Nie przegap
Strona główna / Zawodnicy / Gol Andersona i viva Ronaldo

Gol Andersona i viva Ronaldo

Gol Andersona i viva Ronaldo
Dwa lata wyczekiwania, zapewnień, że to już niedługo i zakładów o kratę browaru (pozdrawiam moich kolegów, jeśli dobrze pamiętam to było między Zdunem i Padre) właśnie przeżyło swój koniec. Koniec tak nagły, jak piękny. Anderson Luís de Abreu Oliveira, czyli po prostu Anderson na początku trzeciego roku swojej gry dla United zdobył swoją pierwszą, dziewiczą bramkę. Zrobił to w pięknym stylu, ale o tym za chwilę. Ważne jest również to, dzięki komu (dość pośrednio, ale jednak) ten gol mógł zostać strzelony. To Cristiano Ronaldo dos Santos Aveiro, czyli Cristiano Ronaldo (swoją drogą, wie ktoś skąd u nich się biorą te długie nazwiska?).

»Podyskutuj na forum: Anderson
»Podyskutuj na forum: Kto powinien wykonywać rzuty wolne i karne

Anderson przeszedł sam siebie, a do tego całą swoją drużynę i nawet Davida Beckhama, bo ten nie strzelał z lewej nogi. Podszedł do rzutu wolnego (którą to czynność w ciągu ostatnich lat zmonopolizował wspomniany wcześniej nażelowany Portugalczyk) i wprowadził wszystkich w osłupienie wykonując go perfekcyjnie. A nawet lepiej niż to, bo do idealnego wykonania dodał kroplę szczęścia, dzięki której piłka efektownie odbiła się jeszcze od słupka bramki Boca Juniors. A potem dał wyraz swoim muzycznym inspiracjom i uczcił pamięć Króla Popu – Michaela Jacksona nieco parodiując dwa z jego najbardziej znanych ruchów. Zresztą, zobaczcie sami.

Żeby nie być gołosłownym – Anderson naprawdę zrobił to lepiej, niż Beckham za swoich najlepszych czasów. Obejrzałem całą poniższą kompilację i nie znalazłem wykonania rzutu wolnego, które byłoby lepsze od tego, co zaprezentował Anderson. A przynajmniej nie ma tam takiego, które wszyscy jednogłośnie okrzyknęliby bardziej efektownym niż bramka Andersona.

Wszystkich kibiców Czerwonych Diabłów ucieszył debiutancki gol Andersona. Czekali na niego długie dwa lata, od początku oczekując od młodego Brazylijczyka wielkich rzeczy. Jednak środkowy pomocnik z Kraju Kawy nigdy do szczególnie bramkostrzelnych nie należał – w 33 oficjalnych spotkaniach rozegranych w barwach Gremio Porto Alegre strzelił co prawda aż 9 goli, jednak już w Porto jego gra wyglądała inaczej i w 22 spotkaniach do siatki rywali trafiał zaledwie 3 razy. Jednak trzeba przyznać, że nawet przy tej średniej statystyce brak jakiejkolwiek bramki w 76 oficjalnych spotkaniach w barwach United wygląda nieco niepokojąco.

Powodów takiego stanu rzeczy należy zapewne dopatrywać się w składach drużyn, w których nasz „Midfield Magician” miał okazję występować. Za czasów jego gry w Gremio drużyna z Porto Alegre grała w drugiej lidze i dokładnie w momencie, w którym w końcu udało im się dostać do Brasileiro Serie A (także dzięki wysiłkom 17-letniego wówczas Andersona) nasz pomocnik zmienił klub na grające w pierwszej lidze portugalskiej FC Porto. Poziom rozgrywek już nieco inny, europejska pierwsza liga to nie przelewki. Smoki należą jednak do europejskiej czołówki, co udowodniły dwa lata wcześniej zdobywając puchar Ligi Mistrzów. Tutaj dokonania strzeleckie Andersona już były nieco mniejsze.

Potem, jako zaledwie 19-letni chłopak, Anderson trafił na Old Trafford razem z kolegą z ligi (z rywalizującego o mistrzostwo Sportingu Lizbona) Nanim. Obaj mieli być wielkimi objawieniami, na miarę Cristiano Ronaldo albo jeszcze większymi. Spory na temat tego na ile ich kariera na OT jest udana, a na ile nie zostawmy na potem. Ważne, że bohater dzisiejszego tekstu trafił do najlepszej drużyny jednej z najsilniejszych lig świata (tutaj ukłon w stronę jednego kolegi z redakcji Soccerloga, który uparcie twierdzi, że to hiszpańska była i jest najlepsza), gdzie punkty wyszarpuje się przeciwnikom z gardła, a wysokie wygrane nie trafiają się w co drugim spotkaniu. Do tego wokół niego same gwiazdy światowego formatu – Giggs, Rooney, Ronaldo i na tym poprzestańmy, żeby połowy składu nie wymieniać. Trudno błyszczeć w takim towarzystwie. Łatwo też nie jest o bramkę, gdy wszystkie stałe fragmenty gry zostały już dawno zmonopolizowane (pamiętacie ten tekst na szkolnych boiskach „Pierwszy wszystko”?), a bramkostrzelnych zawodników z pewnością nie brakuje.

I tutaj powoli dochodzimy do drugiej, zasadniczej części mojego tekstu. Kilka razy wspominałem już w tekście o Cristiano Ronaldo w kontekście człowieka, który swym samolubnym zwyczajem postanowił zająć się wszystkim – od asystowania, poprzez stałe fragmenty gry, na zostawaniu królem strzelców kończąc. Osoby nieprzychylne Manchesterowi United, a także bezstronni obserwatorzy twierdzą, że United po stracie Portugalczyka nie podniesie się jeszcze przez minimum dwa lata, a czwarte mistrzostwo z rzędu mogą sobie wybić z głowy już w tej chwili. Mówią, że w zespole sir Alexa Fergusona nie ma już człowieka, który mógłby sam pociągnąć grę i byłby motorem napędowym drużyny.

To samo mówili, gdy odchodził Eric Cantona. Dwa lata później Manchester United zdobył The Treble. Podobnie wiele osób wieściło katastrofę, gdy z zespołu sir Alexa Fergusona odszedł jeden z najbardziej bramkostrzelnych zawodników ostatnich lat Ruud van Nistelrooy. Po jego odejściu United zdobyli trzy mistrzostwa kraju z rzędu, Ligę Mistrzów i dokonali kilku innych, mniej lub bardziej spektakularnych, czynów.

Teraz odszedł Ronaldo – człowiek, na którym skupiali się trenerzy, zawodnicy, kibice i dziennikarze, a przede wszystkim on sam. United nie miało innego motoru napędowego, bo zwyczajnie go nie potrzebowało. Dwa silniki w jednej maszynie to o jeden za dużo (choć i to zaczyna się zmieniać, vide napędy hybrydowe), a biorąc pod uwagę zarówno pewnego rodzaju uniwersalność, jak i niespożyte siły Portugalczyka był on postacią wiodącą praktycznie przez cały czas, oddając inicjatywę na pojedyncze mecze.

Odejście Ronaldo, jak odejście każdego zawodnika jego klasy i gwiazdy jego pokroju przyniesie za sobą wiele bardzo pozytywnych skutków. Po pierwsze, dojdzie do pewnego oczyszczenia. Szczególnie wśród kibiców, których opinie na temat Ronaldo były i są podzielone. Teraz nie będzie już problemu z tym, czy Krystynę trzeba kochać czy nienawidzić (pamiętacie taką fajną kampanię reklamową United – „Love/hate”? Chyba jeszcze ani razu w historii sportowego marketingu nie zastosowano reklamy, która korzystałaby z takiego dualizmu). Myślę, że jednego problemu pozbędą się także zawodnicy z szatni – pomimo deklaracji pełnych sympatii względem Portugalczyka z pewnością ciągłe afery z przenosinami, jego zmienność oraz koncentracja całego futbolowego świata na nim była uciążliwa.

Poza tym, Ronaldo zrobił miejsce dla innych. Możemy spodziewać się pojawienia nowego wielkiego objawienia w United, bo jest to klub który zawsze wychowywał wielkich zawodników i wielkie gwiazdy. A kandydatów nie brakuje – Nani, Anderson, Macheda, Welbeck, Gibson, Tosić (choć Serb wciąż walczy chyba z aklimatyzacją) albo nowe nabytki w postaci Obertana czy Valencii, nie wspominając o doświadczonych Anglikach takich jak Rooney czy Owen. Któryś z tych zawodników zapewne zostanie maszyną, która będzie napędzać zespół. Najpewniej rola ta przypadnie Rooneyowi, który już wielokrotnie pokazał, że również stać go na bycie najlepszym zawodnikiem drużyny i jej sercem (a zwłaszcza płucami!).

Wielu zawodników, co pokazał już Gibson podczas Asia Tour i Anderson strzelając bramkę, będzie mogło głębiej odetchnąć i znacznie podnieść swoje umiejętności. Liczę na odrodzenie Naniego, co do którego wciąż nie jestem przekonany, choć życzę mu jak najlepiej w barwach United. Gibson, którego przed poprzednim sezonem zdecydowanie skreślałem coraz częściej pozytywnie mnie zaskakuje. Jego gra na prawym skrzydle podczas azjatyckiego tourne również napawała optymizmem. Pozostali młodzi zawodnicy na pewno także zwietrzyli szansę i będą robić wszystko, by przebojem wedrzeć się do pierwszego składu. Życzę im wszystkim wielu występów i wielu bramek, a także sukcesów odnoszonych z Manchesterem United, który na pewno nie stanie się z dnia na dzień po odejściu Krystyny klubem podwórkowym.

Ronaldo odszedł i należałoby przestać to rozpamiętywać. Jednak wydaje mi się, że dostrzeżenie tych pozytywnych stron odejścia Portugalczyka przyda się wszystkim – zarówno kibicom United, jak i innych drużyn, a także obserwatorom Premiership jako ogółu. Manchester United to nie Cristiano Ronaldo, a o wiele, wiele więcej. I teraz prawdopodobnie przyjdzie nam to „więcej” zobaczyć w zupełnie nowym świetle. Jaśniejszym i bardziej skupionym, a nie w refleksach powstałych po odbiciu od żelu na włosach CRona.

Przewiń na górę strony