Mecz marzeń na Stamford Bridge
Sprawa awansu do półfinału Ligi Mistrzów wydawała się prosta. Zwycięstwo Chelsea 3:1 na Anfield Road miało być gwarancją pewnego awansu podopiecznych Guusa Hiddinka. Jednak po raz kolejny The Reds pokazali, że dla nich niemożliwe nie istnieje i o mały włos, a to oni zagraliby z Barceloną. Tak się jednak nie stało – po pasjonującym widowisku, zakończonym remisem 4:4, dalej gra Chelsea.
Przeczucie już przed pierwszym gwizdkiem sędziego podpowiadało mi, że na Stamford Bridge stanie się coś niedobrego dla The Blues. Rosło ono wraz z moim pulsem przez kilka pierwszych minut spotkania. Od samego początku Liverpool narzucił Chelsea swoją grę. Plan geniusza strategii Rafy Beniteza okazał się nad wyraz prosty – miałem wrażenie, że jego podopieczni grają to, co Chelsea na Anfield tydzień temu, czyli pressing i swobodne rozgrywanie piłki (Steven Gerrard na trybunach – jego obowiązki wziął na swoje barki Xabi Alonso). Chelsea nie istniała. Drużyna, która przed sześcioma dniami zagrała jedno z najlepszych spotkań w sezonie, imponując w każdym elemencie gry (no, może poza obroną), całkowicie oddała pole gry, zaś grę w ataku ograniczyła do dalekich przerzutów i stałych fragmentów gry. Nieszczęście wisiało w powietrzu.
Ale czy ktoś mógł przypuszczać, że urzeczywistni się w tak kuriozalny sposób? Fabio Aurelio to niezły spryciarz, ale decyzja o strzale na bramkę z czterdziestu metrów po ziemi była nie tyle szalona, co po prostu inteligentna. Sprawę zawalił Petr Cech, który nie dość, że źle ustawił stanowiącego mur Florenta Maloudę (Francuz nie zasłonił krótkiego słupka), to jeszcze sam dość nieporadnie próbował interweniować. Skończyło się na wyciąganiu piłki z siatki.
Liverpoolowi wciąż było mało, wszak do awansu potrzebował jeszcze dwóch goli. I znów pomocny okazał się stały fragment gry. Tym razem Aurelio zdecydował się na wrzutkę, a bohater z Anfield Branislav Ivanović (swoją drogą, czy Chelsea sprowadzając go, nie myślała o „drugim Vidiciu”?) zupełnie niepotrzebnie zapaśniczym chwytem sprowadził do parteru Xabiego Alonso. Nawet jeśli piłka leciała w stronę Hiszpana, to czy Serb, który imponował grą głową, nie potrafiłby futbolówki po prostu wybić? Decyzja sędziego Luisa Mediny Cantalejo mogła być tylko jedna. Jedenastka. Petr Cech nie jest ekspertem od karnych, to fakt. Do piłki podszedł faulowany w tej akcji Alonso i pewnie umieścił piłkę w siatce. 0:2, to już nie są żarty.
Guus Hiddink zareagował natychmiastowo. Zdjął z boiska bezużytecznego, pałętającego się gdzieś po prawym skrzydle Salomona Kalou i wprowadził Nicolasa Anelkę. Jak ważny i trafny był to manewr, okazało się po przerwie. The Blues przetrwali do końca pierwszej połowy z dwubramkową stratą. Perspektywa drugich czterdziestu pięciu minut nie rysowała się w różowych barwach. Nie dlatego, że przestałem wierzyć, ale dlatego, że Chelsea grała futbol nijaki, do którego nawet trudno dobrać słowa. Nic im nie wychodziło, zaserwowali publiczności na Stamford Bridge piłkarskiego gniota. Dla nich gwizdek na przerwę sędziego Cantalejo był jak ułaskawienie po wydaniu wyroku. Tymczasem rozjuszeni i żądni trzeciej bramki zawodnicy Liverpoolu schodzili do szatni w bardzo optymistycznych nastrojach. Nikt nie mógł wówczas przypuszczać, co wydarzy się w drugiej połowie. Zastanawiałem się, czy Hiddink zna metodę suszarki. Byłaby bardzo przydatna.
Nie wiem, co ten Midas współczesnego futbolu, który każdą prowadzoną przez siebie drużynę doprowadza do sukcesów, powiedział swoim zawodnikom podczas przerwy, ale to coś podziałało. Nie wziąłem jednak pod uwagę ważniejszego czynnika. Nazwę go „syndromem Riise”. Pamiętacie zeszłoroczny półfinał na Anfield, kiedy w 90 minucie rudowłosy Norweg zupełnie bezsensownie trafił do własnej bramki pięknym szczupakiem? Wtedy też oglądaliśmy bezradną i bezpłciową Chelsea. Tym razem, w 51. minucie gry rolę pechowca odegrał Pepe Reina, który nigdy chyba nie zrozumie, co chciał zrobić. Akcję rozpoczął Anelka, który holował piłkę na prawym skrzydle (obok niego biegło dwóch piłkarzy Liverpoolu – żaden z nich mu nie przeszkadzał!), w końcu zagrał równolegle do linii końcowej boiska, futbolówkę trącił Drogba, a dzieło „zwieńczył” Reina. Gdyby tej piłki nie dotykał, sama zatrzymałaby mu się na kolanie. Ale dotknął, tak nieszczęśliwie dla siebie, że gol dla Chelsea stał się faktem. Odrodzenie?
Tak. Sześć minut później Chelsea miała rzut wolny. Do bramki około trzydziestu metrów. Piłkę w stronę bramki kopnął mający młot w nodze Alex, a chwilę potem zatrzepotała ona w siatce. Kto by przypuszczał, że Liverpool, który rozegrał fantastyczną pierwszą połowę i który miał dokończyć egzekucję w drugiej, roztrwoni całą swoją przewagę? Zatroskana mina siedzącego na trybunach SB Stevena Gerrarda stała się jeszcze smutniejsza, kiedy Frank Lampard po odbiorze Ballacka i podaniu Drogby wyprowadził Chelsea na prowadzenie.
Wydawało się, że będzie to happy end dla londyńczyków. Nic bardziej mylnego. Dziesięć minut przed końcem regulaminowych 90 minut na strzał z dobrych dwudziestu kilku metrów zdecydował się Lucas Leiva. Piłka, którą nawet ja bym pewnie wybronił, odbiła się od ręki (przy ciele) Michaela Essiena i zaskoczyła Cecha, który tylko patrzył, jak wtacza się do bramki. Może nie wszystko stracone? Minutę później okazało się, że sprawa awansu jest nadal otwarta. Dośrodkowanie Alberta Riery i główka Dirka Kuyta z trzech metrów. 3:4. Na powtórce widać wyraźnie, jak niski Holender wślizguje się sam jeden w piątkę(!) stojących w polu karnym obrońców Chelsea i wyskakuje tuż przed nosem zszokowanego Ricardo Carvalho. Obrona The Blues potrafi być dziurawa niczym szwajcarski ser, co z pewnością już cieszy Leo Messiego i spółkę.
Finał okazał się szczęśliwy dla Chelsea. W 90 minucie swojego drugiego gola zdobył Frank Lampard (Anelka znakomicie dostrzegł niepilnowanego Lampsa na linii szesnastu metrów, a ten strzałem w długi róg pokonał Reinę) i dopiero wtedy jasne stało się, kto zagra z Barceloną w półfinale Ligi Mistrzów. Mecz na Stamford Bridge stał na niesamowitym, kosmicznym wręcz poziomie. Chelsea przebudziła się w drugiej połowie, trzeba otwarcie przyznać, że nie całkiem sama, a z pomocą Reiny. Liverpool to najwaleczniejsza drużyna ostatnich lat, tego nie trzeba już udowadniać, a ich postawa w Londynie tylko to potwierdza. Nawet bez Stevena Gerrarda i mało widocznego Fernando Torresa postawiła gospodarzom strasznie trudne warunki. Warto zauważyć mankament w ich grze. Fabio Aurelio gra na lewej obronie, choć w defensywie jest kiepski. A to nie pilnuje Lamparda, a to gubi go Anelka – wszystko przy akcjach bramkowych; krótko mówiąc, na lewe skrzydło z nim.
A gospodarze? Didier Drogba, a więc piłkarz, który kilka miesięcy temu zamiast biegać po boisku, siedział na trybunach SB i bardziej niż grą kolegów interesował się tym, co leci na jego iPodzie, teraz znowu tryska energią, walczy do końca, jakby grał ostatni mecz w życiu. Michael Essien klasę pokazał przy strzale Davida N’Goga pod sam koniec spotkania, kiedy to wybił futbolówkę z linii bramkowej rzucając się na nią szczupakiem (inny środkowy pomocnik, taki o rudych włosach, pewnie powstrzymałby ją ręką [Riise? – dop. Red]). Poza tym to płuca drużyny, człowiek od czarnej roboty, który dla Chelsea jest graczem niezbędnym. Bez goli Lamparda The Blues nie byłoby w półfinale. Pod nieobecność Johna Terry’ego pełnił funkcję kapitana i spisał się bez zarzutu. Alexa muszę pochwalić za młot w nodze, a Anelkę za dwie asysty. Mankamentem w grze The Blues, nad którym musi solidnie popracować Hiddink jest obrona. Brak Terry’ego to żadne wytłumaczenie słabej postawy defensorów. Jeśli dwa gole dla The Reds można uznać za niezawinione przez samych defensorów (bramki Aurelio i Lucasa), to jednak Ivanović nie powinien faulować Alonso w tak – wydawałoby się – łatwej do przewidzenia sytuacji. Gol Kuyta na 3:4 to materiał do solidnej analizy. Jak wspomniałem, Messi i spółka już zacierają rączki. Z pierwszego półfinałowego spotkania wykartkował się Ashley Cole. Kto go zastąpi? Pewnie Juliano Beletti, ale to melodia przyszłości…
Ogromny szacunek dla Chelsea za to, że potrafiła wykaraskać się ze stanu 0:2 i szczęśliwie dla siebie rozstrzygnąć losy dwumeczu. Wprawdzie na ani jedną sekundę nie oddała Liverpoolowi miejsca w półfinale, to jednak The Reds byli o krok od nie tyle niespodzianki, co udowodnienia, że niemożliwe nie istnieje. Również im za postawę na Stamford Bridge należą się długie i rzęsiste brawa. Mam nadzieję, że w przyszłym roku, jeśli los znów połączy obydwie drużyny, to tylko w finale.
Autor: Grzegorz Kaczmarczyk
Lubisz ten wpis?
Oceń ten wpis:

(4 głosów, średnia: 4,75 na 5)







Wielkie brawa dla Liverpoolu, bo pokazali, że mają jaja i że nie zamierzają być chłopcami do bicia. I jeszcze większe dla Hiddinka, za to, że pod jego wodzą te odgrzewane kotlety w końcu zaczęły smakować wręcz wybornie. Że Chelsea wreszcie pokazała, że da się. Da się uczynić ze spotkań na linii CFC-LFC piękne widowisko, da się zaskoczyć widza gradem bramek, da się wgnieść go w fotel. Ta część nawet Panu Specjalnemu niespecjalnie się udawała.
Po pierwszym meczu miało być lekko, łatwo i przyjemnie w rewanżu. Było jeszcze lepiej! Powiadają, że to wczesny finał. I zaiste, nie wiem, co musiałoby się wydarzyć w środę 27 maja, żeby pobić wczorajsze emocje.
Cóż, może wtorkowy mecz był lepszy (ba, na pewno był), ale jednak trzeba być kibicem, żeby tak to przeżywać. Po spotkaniu z FC Porto ledwo stałem na nogach, ręce jeszcze trochę mi się trzęsą. Uwielbiam fazę grupową Ligi Mistrzów i myślę, że to o to w tym wszystkim chodzi (dlatego pomysł, żeby te rozgrywki naprawdę stały się ligą kompletnie nietrafiony).
Chelsea miała swoją nerwówkę, my swoją. Teraz jednak i jednych i drugich czeka przeciwnik dużo bardziej wymagający. Jednak mam nadzieję, że pojedynek Chelsea – MU zobaczymy na trzech frontach – FA Cup, LM i liga (niech Liverpool wraca na swoje miejsce). Dwóch trenerów, którzy zdobyli potrójną koronę w finałach trzech najważniejszych rozgrywek w europejskiej piłce. To byłoby piękne i monumentalne wręcz wydarzenie.
Powtórzę się. Meczu nie widziałem, Polska-Ukraina oglądałem, ale rzeczywiście – szacunek jakiś dla LFC się należy, bo na Stamford Bridge strzelić 4 bramki Chelsea, to chyba najstarsi górale nie pamiętają :) I tutaj z ciekawości pytanie do szanownej przedmówczyni, czy pamięta jakiś mecz, gdzie The blues stracili 4 bramki u siebie, bo szukam, szukam i nie pamiętam :)
Aston Villa rok temu w okolicy Boxing Day :). To akurat podpowiedział mi niedawno kolega Jasix :), a potem rozmawialiśmy o tym także z Olą, więc podałaby ten sam mecz.
To ja spieszę odpowiedzieć – Aston Villa 4-4 za Avrama Granta – bodaj styczeń 2008 ;P Aż tak daleko szukać nie trzeba. A co do spotkania z Liverpoolem to wypowiem się jutro :)
powiem uczciwie, że też się zastanawiałam (po meczu z Boltonem) i z odpowiedzią przyszedł mi Jasix za pośrednictwem Wiktora – zeszły sezon, Aston Villa 4:4:)
Dzięki. Nie spodziewałem się, że stosunkowo tak niedawno. Czyli przed LFC byliśmy lepsi pod tym względem :P
Z tą Ligą to masz Wiktor rację- niech Liverpool w końcu wraca na swoje właściwe miejsce.
Dziewiętnaście lat to wystarczająco długi okres;)
4:4.
Ciekawe ile można było się obłowić stawiając na taki wynik trochę pieniędzy:-)
Jedna uwaga do tekstu. Jeśli Kuyt jest „niskim holendrem” – to Ja wysiadam. Facet ma 184cm wzrostu, czyli np. tyle samo co Carvalho.
Ja myślę, że drugie 19 lat to minimum, jakie powinniście czekać :D. Zaostrzcie sobie apetyt, a kiedy my już będziemy mieli ponad 30 tytułów to możecie jeden czy dwa zdobyć :D.
Po opadnięciu emocji mogę wreszcie coś o tym spotkaniu napisać. Przede wszystkim jestem w szoku. Czegoś podobnego od kiedy jestem piłkarskim kibicem nie miałem okazji uświadczyć. Mecz może i wynikiem przypominał 4-4 z Aston Villą czy 4-4 z Tottenhamem Hotspur (pod względem dramatyczności bardziej mecz ze Sp*rsami) jednak stawka spotkania była o wiele wiele większa. Jakość gry może faktycznie nie była na najwyższym poziomie, a bramkarze obniżali poziom widowiska, jednak całe spotkanie było wspaniałą reklamę footballu, angielskiego w szczególności. Mecz był naprawdę wspaniały. Awansowaliśmy. Gdyby to się nam nie udało (a dwa razy było niebezpiecznie blisko) to zakończylibyśmy ten niesamowity wieczór ze strasznym kacem moralnym. To byłaby jednak z najgorszych nocy w życiu każdego kibica Chelsea, myślę, że porównywalna do koszmaru z finału Champions League w zeszłym sezonie.
Na początek trochę złych rzeczy, a tych nie brakowało. Straciliśmy cztery bramki. Siedem w dwóch ostatnich spotkaniach. Jeśli dalej będziemy popełniać takie błędy, z Barceloną nie mamy szans na dobry rezultat. Oni wykorzystają każdą możliwą pomyłkę. Martwi to rozluźnienie w naszych szeregach. Ponownie przy stanie 3-2 i wydawałoby się końcu meczu, my dopuszczamy do straty 2 bramek. Muszę zrugać Ivanovica, który dwie strzelone bramki tydzień temu zastąpił dwoma zawalonymi. Przy faulu na Alonso nie wiem co sobie myślał.
Teraz dobre. Drogba, Anelka, Lampard i nie mam pytań. To trio rozmontowało Liverpool jak się patrzy. Jeśli jeszcze raz ktoś mi napisze, że chce sprzedać Drogbę w lecie to go wyśmieję. Ten człowiek to maszyna. Lamps jak zawsze świetny, Anelka dwie asysty zaliczył.
Szacunek dla Liverpoolu za to jak grał, z jakim nastawieniem wyszedł i jak walczył do ostatniej sekundy. Brak szacunku dla Beniteza, który przybył na Stamford Bridge z przeświadczeniem, że awans jest już niemożliwy. Piłkarze zaskoczyli go swoją postawą. Zaskoczyli go prowadząc 2-0, a kiedy był stan 3-2 dla Chelsea to ściągnął Torresa, tracąc nadzieję na cokolwiek i myśląc już o Premier League.
Duże brawa dla Hiddinka, który naprawił bardzo szybko to co poszło nie tak, wpuszczając Anelkę za Kalou, a w przerwie dając mocny opieprz drużynie, która się odrodziła. Naprawdę żałuję, że po sezonie od nas odejdzie.
Ci co nie widzieli spotkania niech żałują. Takich emocji jeszcze długo nie zaznamy. Mecz z Liverpoolem był doprawdy godny finału
To przedwczesne ściągnięcie Torresa to dla mnie chyba największa zagadka tego spotkania. Jakby mieli grać z Arsenalem za 48 godzin, to jeszcze można by zrozumieć (czy też może raczej przyjąć do wiadomości). Ale w sytuacji, kiedy mecz jest przełożony i mają do niego tydzień czasu? Kiedy jego piłkarze są zmotywowani do zwycięstwa, co udowodnili niedługo później, zdobywając kolejne dwie bramki? Po co zdejmować kluczowego zawodnika? Zawsze mówiłam i tym bardziej podtrzymuję, że Benio zmysł taktyczny zostawił w Valencii. I pomyśleć, że śmiałam się z „super zmian” Granta…:)
Racja – mea culpa.
Tylko zauważ Olu, że Torres został całkowicie wyłączony z gry w tym meczu i poza dwoma niecelnymi strzałami nie pokazał właściwie nic, bo pod nieobecność Gerrarda, Hiddink widocznie skupił się na nie pozwoleniu pograć Torresowi. A prawie natychmiast po jego zejściu padły właśnie dwie bramki, między innymi przez lekkie zaskoczenie i niedostosowanie się obrońców Chelsea. Gdyby w piłce nożnej były zmiany tzw. „lotne”, to Dzieciak pewnie wróciłby na boisko, no ale niestety tak dobrze to nie ma:)
A poza tym, już po spojrzeniu na pierwszy skład było widać, że ten mecz nie jest dla Beniteza żadnym priorytetem. Mam tu oczywiście na myśli Gerrarda na trybunach. Jeśli w meczu z Blackburn znalazł się na ławce, to co niby miało mu się stać na parę godzin przed meczem LM(zwłaszcza, że Benitez przez cały tydzień mówił, że Stevie zagra)? Po prostu, miał to być mecz bez żadnego ryzykowania zdrowiem Stevena, nawet w razie niekorzystnego wyniku, takie spotkanie na „uda się-jesteśmy zajebiści; nie uda się- nic się nie stało” Wyszła z tego trzecia opcja- Nie udało się, ale i tak jesteśmy zajebiści;)
A to ostatnie zdanie napisałaś na poważnie?
Ale, jak wszyscy zobaczyliśmy, udać się mogło. I było ku temu momentami naprawdę blisko. Podejście „szanse mamy małe, więc po co się wysilać?” nie podoba mi się u nikogo, a co dopiero u trenera. W takiej sytuacji po co w ogóle wychodzić na boisko?
I co wobec tego jest dla Beniteza priorytetem? Naprawdę przyjął założenie, że wyeliminowanie Chelsea będzie znacznie trudniejsze, niż odebranie United zwycięstwa w lidze? A jeśli go nie przyjmował, to czy pod koniec maja będzie – w razie czego – w stanie szczerze powiedzieć „kolejny sezon bez trofeów? Spoko!”? Tudzież słynne – pardon – „(W lidze) walczyliśmy jak nigdy, przegraliśmy jak zawsze”?;)
Ostatnie zdanie pół żartem, pół serio, bo Grant zmiany robił fatalne (chociażby ten wspomniany przez Jasixa mecz z Tottenhamem i „Joe Cole, złaź, bo jeszcze mi tu hattricka strzelisz!”:), ale Benitez w tej dziedzinie też mnie nieraz zadziwiał. Negatywnie.
Tfu, miałem na myśli przedostatnie zdanie;)
Owszem, Rafa chyba w końcu zrozumiał, że większa część Merseyside ma gdzieś zwycięstwo w Lidze Mistrzów, jeśli w walce o Ligę odpadamy w połowie sezonu. Do tego nałożył się ten niekorzystny wynik w pierwszym meczu ćwierćfinałowym, no i ta nieszczęsna kontuzja Gerrarda, który w rewanżu nie wyszedł, bo „odczuwał ból i nie chcieliśmy ryzykować, mając w perspektywie ciężki ligowy mecz z Arsenalem” Czyli dość jasno widać, że nastąpiła zmiana Benitezowych priorytetów.
Czy Benitez negatywnie zaskakuje zmianami… Nie, Benitez potrafi czasem zaskoczyć roszadami, ale pozytywnie. U niego złe zmiany są regułą, ja na przykład zdążyłem się już przyzwyczaić, że pierwsza zmiana nie może być przeprowadzona wcześniej niż w 70min, Lucas musi wejść w prawie każdym meczu, Kuyt nie może zejść wcześniej, niezależnie od swojej postawy na boisku, a inne zmiany niż obrońca-obrońca czy napastnik-napastnik, ewentualnie pomocnik-obrońca nie mają prawa mieć miejsca. W meczu z Chelsea wszystko było po tym względem w normie, choć w żadnym wypadku nie tak jak powinno być.
Zacznę od końca, bo w ostatnim akapicie napisałeś generalnie to, o czym sama bym wspomniała, jeśli poprosiłbyś mnie o uargumentowanie zdania, że Benitez zmieniać zawodników nie umie. Tak więc tyle w tym temacie.
Dalej – nie przeczę, że możecie jeszcze wygrać ligę angielską w tym sezonie. Ba, my też możemy. Problem jednak w tym, że zanim Wy wygracie mistrza, United muszą go przegrać. Owszem, szansa jest, i to całkiem spora matematycznie. W praktyce jednak, pamiętasz, kiedy ostatni raz Diabły oddały prowadzenie w końcówce? Jeśli się nie mylę, w sezonie 97/98. Do czego zmierzam – nadzieję na mistrzostwo jest na czym budować, niemniej to trochę tak, jak postawić wszystkie pieniądze na konia, który w wyścigach zawsze okupuje drugą lokatę i liczyć, że ten, który z reguły zwycięża, po drodze złamie nogę. A skoro mówisz, że Benitez z założenia olał sprawę wywalczenia awansu na the Bridge, to… ot, podjął decyzję podchodzącą pod hazard;) Nie mówię, że powinien narażać zdrowie Gerrarda ani nic z tych rzeczy. Zastanawiam się tylko, czy faktycznie jest na tyle pewny swojej pozycji w klubie, żeby w dużej mierze na własne życzenie ryzykować kolejny sezon bez trofeów?
A co do owego przedostatniego zdania, to powiem tak – uważam, że Benitez osiągnął z Valencią znacznie więcej niż z Liverpoolem, mimo, iż z tymi pierwszymi Ligi Mistrzów nigdy nie zdobył. Dlaczego? Bo moim zdaniem ligę hiszpańską jest znacznie trudniej wygrać niż angielską. No chyba, że nazywasz się Barcelona czy Real. Jeśli jednak jesteś tylko mocnym średniakiem (patrząc po europejskich standardach), nigdy ostatnim i niemal nigdy pierwszym, to walczysz o miejsce w tabeli gwarantujące europejskie puchary, nie o tytuł mistrza Hiszpanii. Tak od dawien dawna było, jest i zdaje się, że będzie jeszcze przez wiele lat. Premiership nieraz krytykowano za to, że jest przewidywalna, że co roku te same cztery drużyny walczą o mistrza. Co w takiej sytuacji powiedzieć o Hiszpanii, gdzie drużyny są dwie? Jeśli nikt z dwójki Real-Barcelona nie zdobywa tego tytułu, to z reguły mówi się o wypadku przy pracy tych klubów niż o rozmontowaniu całej ligi przez ten trzeci, który koniec końców zajmuje pierwsze miejsce. Dlatego właśnie fakt, że Benitez zmusił Real i Barcelonę do owego wypadku przy pracy dwa razy w ciągu trzech lat swojej przygody z klubem, jest absolutnie bezcenny. Przykładów można szukać dalej, ale to temat na oddzielną, zupełnie niezwiązaną z artykułem dyskusję. W każdym razie – jestem kibicem Valencii, więc szanuję Beniteza jak mało kto na tym świecie za to, co zrobił dla moich Nietoperzy. Niemniej jednak uważam – w klubie ze stolicy Lewantu był zwyczajnie lepszy, skuteczniejszy, lepiej dopasowany. Może się mylę, nie wiem, ale na chwilę obecną nie umiem znaleźć zbyt wielu argumentów przeciw mojej teorii;) No, poza „…ale przecież wygrał Ligę Mistrzów!”. Tak, w 2005. Biorąc pod uwagę dalsze sukcesy, czy też może ich brak (poza FA Cup rzecz jasna), można przyjąć założenie, że zwyciężył ją z rozpędu po zdobytym z Valencią rok wcześniej dublecie;)
Jeszcze jedno, bo odeszłam od sedna problemu – Jasix słusznie prawi, mówiąc, że sytuacja, w której piłkarze są bardziej zmotywowani do zwycięstwa od swojego trenera, jest co najmniej dziwna, jeśli nie niepokojąca. Oczywiście, że po pierwszym meczu nadzieja na awans Liverpoolu wydawała się płonną. Pokuszę się jednak o stwierdzenie, że jeśli mogła takową być, to tylko dla kibiców, nie dla menedżera! Trener klubu, który wcale nie odstaje poziomem od Chelsea, powinien być zmotywowany, żeby zrobić wszystko, co w jego mocy, by nawet w beznadziejnej sytuacji wywalczyć awans. Luźno zacytuję tutaj Mourinho – jeśli przegrywając 3:0 po pierwszych 45 minutach nie zamierzacie pokusić się o odwrócenie rezultatu, to możecie wcale nie wychodzić na drugą połowę. Z tego, co mówisz, wynika, że Benitez podszedł do rewanżowego spotkania na zasadzie „a zagrajcie se, ale jak wam nie wyjdzie to nieważne, lepiej być myślami przy wtorkowym meczu z Arsenalem niż przy półfinale z Barceloną”. Takie podejście jest niewiele lepsze niż walkower. A skoro do tego dochodzi jeszcze fakt, że piłkarze w tej kwestii się z trenerem nie zgodzili, po pierwszej połowie udowadniając, że wcale nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, a on w pewnym momencie spotkania znowu wcześniej niż zawodnicy założył porażkę, to coś jest nie w porządku. Nie wiem, czy to konflikt interesów, brak ambicji, czy coś jeszcze innego, ale jak walczyć do końca, to wszyscy ramię w ramię, nie zaś piłkarze swoje-trener swoje;)
Hm… Rafa miesiąc temu podpisał pięcioletni kontrakt(ja osobiście uważam, że klub niepotrzebnie związał sobie ręce), kibice stoją za nim murem, w końcu doprosił się wyrzucenia Parry’ego, Liverpool ma największą szansę na wygranie ligi od 2001 roku, ma pełne poparcie ze strony zawodników i w gruncie rzeczy od Hamburgerów także… Co jak co, ja bym się na jego miejscu o swoją posadę nie bał, zwłaszcza że w tym klubie nie wyrzuca się managerów w połowie sezonu. Sezonu, jakby nie patrzeć- całkiem niezłego jak na razie.
Moim zdaniem Benitez paradoksalnie aż za bardzo rozwinął swój zmysł taktyczny i miewa okresy tworzenia z taktyki piłkarskiej takiej… sztuki dla sztuki. Mam tu na myśli np. tegosezonowe mecze z takim przykładowym Stoke City gdzie bawimy się w mozolne budowanie akcji powolnymi podaniami, gdy mówiąc kolokwialnie „grając z takimi ogórkami trzeba zwyczajnie wyjść na boisko i napierdalać, nie patrząc na to, jak oni się ustawiają” W Hiszpanii, gdzie wszyscy starają się atakować może to przynosiło efekt, ale w Anglii przeciwko betoniarzom- nie bardzo. Grając z lepszą drużyną, Rafa często potrafi skutecznie- i tu kolejny kolokwializm- związać przeciwnikowi jajca, co widzieliśmy już w tym sezonie chociażby w ligowych meczach z Chelsea czy MU, czy też na Santiago Bernabeu w LM.
Chyba się trochę zagalopowałaś w tym ostatnim dopisku, ja w sumie wcześniej też. Benitez na pewno nie odpuścił całkowicie meczu i musiał przynajmniej udawać przed piłkarzami, nawet jeśli sam nie wierzył w awans. Tyle że skłonności do ryzyka to on raczej nie posiada i widząc, że awans jest mało prawdopodobny nie wpuścił Gerrarda, a przy wyniku 3-2 zdjął przedwcześnie Torresa(co patrząc z perspektywy czasu wyszło mu na dobre) Tyle.
A że konflikt interesów wystąpił:
„Jeśli poddajesz się po pierwszym meczu półfinałowym, to nie powinieneś grać w piłkę nożną.” Steven Gerrard
„- Nigdy nie zwątpimy, gdyż jesteśmy Liverpoolem. To nasz charakter i droga, którą sobie obraliśmy.” Pepe Reina
„Ta drużyna ma niezwykłą duszę – nieważne, jak wysoko przegrywamy, zawsze walczymy do końca.” Steven Gerrard
No cóż, tu ukochana Benitezowska odpowiednia mentalność dała o sobie znać. A że w Liverpoolu nażelowanych lalusiów, dla których pełne konto bankowe jest najważniejsze(nie jest to żadna aluzja) nie uświadczysz, to pokazali co to znaczy Liverpool FC.