Nie przegap
Strona główna / Legendy / Legendy: Viollet i Foulkes – postaci, o których nikt nie zapomni.

Legendy: Viollet i Foulkes – postaci, o których nikt nie zapomni.

Dennis Violet
Dwie niebanalne postaci, które stały się legendami dzięki wspaniałej grze. Jednak jest w nich coś dziwnego – wielu ludzi najpierw poznaje w nich tych nielicznych ocalałych z monachijskiej katastrofy, a dopiero później przegląda profile, dowiaduje się czegoś o nich. Teoretycznie totalnie przeciwstawni – jeden napastnik, drugi obrońca; jeden miał niespełna 300 występów w pierwszym składzie, drugi ma ponad 700; jeden strzelił 179 goli, drugi z kolei tylko 9; jeden wychudzony, drugi zbudowany raczej jak rugbista, niż piłkarz; a w końcu (tak z przymrużeniem oka) jeden się urodził w lecie, drugi w zimie. Ale łączy ich fenomen piłkarski, waleczność, wierność barwom Manchesteru United i to, że obaj są jednymi z najwybitniejszych we wspaniałej historii Czerwonymi Diabłami. Dennis Viollet i Bill Foulkes – czyli postaci, o których nikt nigdy nie zapomni.

Dennis Viollet – maszyna do strzelania goli.

viollet_01.jpgMonachijska katastrofa pochłonęła wiele ofiar i odcisnęła ogromny ślad w pamięci i sercach nie tylko kibiców United, nie tylko Anglików, ale wszystkich, którzy interesowali się piłką nożną. Rodacy z Albionu długo płakali za ludźmi, których ten wypadek pochłonął. Na otarcie łez pozostało kilku świetnych graczy, ale trafniej powiedzieć, że przede wszystkim kilku wspaniałych ludzi, którzy doskonale potrafili kopać piłkę. Wśród tych osób był również Viollet, który miał podnieść klub po tak wielkiej tragedii. I, mówiąc krótko, chyba nikt by tego lepiej nie zrobił.

Dennis urodził się 20 sierpnia 1933r. Już od 16 roku życia był związany z Manchesterem United, a profesjonalistą stał się rok później. Debiutował w spotkaniu z Newcastle w 1953 roku, dokładnie 11 kwietnia na St James’ Park. Chudy i mizerny sprawiał wrażenie bardzo nieszkodliwego piłkarza. Jednakże, jak zwykło się mówić w Anglii, wdzierał się między obrońców z taką łatwością jak „nóż w masło”. Miał on jednak jedną wadę – nie umiał za dobrze grać w powietrzu, dlatego pamiętnym dla niego partnerem w ataku stał się Tommy Taylor (zginął w katastrofie w Monachium), który wykańczał te akcje. Pewne miejsce w składzie Dennis wywalczył sobie w 1953r. Po katastrofie w Monachium Viollet bardzo długo wracał do zdrowia i stracił właściwie cały sezon. W 1958 roku wrócił na finał FA Cup, ale nie był tym samym zawodnikiem. Był cieniem piłkarza sprzed tej tragedii – i fizycznie i psychicznie. United przegrało wtedy z Boltonem 0:2.

Dlaczego więc wcześniej napisałam, że nikt lepiej by nie odbudował United niż Dennis? Dlatego, że po tej tragedii w kolejnym sezonie 1959/60 strzelił on 32 gole w 36 spotkaniach, co do dziś pozostaje rekordem.

„Cieszę się, że jego rekord nadal nie został pobity. To świetny sposób na to, by o nim pamiętać” – Sir Bobby Charlton

Niespodziewanie Viollet został sprzedany przez Sir Matta Busby’ego, który miał już inną koncepcję drużyny, do Stoke City w 1962r. w wieku 28 lat. Tam grał przez 5 sezonów i przeszedł na piłkarską emeryturę do Baltimore Bays w USA. Później grał jeszcze tylko w Witton Albion i zakończył karierę w Linfield.
Viollet nie był jednak angielskim asem w reprezentacji. Rozegrał w niej zaledwie dwa mecze – przegrany z Węgrami i wygrany z Luksemburgiem.

W sumie wywalczył w Manchesterze United niewiele w porównaniu z postacią, którą zaraz przedstawię – zaledwie dwa Mistrzostwa Anglii (1956, 1957). Koszulkę United zakładał 294 razy i strzelił w sumie 179 bramek. Zajmuje ex aequo 4. miejsce w klasyfikacji strzelców wszech czasów, ustępując miejsca Rowley’owi, Lawowi i Charltonowi, a będąc na równi z Bestem.

Viollet niestety nie żył długo. 8 lat temu, w 1999r.,a dokładnie 6 marca., zmarł na złośliwego raka mózgu w Jacksonville na Florydzie. W tamtejszym uniwersytecie zostały ustanowione w 2001 roku rozgrywki piłki nożnej o Puchar Dennisa Violleta – kolejna pamiątka, która nie zniknie po tym wspaniałym piłkarzu.

William Foulkes – ściana nie do przejścia.

FoulkesDrugie pocieszenie, jakie kibice dostali po katastrofie w Monachium, okazało się mieć swoje sedno w osobie Foulkesa – fenomenalnego obrońcy, który jako jeden z nielicznych przeżył najbardziej dramatyczny i najcięższy moment w historii Manchesteru United. Choć odkąd debiutował w 1952r. (przeciwko Liverpoolowi na wyjeździe) pojawiło się bardzo wielu piłkarzy, którzy byli wielcy, to chyba trzeba oddać cesarzowi co cesarskie i uznać, że popularny Bill jest najwybitniejszym obrońcą do pary z Duncanem Edwardsem, jaki kiedykolwiek grał w koszulce United. Jest też jednym z najstarszych żyjących piłkarzy United.

Urodzony 5 stycznia 1932 roku zawodnik bardzo długo łączył pracę z futbolem. Zaczynał karierę w 1950r. w Whiston Boys Club i nadal pracował, bo chyba bał się, że może okazać się niewystarczająco dobry, by się utrzymać z piłki nożnej. Dość późno zrozumiał, że coś jednak w jego grze jest. To „coś” to między innymi umiejętność wykorzystania swoich warunków fizycznych, dzięki którym prawie wszyscy zawodnicy, którzy próbowali się zbliżyć do bramki United, odbijali się od niego jak od ściany. Przez 18 sezonów w United uchodził za obrońcę nie do przejścia. Mało tego – umiał on grać równie niezawodnie w powietrzu, jak i „noga w nogę”. W latach 1957-60 oraz 1963-65 występował w każdym jednym spotkaniu Czerwonych Diabłów. Kiedy zdarzyło się tak, że Foulkes tracił miejsce w składzie na rzecz innego obrońcy, zaczynał trenować jak maszyna. Kilka razy ciężej, niż pozostali zawodnicy, a następnie faktycznie powracał do podstawowej „jedenastki”. Nieprawdopodobna jest ogólna liczba występów, jakie zagrał on na Old Trafford. 688 meczów to po prostu wynik fenomenalny, który sprawia, że Foulkes do dziś zajmuje wysokie 3. miejsce w klasyfikacji najczęściej występujących zawodników – wyprzedzają go tylko Sir Bobby Charlton (759) oraz… Ryan Giggs (aktualnie bodajże ponad 724). Z przymrużeniem oka jak zawsze patrzymy na statystyki bramek – tylko 9 ;-), ale w końcu nie od tego był on na boisku.

Ten, kto pisał kiedykolwiek taki tekst wie, jak trudno jest przedstawić ludziom piłkarza, grającego na pozycji obrońcy. Ani fenomenalnych bramek, ani pięknych rajdów, ani niesamowitych wolnych… Właściwie nic. No może nie zawsze tak jest, ale trudno znaleźć obrońcę, któremu dałoby radę wyliczyć piękne ofensywne akcje, które są w końcu najbardziej widowiskowym elementem sportu tak przez nas kochanego. Sęk w tym, ze choć w karierze Billa tych bramek było mało – zawsze były one ważne. W 1968 w półfinale Pucharu Europy z Realem Madryt strzelił on bardzo ważną bramkę, która zadecydowała o tym, że to Manchester United stał się finalistą tej edycji turnieju (wcześniej wyeliminowali m.in. Górnik Zabrze). Zresztą możecie zobaczyć sami skróty pierwszej i drugiej połowy tego meczu.

Druga bramka, warta tego, by o niej wspomnieć, padła w 1954r. przeciwko Newcastle praktycznie z połowy boiska.

O monachijskiej katastrofie nie wypada jednak nie wspomnieć, mimo że Foulkes przecież ją przeżył. W samolocie, który leciał z Belgradu i musiał zatankować w Monachium, by dolecieć do Anglii, był również Bill. Kiedy maszyna uderzyła w ziemię, Foulkes dostał cios butelką z ginem w tył głowy i stracił przytomność. Gdy się obudził, odpiął szybko pas i biegł przed siebie najdalej, jak tylko mógł. Dopiero później wrócił, by ratować kolegów.

„Wydostałem się stamtąd tak szybko, jak tylko mogłem i biegłem, biegłem, biegłem… Później odwróciłem się i zdałem sobie sprawę, że samolot nie wybuchnie, cofnąłem się. Kiedy biegłem z powrotem mijałem kawałki samolotu i ciała. Roger Byrne cały czas był przypięty do siedzenia, Bobby Charlton leżał na drugim siedzeniu. Widziałem też Violleta. Wtedy pojawił się Harry Gergg i próbowaliśmy zobaczyć, co możemy zrobić, by pomóc chłopakom.”

Kiedy później wszyscy trafili do szpitala, pielęgniarka zaprowadziła ich do pokojów Edwardsa, Berry’ego, Blanchflowera, Violleta, Scanlona, Charltona i Wooda, a następnie powiedziała:

„To wszystko. Wszyscy pozostali nie żyją”.

Bill później wypowiadał się na temat tego, że sam jest wściekły, że piloci w ogóle próbowali startować po raz kolejny samolot. Jak twierdził, wiadomo było, że nic z tego nie wyjdzie.
Po katastrofie i śmierci Byrne’a – Foulkes został kapitanem Manchesteru United.

Za namową Sir Matta Busby’ego zakończył karierę dwa lata później, niż zamierzał – w 1970r. Co ciekawe, Foulkes wystąpił dla reprezentacji Anglii zaledwie raz – w październiku 1954r. przeciwko Irlandii Północnej. Oprócz tego wygrał cztery razy Mistrzostwo Anglii (1955/56, 1956/57, 1964/65, 1966/67) , raz FA Cup (1962/63) oraz Puchar Europy (1967/68), a do tego Tarczę Dobroczynności (1956, 1957, 1963, 1967). Ostatni mecz rozegrał na Old Trafford 16 sierpnia 1969r. przeciwko Southampton, gdzie Manchester przegrał 1:4. Później zajął się karierą trenerską na całym świecie.

Przyznam, że ostatnie historie przedstawiane w felietonach z serii „Legendy” miały sentymentalny, ale gorzki smak. Po raz kolejny trzeba było przełknąć gorycz tej tragedii, która dotknęła kochany przez nas klub. Dwa tygodnie temu była seria o zawodnikach, których katastrofa zabrała, tydzień temu o zawodniku, którego karierę naznaczyła i wielokrotnie zabrała radość z gry w piłkę. Teraz, wspominając o tych ciałach, które wymijał Foulkes gdy chciał ratować pozostałych kolegów, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że to Monachium tkwi w umyśle fanki Manchesteru United, która ma zaledwie 20 lat i nawet z opowieści ojca nie może pamiętać tamtych czasów. Jest to gdzieś zapisane na trwałe w sercu prawdziwego fana. Dlatego nie warto mówić, że „to są smęty i trzeba iść dalej”, bo to kawał historii, który pomaga zrozumieć charakter tego klubu.

Za tydzień jednak miłośnicy nieco weselszych opowieści będą z pewnością zadowoleni, bo za tydzień w serii „Legendy” przedstawię niezwykle „komicznego”, ale wspaniałego piłkarza Manchesteru United Nobby’ego Stilesa.

Przewiń na górę strony