób, w jaki do niego doszło. Sądzę, że większość kibiców na świecie nie przeszła obok tego wydarzenia obojętnie. Ja tym bardziej, będąc nie tylko kibicem Man Utd lecz sympatyzując także z klubem ze stolicy Katalonii [zaraz fani Barcelony zrobią u nas jakiś zamach stanów – dop. Wiktor M.]. Dlaczego artykuł ten znalazł się na Redlogu? Odpowiedź jest prosta – gdyż każdy z nas, kibiców, mógłby się znaleźć w takiej sytuacji jak kibice jednej z wyżej wymienionych drużyn.

Do napisania tego artykułu zainspirowała mnie rozmowa z moim bratem, który upierał się przy tym, że Barça nie zasłużyła na awans do finału, bo przecież sędzia nie odgwizdał kilku oczywistych karnych, czym skrzywdził Chelsea i jej kibiców. Dyskusja w efekcie przeszła później na tematy dosyć ogólne, a mianowicie na jeden z moich ulubionych, czyli „kto wygrywa mecz: lepszy, czy skuteczniejszy”. Poglądów na ten temat jest zapewne co najmniej tyle, ile osób w tej sprawie się wypowiadających, ale jedno pozostaje niezmienione. Faktem jest i będzie, że mecze piłki nożnej z reguły maja na celu wyłonić zwycięzcę, czyli, teoretycznie, lepszą drużynę z dwóch rywalizujących. Tutaj jednakże często słyszę argumenty, że nie zawsze wygrywa drużyna lepsza.

Wyobraźmy sobie, że przedstawiamy tak sytuację jakiemuś laikowi, który w ogóle nie rozumie piłki nożnej, ale cechuje się zdrowym rozsądkiem. Jaki będzie płynął z tego wniosek? Ano taki: „po co w ogóle grać w tą piłkę nożną skoro można być lepszym i przegrać?” Dlatego uważam powyższą argumentację za bezzasadną. Dla mnie jedynym i oczywistym kryterium, kto był lepszy na boisku jest skuteczność. Bowiem, na tym polega piłka nożna, że jeśli chce się wygrać mecz trzeba „po prostu” strzelić o jedną bramkę więcej niż rywal. To właśnie dzięki swej prostocie jest ideałem i można by przenieść tą konstatację na wiele innych pól ludzkiej rywalizacji. Podsumowując, wygrywa ten, kto okaże się lepszy. Okaże się lepszy ten, kto wygra mecz. Wygra mecz ten, kto strzeli więcej bramek. Jasne i oczywiste!

Jak to się ma do tamtego meczu spytacie? Otóż w bardzo prosty sposób. Kibice Chelsea słusznie czują się skrzywdzeni, ponieważ ich drużyna została kilkukrotnie pozbawiona szansy na strzelenie bramki. Pamiętajmy jednak, że karny jest jedynie okazją do strzelenia bramki, że nie jest on tożsamy ze zdobyciem bramki, jak wiele osób, nie do końca słusznie, uważa. Przywołam ponownie dosyć mylący faktor, a mianowicie stopień prawdopodobieństwa. Wiele osób twierdzi, że rzuty karne to loteria. Załóżmy, zatem, że stopień prawdopodobieństwa zdobycia bramki z rzutu karnego wynosi (co jest bardzo prawdopodobne) 50%. Dużo czy mało? Biorąc pod uwagę, że oznacza to zarazem, że szans nie zdobycia bramki są równe swemu przeciwieństwu wniosek jest oczywisty. Mało! Idąc dalej, Chelsea została pozbawiona kilku mało prawdopodobnych szans na zdobycie bramki, bo pewności, że Ballack, Drogba albo „Fat Frank” zdobyliby gola z karnego nie mamy i wnioskując z powyższego mieć nie możemy.

O ile ich [kibiców Chelsea] skrzywdzenie jest uzasadnione, o tyle musimy pamiętać, że dogodnych sytuacji do przesądzenia o losach spotkania mieli wystarczająco dużo w drugiej połowie spotkania. Pamiętać musimy, że decyzją trenera [Guusa Hiddinka] Chelsea grała cały dwumecz koncentrując się na głębokiej defensywie i kontrataku. O ile taktyka ta przyniosła połowiczny efekt na Camp Nou, o tyle o wiele skuteczniejsza okazała się do 93 minuty drugiego spotkania. Obierając taką taktykę trzeba mieć na uwadze fakt, że strata bramki podczas meczu u siebie może w mgnieniu oka zdewastować to, co drużyna osiągnęła i pozbawić jej awansu, co właśnie miało miejsce w tym dwumeczu. Nie można zatem całą winą za niepowodzenie obarczać błędnych decyzji sędziego, ponieważ sposób gry jaki obrała Chelsea był bardzo ryzykowny, tym bardziej jeśli gra się przeciwko drużynie opierającej całą swą grę na ofensywie.

Gdyby zatem całe spotkanie zakończyło się wygraną Chelsea nikt by pewnie nie pamiętał o błędnych decyzjach sędziego. Zakrawałoby to oczywiście o hipokryzję, gdyż, obiektywnie, także i w tym przypadku wypaczyły one przebieg spotkania, ale nie wynik. Rozumiem rozgoryczenie kibiców Chelsea, oraz mieszane uczucia kibiców Blaugrany, ale jedno musi być jasne. Zasady przed tym meczem były jasne. Awansują londyńczycy, jeśli wygrają. Klub z Katalonii natomiast awansuje wtedy, gdy wygra lub bramkowo zremisuje. Sytuacja, zatem wyglądała mniej komfortowo dla Chelsea, tym bardziej, że opierając swą grę na defensywie stawia się dodatkowo w trudniejszym położeniu.

Jeśli chodzi o kibiców Blaugrany, tak jak wcześniej wspomniałem, rozumiem ich odczucia. Chcę jednak zwrócić uwagę na to, że tym, co ostatecznie przesądziło o awansie była bramka strzelona w doliczonym czasie gry. Sędzia nie podarował im karnego z kapelusza i nie uznał bramki, której nigdy nie było. Dodatkowo, nie anulował także prawidłowo strzelonej bramki Chelsea, mimo że ta miała sporo okazji, aby ją zdobyć. O ile zawodnicy i kibice nie zawdzięczają awansu jedynie sędziemu i jego błędom, o tyle pamiętać muszą, że w tym meczu, parafrazując dobrze znane powiedzenie, Barcelonie sprzyjało więcej szczęścia niż umiejętności. Takie sytuacje uczą nas pokory oraz szacunku do przeciwnika, a przede wszystkim szacunku do losu. Idealnie, jako konkluzja, pasuje tu inne powiedzenie, a mianowicie mówiące, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

Jakie ma to wszystko znaczenie dla Manchesteru United spytacie? Otóż odpowiedź jest bardzo prosta. Wszyscy doskonale pamiętamy finał Ligi Mistrzów z 1999 roku. Wyjąwszy błędy sędziowskie z tegorocznego spotkania, oba mecze [Bayern vs Man Utd oraz Chelsea vs Barça] były bardzo podobne pod względem dramatycznej końcówki. O ile wcześniejszy dał lekcję pokory klubowi z Manchesteru o tyle ten drugi uczynił to samo dla Blaugrany.

Mając powyższe na uwadze, możemy spodziewać się wielkiego widowiska w Rzymie. Nie zdziwiłbym się gdyby przebieg spotkania był także napięty, a końcówka dramatyczna, bowiem obie drużyny grające w finale udowodniły w tym sezonie, że oprócz umiejętności, zgrania i talentu nie brakuje im także waleczności i serca do gry. Oczekuję zatem niezapomnianego widowiska, które na zawsze przejdzie do annałów piłki nożnej. Niech wygra lepszy!

Przewiń na górę strony