Football, it’s our religion!

Kilka miesięcy temu przytłoczony brakiem obiektywnie konstruktywnych zajęć, siedziałem w swoim pokoju bezmyślnie rozmyślając i przyszło mi do głowy, że piłka nożna stała się moją religią. Zafascynowało mnie moje odkrycie, tym bardziej, że po chwili namysłu uświadomiłem sobie, że to prawda. I doznałem wizji, w której staję się duchowym przywódcą wyznawców mojego postrzegania footballu, który porusza masy i jednoczy ludzi z całego świata. Moment mego objawienia miał mi przynieść chwałę i pieniądze na wieki, oraz sprawić, że głos kibiców miałby większe znaczenie niż słowa papieża czy prezydenta Stanów Zjednoczonych. Nic takiego się jednak nie stało. Tym bardziej, iż okazuje się, że pomysł przyrównania piłki nożnej do religii nie jest wcale taki odkrywczy i temat ten był już nawet na Redlogu przybliżony.
Jestem ateistą, football jest moją religią.
Już będąc małym dzieckiem zacząłem interesować się koszykówką. Piękny sport, którym zaraził mnie mój najstarszy brat. Pamiętam godziny spędzone na asfaltowych i żwirowych „boiskach” do „kosza”. Pamiętam oglądanie NBA w środku nocy, marzenia by stać się pierwszym polakiem grającym w tej lidze, takim polskim Muggsy Boguesem (wspominałem już, że byłem niskim dzieckiem?). Były to wspaniałe lata. Czasy filmów związanych z koszykówką („White Men Can’t Jump”, „He Got Game”) na kasetach wideo, a koszykarski Śląsk Wrocław rok po roku zdobywał tytuły mistrza kraju (pod wodzą Urlepa z Wójcikiem, Zielińskim, McNaullem i Miglinieksem). Niestety sielanka nie trwała wiecznie i Śląskowi zaczęło iść coraz gorzej, a w międzyczasie matka wyniosła z domu telewizor (bo, wraz z braćmi, za dużo czasu przed nim spędzałem) i tak urwała się moja znajomość z NBA.
Natomiast Średni (brat – przyp. Autora) zawsze większym uczuciem darzył football. Był bramkarzem w Lechii (Dzierżoniów – jest tylko jedna Lechia) i do dziś piłka pozostaje jego największą pasją. Ja tymczasem grałem w nią chętnie na komputerze (SWoS, FIFA) ale tylko czasami, dla odmiany, z kolegami na boisku za blokiem. Przed telewizorem siadałem wyłącznie na te ważniejsze mecze – głównie finały. Pamiętam, że oglądałem finały Mistrzostw Świata Francja ’98, finał Pucharu UEFA pomiędzy Feyenoordem a Borussią (fantastyczna bramka Kollera) ale to chyba dopiero od mundialu w Korei i Japonii piłka nożna zaczęła być dla mnie sportem numer 1.
Systematycznie football stawał się dla mnie coraz istotniejszy. Tak, że dzisiaj dwa razy nie trzeba mnie zapraszać na „granie”, bo najchętniej bym nie przestawał kopać futbolówki. Lecz pomimo tego, że nie oglądam wszystkich meczów bez opamiętania (chociaż spotkań United – there’s only one United – staram się nie omijać) to i tak mój najstarszy brat, który z czasem też pokochał football (i Arsenal) boi się, że żyję tylko piłką i nie powinienem zamykać się na inne zagadnienia, ponieważ staję się monotematyczny i odcinam od ludzi, którzy nie podzielają mojej pasji. Mam podobne obawy i sam nie chcę by piłka nożna była dla mnie wszystkim. W tej kwestii, wyjątkowo, jestem zachłanny i chcę od życia czegoś więcej. Nie chcę być jedynie biernym odbiorcą boiskowych wydarzeń, żyjącym z tygodnia na tydzień jedynie dzięki nieustannemu oglądaniu meczów.
Jestem jednak już na etapie, na którym piłki nożnej nie mogę nazwać zaledwie sportem. Stała się moją religią. I tak jak nikt nie przekona mnie, że Bóg istnieje, tak football jest dla mnie rzeczą świętą, jak mistyczne zjawisko. Zabieram go ze sobą wszędzie w swoim sercu, nie mogę się z nim rozstać. I nie chcę, bo go kocham. A koszykówkę uważam za drugi najfajniejszy sport zespołowy na świecie.
Gdzie tu miejsce dla wiary?
Moją prywatną definicją wiary jest: „wiara to takie przekonanie o czymś czego nie ma, lub też czego istnienia nie da się udowodnić, że osoba wierząca nie jest w stanie przyjąć braku tego czegoś do wiadomości”. Nie ma za to sensu ani potrzeby wierzyć w to, że ołówka nie ma, gdy ten leży przed nami, bądź w to, że grawitacja nie istnieje, bo gdy powyższy ołówek sturla się z biurka, to z całą pewnością spadnie na podłogę. Warto jest wierzyć jedynie wtedy, gdy taki stan coś zmienia. I tu w piłce nożnej pojawia się wiara.
Manchester United jest najwspanialszym klubem na świecie.
Kibice wierzą w zwycięstwo, nawet gdy w 75. minucie ich drużyna przegrywa czterema bramkami. Wierzą, że ich ukochany zespół zdobędzie mistrzostwo nawet gdy wydaje się to najbardziej nierealnym scenariuszem (w tym roku na wewnętrznej stronie koszulek Burnley pojawił się znaczek z okazji pięćdziesięciolecia wywalczenia tytułu mistrzów Anglii z napisem: „Dare to Dream”, sugerujący istnienie sposobności odzyskania trofeum). Kibice Arsenalu w zaufaniu do Wengera wymyślili hasło: „In Arsene we Trust”, następnie fani Liverpoolu przerobili je na: „In Rafa we Trust”. Wspominam o sympatykach the Reds ponieważ kilkanaście miesięcy temu w obliczu zbliżającego się końca sezonu ich drużyna miała już wyłącznie czysto matematyczną możliwość zakończenia rozgrywek na pierwszym miejscu. W ich sercach mimo wszystko nie umarła nadzieja, gdyż Benitez zapewniał na konferencjach, że wciąż jeszcze mieli szanse. Powstał wtedy termin Liverpoolizacja, czyli obłędna wiara, na przekór rozumowi, np. w wygranie ligi nawet gdy na pięć kolejek przed końcem rozgrywek strata do lidera wynosi 13 punktów, a do drugiej w tabeli Chelsea 11.

W ramach mojej religii istnieje ogrom wyznań, odłamów. Wokół każdego klubu piłkarskiego tworzy się osobna grupa wiernych. Poszczególne grupy sympatyzują ze sobą bądź rywalizują. Czasami ta konkurencja przeradza się w konflikt zbrojny lecz raz zakorzenionej wiary nie da się już wyplewić. Uważam przemoc fizyczną pomiędzy kibicami za coś nieskończenie głupiego, ale liczbę ofiar wszystkich starć stadionowych chuliganów trudno porównywać z tym ilu ludzi zginęło na tle innych walk religijnych.
Piłka nożna a religia.
Chyba najlepszym (a z pewnością najbardziej pasującym z mojego punktu widzenia) opisem religii jest ten sformułowany przez Gustava Menschinga: „Religia to przeżyciowe spotkanie człowieka z tym, co święte oraz wyrażona w działaniu odpowiedź człowieka uwarunkowana i określona przez świętość”. Wypisz wymaluj jest to definicja piłki nożnej.
Football ma swoje dogmaty oraz nakazy. Do tych pierwszych z pewnością trzeba zaliczyć fakt, że zwykły śmiertelnik może dołączyć do wąskiego grona bogów, bo piłka nożna jest religią politeistyczną, a Keane, Rooney, Larsson, Henry czy Pele są bogami. Takie są fakty. Nakazami są natomiast wszelkiego rodzaju zasady, przepisy gry. Zmieniają się one nieustannie, ale wszystkie je nadzorują odpowiednie organa z FIFA i UEFA, czyli dwoma największymi, na czele. W różnych krajach zasady mogą się różnić, ale ich istota jest zawsze taka sama. Muszę tutaj zaznaczyć, że podobnież jak w przypadku chrześcijaństwa, gdzie są ludzie, którzy przyjmują większość wierzeń, a odrzucają głównie instytucje kościoła, tak w piłce nożnej można spotkać osoby uważające międzynarodowe związki za złe, skorumpowane i zabijające wyniosłe idee leżące u podstaw The Beautiful Game.
Piłka nożna oczekuje też czegoś w zamian od swoich wyznawców. Jak każda religia najbardziej boi się zapomnienia, dlatego też musimy wciąż wyznawać jej swoją miłość, składając ofiary i odwiedzając miejsca kultu. Są nimi przede wszystkim stadiony piłkarskie, na które nieustannie pielgrzymi z całego świata udają się z prośbami o zwycięstwo zespołów, którym kibicują. Podczas meczów pątnicy śpiewają hymny chwalebne na cześć swoich drużyn. Ja natomiast chciałbym przytoczyć, tym, którzy jeszcze nie mieli przyjemności spotkania się z nim, tekst z reklamy Sky Sports z 1997 roku, który uważam za modlitwę najpiękniejszą z najbardziej uniwersalnych:
Life
It can be difficult
You know that
We all need someone to rely on
Someone who’s going to be there
Someone who’s going to make you feel like you belong
Someone constant
It’s ecstasy, anguish, joy and despair
Part of our history
Part of our country
And it will be part of our future
It’s theatre, art, war and love
It should be predictable… but never is
It’s a feeling that can’t be explained but we spend our lives explaining it
It’s our religion
We do not apologise for it
We do not deny it
They’re our team, our family and our life.
Football
We know how you feel about it
Because we feel the same
Życie
Może być ciężkie
Wiesz o tym
Wszyscy potrzebujemy kogoś na kim można polegać
Kogoś kto przy nas będzie
Kogoś kto sprawi, że odnajdziemy swoje miejsce
Kogoś stałego
To ekstaza, cierpienie, radość i rozpacz
Część naszej historii
Cześć naszego kraju
I to będzie częścią naszej przyszłości
To teatr, sztuka, wojna i miłość
Powinien być przewidywalny… ale nigdy nie jest
To uczucie, którego nie da się opisać ale poświęcamy nasze żywota próbując tego dokonać
To nasza religia
Nie będziemy za to przepraszać
Nie będziemy się tego wypierać
To nasza drużyna, nasza rodzina i nasze życie
Football
Wiemy co do niego czujesz
Bo czujemy to samo
Poza chodzeniem na mecze udowadniać swoją wiarę możemy również poprzez kupowanie klubowych pamiątek, stroi piłkarskich i gadżetów, oglądanie piłki nożnej w telewizji, ale przede wszystkim poprzez branie samu aktywnego udziału w grze i szerzenie wiary poprzez słowo. Musimy wszelako pamiętać, że jedyne co football nam może zaoferować to doznania estetyczne, niesamowite emocje i poczucie wspólnoty, a chce w zamian zaledwie, żebyśmy byli mu lojalni, ufali mu, byli z niego dumni i kochali go.
Przy tym wszystkim jego wyjątkową cechą jest to, że nie zabrania on łączyć go z innymi wyznaniami. W religii rzymskokatolickiej jednym z przykazań jest: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede Mną”. Piłka nożna natomiast jest dla Ciebie dobra i nie zabrania Ci oddawać czci bóstwom innym niż piłkarzom. Staje ponad przejawami rasizmu, seksizmu, braku tolerancji wobec innych wyznań. Jest czymś co łączy miliony ludzi na całym świecie. Sprawi, że gdy ludzkie oko dostrzega jedynie magiczne zwody Messiego czy atomowe uderzenie Scholesa, Ty dostrzeżesz poezję ruchu, stopy posyłające pocałunki futbolówce i dotyk boga. Pozwala się wznieść zwykłemu człowiekowi na wyższy poziom.
OK, ale czyli co?
Tekst ten miał na celu przekonać Was, że piłka nożna jest tworem zarówno niezwykłym jak i cudownym. Ale to już wiecie. Miał również skłonić do zastanowienia się czy dla Was jest ona dalej tylko sportem, czy może czymś więcej, bo bez sportu da się żyć. Może, dzięki tym rozważaniom, podczas następnego spisu ludności w rubryce religia znajdzie się godny odnotowania odsetek wpisów: „piłka nożna”.
Chciałbym także, żebyście starali się żyć w zgodzie ze szlachetnymi ideałami footballu. Przykazania te są jedynie drogowskazami jak powinniście zachowywać się podczas gry, ale niektóre z nich mają swoje odzwierciedlenie poza boiskiem. Nie znajdziecie tu takich nakazów jak nadstawianie drugiego policzka lub nie jedzenie mięsa w piątek (chociaż kupienie biletu na mecz i wspomożenie remontu stadionowego dachu jest jak najbardziej na miejscu). Nikt nie będzie oczekiwał od Was, żebyście się pięć razy dziennie modlili, albo przez kilkadziesiąt dni w roku pościli (gdy w lecie liga ma przerwę zawsze możecie wziąć sprawy w swoje ręce i nogi). Nie musicie być ani skromnymi, ani wystrzegać się gniewu, wolno Wam szczycić się swoimi boiskowymi osiągnięciami i dbać o swój wygląd (zarówno na, jak i poza stadionem), nikt nie wymaga od Was ascezy. Powinniście zawsze jednak kierować się pięcioma ideałami piłki nożnej:
1. Szanuj grę. Nie oszukuj. Nie jest to zakaz faulowania, które jest tylko przejawem naszych niedoskonałości, braku wystarczających umiejętności motorycznych, technicznych i taktycznych, ujawniających się pod wpływem zaangażowania z jakim gramy. Jednak symulowanie, celowe zagrywanie ręką, etc. przynosi tylko wstyd. Trzeba też umieć pogodzić się z konsekwencjami swoich czynów i zawsze mówić prawdę (nie oszukiwać przy liczeniu bramek podczas gierki z kolegami) oraz przyznać się do błędu, także po meczu, tak jak to zrobił jeden z polskich piłkarzy: „Żadnym oszustem nie jestem! W tamtej chwili były emocje, ryk kibiców. Szedłem na karnego i do momentu obejrzenia powtórki byłem przekonany, że faul był. Potem zobaczyłem, że mnie nie dotknął”. Istotą jest uświadomienie sobie, że o ile zwycięstwo jest lepsze od porażki; porażka jest nieskończenie razy lepsza od oszustwa.
2. Drużyna jest ważniejsza. Zawsze. Graj zespołowo, pamiętaj o swoich kolegach na boisku. Sukcesy klubu przekładaj ponad indywidualne osiągnięcia. Miano najlepszego strzelca jest niczym, jeżeli przez twoje egoistyczne zachowanie zespół ostatecznie nie wygra. Czasami dobro ogółu wymaga od piłkarzy by pokornie usiedli na ławce rezerwowych i pomogli drużynie gdy zajdzie taka potrzeba. Niekiedy też trzeba się dla niej poświęcić, np. taktycznie faulując, by dało się dowieść satysfakcjonujący rezultat do końca spotkania.
3. Szanuj swój klub. Raul Lozano powiedział kiedyś mądre słowa: „W trakcie swojego życia możesz zmienić prawie wszystko – żonę, kochankę, miejsce zamieszkania, zawód. Nie zmienisz tylko swojej matki i klubu, któremu kibicujesz”. Oczywiście, dla piłkarzy, często jakaś drużyna jest tylko przystankiem na drodze do rozwoju kariery, ale nie zwalnia ich to z obowiązku okazywania szacunku klubowi (i nie chodzi mi tu o wsparcie zakazu zdejmowania koszulek) i jego kibicom. Wiadomo, że lojalność jest w cenie, a gdy już planuje się opuszczenie jakiegoś zespołu dobrze jest to zrobić nie za czyimiś plecami, a uczciwie, z zachowaniem pewnych standardów.
4. Szanuj swoich. Nawet gdy kibicują komuś innemu, oni darzą piłkę nożną takim samym uczuciem. Są wprawdzie twoimi adwersarzami i naturalnym jest, że raz oni cieszą się z Twoich niepowodzeń, a innym razem Ty z ich nieszczęścia, ale łączy Was wspólna miłość do piłki nożnej i powinniście się szanować. Szczególnie na boisku niewskazane jest poniżanie przeciwnika poprzez plucie czy obelgi, jak również przemoc. Brutalne lub nieuzasadnione faule nie mają nic wspólnego z pięknem gry.
5. Graj. Nigdy się nie poddawaj i zawsze dawaj z siebie wszystko. Wolą walki i pełnią zaangażowania pokonasz nawet najcięższych przeciwników i największe trudności.
Pamiętajcie o pięciu ideałach footballu, noście je w swoich sercach, a może pewnego dnia tak jak ja powiecie: „Piłka nożna jest religią, jest moją religią”.
Lubisz ten wpis?
Oceń ten wpis:

(36 głosów, średnia: 4,28 na 5)







Inspirujący i piękny tekst:) Myślę, że każdy prawdziwy kibic myśli i czuje to samo co Ty. Nic dodać, nic ująć.
O tym tekście można wypowiadać się jedynie w samych superlatywach. Każde zdanie zawiera swojego rodzaju przekaz, przez co w trakcie czytania tworzy się niezwykła atmosfera. Nie ważne czy jest się katolikiem, żydem, czy światkiem Jehowy, uniwersalność powyższego artykułu powoduje to, iż u każdego wywołuje on jednolite(pozytywne) uczucia.
Tekst wypełniony bardzo pozytywną energią, motywujący, po prostu piękny. Jak będą was pytać w co wierzycie to mówcie ze w football ;]Tekst wypełniony bardzo pozytywną energią, motywujący, po prostu piękny. Jak będą was pytać w co wierzycie to mówcie ze w football ;]
oi!
świetny tekst.
nawet nie chce mi się czepiać drobnych błędów językowych,
a jeśli mi nie chce się czepiać, znaczy to tyle,
że wykonałeś kawał świetnej roboty!
doskonale się czyta. co chwilę głowa intuicyjnie sama przytakuje.
gratuluję i walę głową o podłogę w geście uznania.
pozdrawiam
ax
oczywiście ląduje piątka
i przy okazji chciałbym wszystkich zachęcić do głosowania,
bo samą przyjemnością byłoby, gdyby po kliknięciu w „najwyżej oceniane”,
pojawiały się właśnie takie teksty!
szkoda, że jest ich tu tak mało, ale wszystko w naszych rękach/głowach :)
„… i przyszło mi do głowy, że piłka nożna stała się moją religią. ” – troche śmieszne;) Ale ogólnie tekst bardzo dobry, taki hmm.. magiczny? ;) Pozytywnie.
Football is our religion !
Tekst świetny, naprawdę. Czyta się ciekawie, ale jak już kiedyś napisałem pod artykułem AX1D – treść nie jest przetrawiona, więc i mózg się wysila.
Nie mogłem sobie darować dwóch cytatów :)
Zatem ja podam swoją prywatną definicję ateisty: „ateista to człowiek, który wierzy, iż bóg/bogowie nie istnieje / nie istnieją”.
Szanuję ateistów i ateizm, szczególnie takich jak ty, którzy potrafią napisać o swojej (w mojej terminologii) wierze bez jeżdżenia po wyznawcach klasycznych religii i wyciągania spraw mocherowo-radyjnych.
Ciekawie ma się historia z Wielkim twierdzeniem Fermata. Pokrótce, w XVII w. pewien matematyk zapisał na marginesie twierdzenie bez dowodu. Okazywało się ono zawsze prawdziwe i było używane pomimo tego, iż do roku pańskiego 1994 nikt nie zdołał go udowodnić! Aha, dowód ten zajmuje 200 stron A4 i nie jest przeprowadzony w matematyce klasycznej – do dziś szuka się dowodu klasycznego.
Od razu zaznaczam, że nie mam zamiaru krytykować ani podważać Twojej (nie)wiary. Napisałem tylko moje spostrzeżenia. W razie ewentualnej dyskusji nt. religijne, nie będę brał w niej udziału, bo tak samo jak ja nie potrafię wykazać istnienia Boga, tak nikt dotychczas nie udowodnił, że On nie istnieje.
Pozdrawiam życząc większej ilości takich tekstów!
i o to chodzi w ateizmie.
ateista nie wierzy, iż bóg nie istnieje.
roztropny ateista po prostu nie rozważa idei boga, jako niesprawdzalnej. ani wierzy, ani nie. rozumiesz?
samo słowo wiara nie funkcjonuje względem ateizmu
(nigdy się nie spodziewałem, że będę o ateizmie pisał na RL:) ).
medialnie i popularnie termin ‘ateista’ jest celowo rozciągany,
albo stosowany wymiennie z innymi, nie mającymi z nim wiele wspólnego.
pozdr.
A czym się różni poganin od ateisty:)?
najkrócej mówiąc – poganin ma dwa znaczenia:
1. wyznawca innej, niż przyjęta w danym środowisku geo – kulturowym, religii (np. dla Rzymian Chrześcijanie byli poganami, dla Egipcjan – Żydzi itd.).
2. definicja bardziej odpowiednia – poganin, to wyznawca innych, niż monoteistyczne, religii, zwykle bądź politeistycznych (wiara w wielu bogów – uznawana za pogańską od czasu ekspansji Judaizmu, Chrześcijaństwa i Islamu), bądź animalistycznych (dawne wierzenia chociażby Egipcjan).
czyli poganin wierzy, tyle, że w coś innego, a ateista nie wierzy, bo odrzuca czynnik wiary i boskości, jako niesprawdzalny. nie można zakwestionować czegoś, czego nie ma. jeśli czegoś nie ma, nie da się na tym wykonać żadnego zabiegu, a już na pewno nie logicznego – stąd nie można zanegować istnienia boga, póki ktoś nie poda jakiejkolwiek wymiernej i sprawdzalnej przesłanki, żeby w ogóle taką ewentualność rozważać.
Czyli ateista to człowiek, który wierzy tylko w materię, a nie w ducha, w to co jest doczesne, nie przyjmując (pojmując) możliwości istnienia rzeczy pozamaterialnych (w sensie: nie składających się z materii)?
po pierwsze – cudowną cechą ateizmu, w odróżnieniu od wszystkich wyznań parareligijnych jest to, że nie ma uniwersalnej definicji. nie ma dogmatu, w co wierzy ateista (znów słowo ‘wiara’)… dlatego mogę mówić tylko za siebie, jako przedstawiciela tejże grupy ;).
w moim przypadku ateizm bardzo silnie przeplata się z (UWAGA! trudne słowo) transcendentalizmem. główną ideą tegoż jest, że człowiek jest pewien tego, czego sam w życiu doświadczył, bądź do czego sam doszedł (nie, nie kopiuję Wikipedii – ja ją piszę ;)) ). jeśli nie mogę czegoś sprawdzić, i nie ma żadnych szans, że kiedyś to ulegnie zmianie, nie przyjmuję istnienia takiego tworu. nie rozważam jego prawdopodobieństwa, bo niesprawdzalność powoduje, że myślę o niczym. w przypadku materii wciąż posuwamy się naprzód, albo w zasadzie w tył. coraz lepiej poznajemy moment możliwego początku. żeby dowiedzieć się, czy rzeczywiście idziemy w dobrą stronę, trzeba jeszcze setek lat. jednak gdzieś idziemy. jeśli okaże się, że gdzieś źle skręciliśmy, może będzie już na tyle rozwinięta nauka, że nie będziemy musieli wracać do początku, ale tylko do felernego skrętu. jeśli nie, zaczniemy od początku, ponieważ możliwość pozyskania wiedzy nie pozwoli ludzkości stać w miejscu. niemożliwość uzasadnienia boskości powoduje z kolei, że każdy racjonalnie myślący, kwestionujący i racjonalizujący umysł ją odrzuci. nie ma innej możliwości.
nie zakładam istnienia samej materii, bo ta musiała skądś się wziąć. nie wierzę jednak w stwórcę, a raczej w teorię prostej, która nie ma początku, ale jest zapętloną sekwencją zdarzeń. coś poza materią istnieje, bardziej podstawowa jednostka, jeszcze przez nas niepoznana i być może zostanie niepoznana. przed tą jednostką inna, itd.
nie wiem, czy celowo deprecjonujesz ateizm zabiegami stylistycznymi, czy to tylko nieświadome użycie, ale jako językoznawca, przyczepię się słowa ‘pojmując’, które, użyte wraz z niemożnością, ma typowo negatywne konotacje. tu nie chodzi o jakieś ograniczenie ateistów, którzy nie mogą ‘pojąć’, że coś istnieje. ograniczenie powinno, a w zasadzie musi zawierać się w samym terminie, żeby ten w ogóle mógł być rozpatrywany, jako ‘pojmowalny’. innymi słowy – w zasadzie ‘pojąć’ można coś, co jest wymierne. nie ważne, jak obszerne, ale w którymś momencie skończone. bóg jest nieskończonym pojęciem, niczym nie ograniczonym. z zasady logiczno – semantycznej zatem nikt nie jest w stanie ‘pojąć’ istnienia boga – ani wierzący, ani niewierzący.
Ja także jako językoznawca zapewniam Cię, że nie mam zamiaru nikogo deprecjonować;)
Pytam z czystej ciekawości.
Bo, jeśli miałbym streścić to, co napisałeś, to najogólniej bym to zrobił następująco:
ateista nie wierzy w coś, czego nie może doświadczyć, w coś, co wykracza poza jego sferę duchowo-umysłową (nie jest to przymiotnik deprecjonujący), w coś, co nie ma potwierdzenia w materii.
Ale puentując, możemy zgodzić się co do jednego – człowiek ma wolna wolę i niech ją wykorzystuje jak uważa, za słuszne;)
oczywiście.
w napisanej przeze mnie krótkiej definicji transcendentalizmu na potrzeby Wikipedii, umieściłem zdanie: „(transcendentalizm) Podkreśla autonomiczność każdego człowieka w dochodzeniu do prawd moralnych, duchowych oraz społecznych.” – trzeba zgodzić się z twierdzeniem, że nie ma jednej, uniwersalnej wersji moralności. ma ona uniwersalne filary, a właściwie negacje, na których się opiera, ale szczegóły (a, jak wiadomo, diabeł tkwi w szczegółach ;) ) dopisujemy sobie sami na podstawie różnych norm. stąd człowiek ma wolną wolę, szczególnie, jeśli chodzi o normy moralne i dopóki jego normy moralne i wolności nie naruszają wolności innych (ech, te warunki), niech je wykorzystuje, jak uważa za słuszne.
Cały tekst mocno osobisty. Nie uważam że to źle, chociaż pierwsze 5 akapitów m. in. o tym co woli twoje rodzeństwo i jakie meble z pokoju wyniosła ci mama, szczerze mówiąc, nie obchodziło mnie. Chyba lepiej by było zostawić to dla siebie, ew. napisać autobiografie, a nie wrzucać do tekstu który tematyką średnio pasuje do takich zwierzeń. Natomiast dalsza część tekstu już lepsza. Szczególnie porównania z wiarą(głównie katolicką) oraz 5 „przykazów” przypadło mi do gustu.
Jak dla mnie tekst genialny. Z niecierpliwością czekam na Twoje następne wpisy!
Świetnie umiesz wyrazić swoją opinie, napisać fajny tekst… szanuje ateistów, ale sie zastanawiam czy oni naprawde myślą że tak skomplikowany mechanizm ludzki i ogólnie świata powstał sam z siebie. Wystarczy przeanalizwoac to, jak funckonuje ciało, każda jego część.. czy nasze potrzeby ehh długo tu tłumaczyc, ale rozumiem twoje zdanie i wiem ze nie zmienic swoich przekonan i naprawde szanuje to i nie chce z toba wchodzic w glebsze dyskusje.
Aczkolwiek ja nie trakuje futbolu jako religie. Futbol traktuje jako rozrywke, lubie oglądać mecze czytać co sie dzieje w futbolu. No i rzecz jasna kocham United.
tak, tak myślimy, bo mamy ku temu sprawdzalne podstawy. nauka ma dowody na to, że życie i organizmy żywe, rozwijają się. nauka pracuje też (chociażby w CERNie) nad tym, żeby określić, jak powstała materia, i zapewne nawet za życia naszych prawnuków do tego nie dojdziemy, ale robimy jeden krok na setki lat. w przypadku boga nie robimy żadnych kroków, bo jedynym argumentem, że bóg jest, jest to, że bóg jest. jedyny ruch, jaki robią więc wierni, to tupanie nóżką w miejscu.
Każdy z nas ma swoje poglądy… Ja wierzę w Boga, mimo że wielu moich znajomych olewa wiarę z góry na dół i próbuje mi wmówić, że Go nie ma. Np. modlitwa naprawdę mi pomaga, nie potrafię tego wyjaśnić, ale często skutkuje…
Niektórzy mają słabość do alko, narkotyków czy też komputera. Ja jestem uzależniony od piłki nożnej. 3x treningi w tygodniu + mecze w niedzielę, a pomiędzy tymi zajęciami pykanie na dworze… To jak narkotyk, nie wyobrażam sobie życia bez tego sportu. Osoby, które nie obcują z piłką nożną nie wiedzą, co tracą. :)
czyli nei wierzysz w to czego nie doświadczasz? jesli nie poczułeś smaku nowej zauwżmy czekolady to w niego nie wierzysz pomimo że ta czekolada istnieje? :lol: tak samo nie wierzysz w Boga, bo według twojej teorii wnioskuje że nie doświadczyłeś tej wiary? A może ci po prostu łatwiej nie wierzyć? Niektórzy przestają wierzyć, aby było im łatwiej w przypadku popełniania ciężko łatwych grzechów w skutek czego nie czują, albo starająsięnie czuć, wyrzutów sumienia.
Bardzo nie lubie konwersacji z ateistami, wiec jak chcesz to odpowiedz na mego posta jak nie to nie, ja już nie zamierzam. Wierz w to że nic nie ma, żebyś sie nie obudził jak ci śmierć w oczy zajrzy.
śmierć mi w oczy zajrzała poważnie już dwa razy i jakoś ani razu nie modliłem się o łaski, więc „jak trwoga to do boga” u mnie nie działa. raz nawet poczułem jej oddech na ramieniu i życie przeleciało mi przed oczami. mimo wszystko – zawsze wierzyłem w umysł/człowieka/siebie, a nie w coś tam coś tam. bo bóg to właśnie takie coś tam coś tam, nikt tak naprawdę nie wie, co.
łatwiej mi nie wierzyć? zdecydowanie jest odwrotnie – Tobie łatwiej wierzyć – nawet wysocy dostojnicy katoliccy przyznają, że wiara jako taka ułatwia życie, bo a) daje nadzieje, b) pozwala zrzucać winy, c) zawsze daje Ci poczucie, że nie jesteś sam, d) w przypadku niesprawiedliwości zawsze możesz liczyć, że jak mnie będą wpierdalać robaki, Ty będziesz miał dziesiątki dziewic w raju, albo będziesz aniołkiem, albo reinkarnujesz się, jako mistrz świata w polo (odnieś do odpowiedniej wiary).
nie dziwi mnie, że nie lubisz dyskusji z ateistami, bo mimo wszystko w którymś momencie w każdym człowieku logika sprawia, że zaczyna wątpić, albo ucieka. większość wierzących nie lubi tej dyskusji. ja nie zamierzam Cię nawracać, oświecać, czy uświadamiać. wyrosłem już z tego. kiedyś nie przepuszczałem możliwości konfrontacji z księżmi, czy zagorzałymi wiernymi. teraz z tego wyrosłem. dopóki oni nie ingerują w mój system wartości, ja nie czepiam się ich/waszego.
nie – wiem, że czekolada istnieje, a jeśli nie wiem, to mogę to sprawdzić. nie mogę sprawdzić, czy jest bóg i nikt nie może tego sprawdzić. wiara sama w sobie zawiera element niesprawdzalności, bo jeśli czegoś się doświadczy/sprawdzi, to się w to nie wierzy, tylko się to wie. nie wnioskujesz tego z mojej teorii, tylko ze swoich domyśleń i pokrętnej logiki.
Oficjalnie mam wierzyć w Boga, bo jeżeli nie to zostanę pouczony przez społeczeństwo (w taki czy inny sposób), które jest większością [i które w tego Boga oczywiście wierzy]. Gdybym urodził się w Azji pewnie wierzyłbym w jakiegoś Buddę, bo wierzy w niego większość. Bóg daje nadzieję, że jest coś poza tym życiem, coś lepszego. Swoją drogą też zależy – słynny cytat Carlina, który chyba nigdy mi się nie znudzi:
„Religia zdołała przekonać ludzi, że istnieje pewien niewidzialny człowiek! Który żyje w niebie! Obserwuje wszystko co robisz, każdej minuty, każdego dnia! Ma listę 10 rzeczy których nie chce, żebyś robił. A jeśli zrobisz którąkolwiek z nich, to ma specjalne miejsce, pełne ognia, dymu, tortur i katuszy, gdzie ześle cię, żebyś żył i cierpiał, smażył się, płakał i krzyczał przez całą wieczność, aż do końca czasu!!! Ale… on cię kocha!” :)
Jeżeli Bóg istnieje, to nie zna takiego pojęcia jak ‘logika’. Tsunami, trzęsienia ziemi, powodzie, kataklizmy – to wszystko dzieło Boga. Tak, to on zabił już miliony/miliardy ludzi, więc generalnie jest mordercą. Czegoś, co sam stworzył – ciekawe. A więc mamy mu dziękować za to, że dał nam życie niekiedy tylko po to, byśmy cierpieli, przeżywali katastrofy, byli kalekami, mieli ‘piekło na ziemi’ i na koniec odeszli do tzw. ‘raju’. Wiara nazywa się wiarą dlatego, bo nie ma dowodów na jej istnienie (Gdyby jednoznacznie stwierdzono istnienie Boga byłby to już tylko suchy fakt, który wiąże ze sobą warunki do osiągnięcia życia wiecznego – coś czemu moglibyśmy się jasno podporządkować bądź nie. Oczywiście, wtedy cały czar by prysł.).
Nie zaznałem żadnego cudu, jeno ulegam tłumowi który wręcz wymaga wiary w coś, co najprawdopodobniej nie istnieje. Oczywiście wszystko zostaje ‘umocnione’ (ironia)przez Kościół, który wymaga od swych wyznawców interpretacji Biblii na ‘jedyny, słuszny sposób’. Generalnie nigdy w wielu sprawach nie zgodziłem się z poglądami facetów w koloratkach, z poglądami Kościoła. Spowiedź – kto to wymyślił? Jeżeli nie będę miał „czystego serca”, bo nie poużalam się nad sobą, nie wyznam obcemu człowiekowi – którego nigdy nie znałem, znać nie chciałem, ani go ani jego poglądów – to nie będę mógł przyjąć kolejnych, symbolicznych sakramentów które są podporą tej całej otoczki związanej z wyznawaniem miłości ‘czemuś wyższemu’? Ja tego nie kupuję. A żeby było śmieszniej, to gdyby okazało się, że Bóg nie istnieje większość ludzkości stałaby się najnormalniejszymi idiotami, chcącymi posiadać ‘nadzieję’, która w konsekwencji surowo nas zawiedzie. Mam wolną wolę i z niej korzystam. Jednocześnie uważam jednak że większość ludzi wierzy, bo nie chce być ‘inna’ wobec społeczeństwa. Może i wierzyłbym bardziej, gdyby ‘instytucja’, która poniekąd za umacnianie mojej wiary odpowiada, mnie od niej… odpycha.
Jeszcze cytat:
@benfa:
Przez parę miliardów lat akurat wierzę w to, że organizmy mogą się rozwinąć same z siebie. Mieliśmy wystarczająco dużo czasu, by stać się takimi istotami, jakimi jesteśmy dzisiaj. A za następne parę miliardów lat będą się z nas pewnie śmiać, nazywać neandertalczykami – bo ludzkość ZNOWU ewoluuje. Jaka w tym rola Boga? Bo z góry czuwa nad tym wszystkim, jak w grze komputerowej? Nie mam dowodów.
Pozdrawiam.
co jest kolejnym przykładem na to, że to wierzącym/wiernym jest łatwiej, bo odrzucając wiarę, automatycznie wychylasz się z tłumu i najczęściej skazujesz się na społeczne potępienie/odrzucenie.
na to też jest pojęcie – antyklerykalizm. wierzysz w boga, ale nie zgadzasz się na ‘uinstytucjonalnienie’ zarówno jego jak i Twojej wiary. antyklerykalizm sprzeciwia się idei budowania instytucji ludzkich wokół idei boga, lub też odrzuca te instytucje. często opinia publiczna myli ateizm z antyklerykalizmem, bo ateiści zwykle bywają antyklerykałami. jednak nie ma sprzężenia zwrotnego – antyklerykał nie musi (i najczęściej nie jest) ateistą. z tego, co piszesz wynika, że jesteś antyklerykałem. to dobrze. w moim odczuciu to bardzo słuszna postawa. najlepsza z możliwych do wyboru dla ludzi wierzących – wiara ‘po swojemu’.
Jak dla mnie tekst jest wyświechtany. Autor powtarza utarte schematy. Cóż za wielkie i epokowe odkrycie: futbol to religia. Żałosne. Podobno na Redlogu miały dobre teksty, a portal miał podnosić poziom. ten artykuł pokazuje coś innego. Mam nadzieję, że autor następne teksty poprawi pod względem jakości.
Co mnie obchodzi, że twój starszy brat wolał kosza, a inny futbol. Pisałeś pamiętnik, czy poważny artykuł? Zastanów się następnym razem.
Lepszy był artykuł (nie pamiętam autora) o Perezie.
Sugerowałbym nie pozabijanie się w imię chrześcijańskiej lub ateistycznej krucjaty :) W sobotę gramy mecz z Hull i chciałbym z kimś żywym pogadać na czacie ;]
A co do piłki – religii. Dziwne, ale w zimie spadł śnieg. Co dziwniejsze, wobec sławetnego globalnego ocieplenia, ciągle się nie stopił. Ergo grać obecnie nie mam jak :(
Moożna pójść na halę (w miarę możliwości rzecz jasna… :)). Drugą opcją jest wzięcie łopaty do ręki, odśnieżenie kwadrata 3×3 m i żonglereczka. :P Tęsknię za graniem na powietrzu, ale… już niedługo!! :P
Cieszę się, że miałem okazję przeczytać tą wypowiedź. Widzę, że są na tym świecie ludzie tacy, jak ja, którzy futbol cenią ponad wszystko, a za Manchester United daliby się pokroić:) Dobrze, że został poruszony problem miejsca piłki nożnej w naszym życiu. Niestety w ostatnim czasie kilka razy spotkałem się z negatywnym podejściem to wyrażonego w artykule sposobie rozumowania. Kilkakrotnie słyszałem, że moje podejście do tego sportu jest przesadzone, że za bardzo się angażuję w kibicowanie i w ogóle, że piłka nie jest w życiu najważniejsza. Boli mnie to, że ludzie nie potrafią zrozumieć, że pasją, jaką jest futbol może komuś wypełniać prawie całe życie. Może to tak wygląda, może nie powinniśmy się skupiać na tym wszystkim aż tak bardzo. Dla mnie jednak życie futbolem to rzecz naturalna i naprawdę nie wyobrażam sobie świata bez tego sportu. Nawet jeśli są ludzie, którzy śmieją się z mojej postawy, to wiem, że po prostu nie potrafią zrozumieć tego, że dla kogoś sport, czy klub może być religią. Wielki szacun dla autora tekstu i obym spotykał jeszcze wielu takich ludzi, jak Ty:)
To jest piekny tekst,ktory daje duzo do myslenia. Piekna modlitwa czytam ja prawie co dziennie.Naprawde wielki i ogromny szacun:-)
1.Szanuj grę – celowe zagranie ręką etc. tylko przynosi wstyd. Znakomicie zDISGUISE’owany przytyk do Scholesa, brawo za odwagę. (z Polską na 3:0, w finale z Zenitem znakomita próba, i blok niczym w siatkówce na Craven Cotage). Pamięta ktoś jakieś inne ‘ręce’ Paula, hmmm? ;)