Nie przegap
Strona główna / Offtopic / Marzenie ściętego Blattera

Marzenie ściętego Blattera

Sepp Blatter
Gdybym nie znał standardów panujących w środowisku piłkarskich działaczy, pomyślałbym, że Sepp Blatter ma zadatki na marzyciela-idealistę. Tak, myślimy o tej samej osobie: łysiejący, podstarzały bufon, który ładnych parę lat temu przyśrubował sobie tyłek do fotela prezydenta FIFA. Otóż jak zapewne wiecie, temu panu uroiło się w głowie, żeby wprowadzić zasadę nazwaną zgrabnie „6+5”. Jako, że parę tygodni temu moja redakcyjna koleżanka poruszyła kwestię chronienia „rodzimych” talentów w piłce nożnej, postanowiłem i ja napisać parę słów w tej materii. A konkretnie właśnie na temat pomysłu Nadmuchanego Seppa.

No dobra, poużywałem sobie na szacownym (serio?) panie prezydencie, więc teraz do rzeczy. Mimo wszystko tekst nie ma być o nim, tylko o pomyśle FIFA. A idea wysunięta przez włodarzy światowej piłki (za każdym razem gdy używam takiego wyrażenia, nie mogę powstrzymać się od parsknięcia śmiechem…) zasługuje na uwagę, bo byłoby to posunięcie stanowcze i znaczące. Nie zamierzam się tu wdawać w ocenianie, czy ograniczanie liczby obcokrajowców to pomysł dobry, czy może niekoniecznie. Problem w tym, że słuszny czy nie, w formie zaproponowanej przez FIFA jest na obecną chwilę nie do przeprowadzenia.

Joseph Blatter, Sepp Blatter (ur. 10 marca 1936 w Visp), szwajcarski działacz sportowy.

W latach 1981-1998 był sekretarzem generalnym FIFA, od 1998 r. pełni funkcję jej prezydenta. 31 maja 2007 r. został wybrany na kolejną, trzecią już kadencję, która potrwa do roku 2011. Od 1999 r. jest także członkiem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Wielokrotnie posądzany o korupcję.

Bliski współpracownik poprzedniego prezydenta FIFA João Havelange’a. Blatter był trzykrotnie żonaty, a aktualną jego towarzyszką życiową jest młodsza odeń o 31 lat Polka, Ilona Boguska.

Wikipedia.org

Zajmując się problemem narodowościowego zróżnicowania składów drużyn klubowych (prawda, że mądrze zabrzmiało?) światowa federacja weszła na grząski obszar, gdzie postawienie każdego kroku jest co najmniej trudne. Jak to często bywa, krzyżują się tu interesy wielu podmiotów: związków piłkarskich, reprezentacji narodowych, klubów, a nawet mediów i sponsorów. A że każda z tych grup w obronie swojego poletka potrafi być upierdliwa, stanowcza i przebiegła, szykuje się niezła przepychanka. Autorzy koncepcji „6+5” znaleźli się w trudnej sytuacji: z jednej strony proponując tak radykalne rozwiązanie zagwarantowali, że każdy jego przeciwnik użyje przeciw projektowi ciężkich dział. Z drugiej zaś, wysuwając „łagodniejszą” wersję tego rodzaju regulacji być może mogliby ją jakoś przeforsować, ale siłą rzeczy byłby to w ich oczach tylko „półśrodek”, na którego istnienie byliby skazani przez dłuższy czas – bo raz uporawszy się ze śmierdzącym problemem, niewiele osób będzie miało ochotę szybko do niego wracać.

W czym widzę główne przeszkody stojące na drodze ku wprowadzeniu reguły „6+5”? Przychodzą mi do głowy trzy istotne sprawy. Po pierwsze, rzecz najbardziej oczywista: regulacja taka stoi w jawnej sprzeczności ze wspólnotową zasadą swobodnego przepływu pracowników. Dla tych, których polityka mierzi: obywatel państwa członkowskiego Unii Europejskiej ma prawo podjęcia pracy w każdym kraju UE, które to prawo nie może być ograniczane.* Potencjalny pracownik nie może być dyskryminowany ze względu na narodowość. A że sportowcy są już obecnie traktowani w świetle prawa, jak normalni pracownicy, projekt „6+5” ewidentnie podpada pod ograniczenie swobody podjęcia pracy ze względu na narodowość. W efekcie każdy – włącznie z niezadowolonymi z takiego obrotu sprawy sportowcami (a podejrzewam, że znajdzie się ich paru) – będzie mógł zaskarżyć taką regulację do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Oficjele FIFA są tego oczywiście świadomi, dlatego chcą uczynić ze swojego rozwiązania jeden z wyjątków dopuszczanych prawem wspólnotowym, powołując się na zapis Traktatu Lizbońskiego mówiący o szczególnym charakterze sportu oraz organizacji sportowych. Problem w tym, że Traktat owszem, ma wejść w życie 1 stycznia 2009 roku, ale pod warunkiem, że zostanie ratyfikowany przez wszystkie strony. A nie został, więc póki co panowie z Zurychu mogą co najwyżej zgrzytać zębami. Poza tym, nawet jeśli Traktat zacznie wreszcie obowiązywać, założę się, że nie obędzie się bez sporów prawnych wokół interpretacji pojęcia „szczególny charakteru sportu”.

Po drugie, wydaje mi się naturalnym, że przeciwko zasadzie „6+5” opowie się przynajmniej część najsilniejszych klubów europejskich. Przecież wiele z nich swoją siłę buduje na obcokrajowcach – wyobrażacie sobie Arsenal albo Inter w takiej „nowej rzeczywistości”? Spoko, nasi ulubieńcy z Old Trafford też mieliby kłopoty, zwłaszcza gdyby nieodpowiednim zawodnikom przytrafiły się kontuzje… Co tu dużo gadać: menedżerowie większości najsilniejszych ekip Starego Kontynentu nabawiliby się sporego bólu głowy, gdyby dzisiaj przyszło im podporządkować się nowym przepisom. Nagła rewolucja kadrowa i paniczne przeszukiwanie rynku, by wydobyć skądś odpowiednio wielu dobrych, „rodzimych” zawodników? Nie wiem jak Wy, ale ja tego nie widzę. Panowie zjeżdżający się na obrady G-14 potrafią zadbać o interesy swoich klubów, a więc sądzę, że jeśli FIFA spróbuje poczynić bardziej zdecydowane kroki w celu wprowadzenia „6+5”, nie pozostanie to bez ich reakcji. Jasne, nawet G-14 nie jest zupełnie nietykalna, i może przegrać w starciu ze światową federacją. Ale jeśli już dojdzie do ostrej potyczki, kompletna porażka grupy wydaje mi się najmniej prawdopodobnym scenariuszem. Już prędzej wyniknie z tego jakiś kompromis łagodzący nową regulację albo rozkładający w czasie jej wprowadzenie.

Po trzecie wreszcie, zastanawiam się nad pozycją niektórych federacji krajowych w tej sprawie. W strukturach FA już od jakiegoś czasu pojawiają się głosy, że przydałyby się nowe przepisy działające na korzyść młodych angielskich adeptów futbolu. Dlatego na pierwszy rzut oka pomysł Blattera jest jak najbardziej na rękę sternikom wyspiarskiej piłki. Czy aby na pewno? Zastanówcie się: dlaczego przez wielu kibiców i komentatorów Premier League jest uznawana za najlepszą ligę świata? Ze względu na poziom rozgrywek oraz siłę drużyn biorących w nich udział. A jak wspomniałem już wyżej, siła ta nierzadko opiera się na piłkarzach zagranicznych. Jasne – kluby środka tabeli mają w swoich składach nieco mniej obcokrajowców, niż te największe i najbogatsze drużyny. Ale przecież siła EPL tkwi w pewnej mierze właśnie w tych najsilniejszych, najbardziej rozpoznawalnych drużynach. Gdyby Chelsea, United, Liverpool i Arsenal nie odnosiły sukcesów w Lidze Mistrzów, wątpię, by Premier League dorobiła się swej obecnej reputacji. Jeśli więc spojrzeć na sprawę z tej strony, okazuje się, że opowiadając się za wprowadzeniem „6+5” FA może poniekąd strzelić sobie samobója – doprowadzić do obniżenia poziomu ligi, a tym samym mniejszego zainteresowania mediów i sponsorów. A na tym zarabiają nie tylko kluby, ale też i sam związek. Czy więc Lord Triesman, Brian Barwick oraz ich koledzy widzą dwuznaczność swojej sytuacji, i czy odważą się częściowo podciąć gałąź, na której siedzą? Istnieje rzecz jasna silny argument za, w postaci dobra reprezentacji narodowej, której problemy popychają działaczy do coraz intensywniejszych rozważań. Bo w przeciwieństwie do polskich związkowców, oni (albo przynajmniej niektórzy z nich) faktycznie chcą zrobić coś dla dobra swojego rodzimego futbolu…

Gdyby być bardziej drobiazgowym, problemów wokół zamysłu FIFA znalazłoby się pewnie jeszcze więcej. Ale mam wrażenie, że te, które wymieniłem, to i tak wystarczająco dużo, by zestresować ludzi urzędujących w Zurychu. Moim zdaniem w zaproponowanej obecnie formie przepis nie ma szans wejść w życie. Niezależnie od tego, czy sama idea jest słuszna, czy nie, czeka ich sporo niewdzięcznej, dyplomatycznej roboty, jeśli chcą doprowadzić do realizacji swoich planów, choćby w zmienionej, „łagodniejszej” formie. Nie ma co, będzie wesoło.

Przewiń na górę strony