Schizofrenia kibica: będąc sympatykiem United i Barcy jednocześnie

Schizofrenia kibica: będąc sympatykiem United i Barcy jednocześnie
Gdy 6 maja w 93. minucie rewanżowego spotkania na Stamford Bridge Andres Iniesta uderzał piłkę, spełniało się moje dziecięce marzenie. Dzień wcześniej cieszyłem się z awansu Manchesteru United do finału Ligi Mistrzów. Natomiast całą środę byłem pełen niepokoju, a głowie pulsowała myśl: „nie – to byłoby zbyt piękne, by mogło się ziścić”. Po fantastycznym golu Essiena popadłem w przygnębienie, przekonany, że „jest już po frytkach”. A jednak ten ktoś, kto z góry czuwa nad nami, stwierdził, że wynagrodzi mi kilkanaście lat modłów i oczekiwania. Po tym, jak piłka po strzale Iniesty wylądowała w siatce, jeszcze dobrą sekundę gapiłem się w telewizor, by upewnić się, że to na pewno gol. Później była już tylko dzika radość, którą musiało słyszeć wielu moich sąsiadów. Miałem ochotę wykrzyczeć w twarz całemu światu: „No i w końcu mam, ku***, ten swój finał!!!”…

O czym tak tu emocjonalnie bredzę? Ano o tym, że o finale Ligi Mistrzów, w którym United zmierzyliby się z Barcą, marzyłem od bardzo, bardzo dawna. Dlaczego? Z banalnie prostego powodu: bo to moje dwa ukochane kluby! I właśnie o tym, czyli o sympatii do dwóch drużyn, o dylematach dzielenia swojej kibicowskiej lojalności, o tym, jak możliwa jest taka piłkarska poligamia, chciałem Wam dzisiaj napisać. Zanim jednak zacznę, chcę z tego miejsca podziękować tym moim znajomym, którzy po półfinałach zarzucili mnie gradem pytań o to, jak będę przeżywał ten szczególny dla mnie mecz. To właśnie płynące z ich strony uwagi, często mniej lub bardziej humorystyczne, wzbudziły we mnie chęć „wyplucia” z siebie odpowiedzi na te wszystkie pytania. Zaś pomysł samego tekstu zawdzięczam redakcyjnej koleżance Michalinie, która wrzuciła tę jedną potrzebną zapaloną zapałkę do beczki prochu ustawionej wcześniej przez moich znajomych. Dzięki Wam, Panie i Panowie. Życzę miłego oglądania fajerwerków!

Na początek kilka słów o tym, skąd moja sympatia do dwóch drużyn, miast – jak na przyzwoitego fana przystało – do jednej. Gdy jako 7- czy 8-letni brzdąc zaczynałem interesować się futbolem, powody, dla których mogłem lubić lub nie lubić jakąś drużynę, były siłą rzeczy proste i nieskomplikowane. Jeśli podobała mi się gra jakiegoś klubu – zwracałem na niego uwagę i poczynałem darzyć go sympatią. A ekipami, których styl gry najbardziej przypadł mi do gustu były właśnie Manchester i Barcelona. Zabijcie – nie pamiętam, czy któryś z tych klubów był „pierwszy”. Pamiętam tylko, że z „Dumą Katalonii” sympatyzowałem już, gdy w 1992 wygrywała swój pierwszy Puchar Europy. Gdy dwa lata później w finale dostawała srogie lanie od Milanu, byłem już na dobre jej kibicem. Na Manchester zapewne zwróciłem uwagę mniej więcej w tym samym czasie, bo „Czerwone Diabły” były moimi bohaterami już wtedy, gdy w ich szeregach brylowali tacy starzy wyjadacze, jak Steve Bruce, Dennis Irwin, Paul Ince czy Mark Hughes, a Ryan Giggs był zbuntowanym nastolatkiem z niesforną grzywą, który dopiero zaczynał terroryzować obrońców swoimi rajdami. Później sympatia do obu klubów po prostu spokojnie się rozwijała, idąc swoim naturalnym torem.

Finałowy pojedynek między ukochanymi klubami stał się moim idee fix po paru latach kibicowania im. Stopniowo przekonywałem się, że to najważniejsze, najbardziej wyczekiwane starcie pucharowego sezonu w Europie, po prostu rozczarowuje. Może nie tyle dramaturgią, bo tej rzadko brakuje w spotkaniach o tak wielką stawkę. Ale poziomem, widowiskowością, czasem zaciętością – już tak. Mając świadomość tego, o co grają, drużyny podchodzą do meczu asekuracyjnie, czasem bojaźliwie, z nastawieniem żeby „przede wszystkim nie stracić”. I nawet ci, którzy przez cały sezon odważnie szarżowali do przodu, w tym jednym meczu nierzadko wstrzymują konie i ustawiają solidną linię obrony. Nie dziwię się im, ani nie krytykuję – nie chcę się tu wdawać w odwieczną debatę „wynik czy styl”. Natomiast zawsze po cichu marzyłem, by w którymś finale obejrzeć po prostu niezłą jatkę! 3:2, 4:4 i dogrywka, albo chociaż 2:1 i z pięć niewykorzystanych setek po obu stronach. Na przestrzeni paru lat uświadomiłem sobie, że jeśli jakieś drużyny były w stanie stworzyć widowisko na miarę moich oczekiwań, to byłyby to… właśnie Barcelona i Manchester!

Wniosek – gdy już do niego dojrzałem – narzucał się sam. Obie drużyny, odkąd pamiętałem, wyznawały ofensywną filozofię gry i nie bały się atakować. Potwierdzały to ich bezpośrednie starcia, do których dwukrotnie dochodziło w fazach grupowych Ligi Mistrzów: w sezonie 94/95 (2:2 i 0:4 patrząc od strony United) oraz w pamiętnym dla nas sezonie 98/99 (oba mecze zakończone wynikiem 3:3). Co więcej, spotkania jesienią 1998 roku były jednymi z najładniejszych widowisk piłkarskich, jakie zdarzyło mi się kiedykolwiek oglądać. A skoro tak, to miło byłoby obejrzeć to samo, tyle, że w wielkim finale… Powiedzcie, czy dla kibica wykazującego pewne cechy niepoprawnego idealisty (takiego, jak ja), nie jest to kusząca perspektywa? Tak się jednak przez kilkanaście lat składało, że obie drużyny nie mogły na siebie trafić w ogóle w fazie pucharowej, o finale nie wspomniawszy. Zamiast tego, w finale oglądaliśmy różne sytuacje, włącznie z pojedynkiem dwóch włoskich drużyn, które zaprezentowaną nam nudą sprofanowały Old Trafford. Bywały oczywiście niezwykłe pojedynki („Dudek Dance”, i wszystko jasne…), ale były one zdecydowanie wyjątkiem, nie regułą. A ja, w lekkiej frustracji, powtarzałem wszystkim naokoło: „Ach, gdyby tylko United i Barca wpadły na siebie – to byłby finał z prawdziwego zdarzenia…”.

Ci, którzy chcą mi coś wytknąć, mogą w tym momencie powiedzieć, że przecież rok temu te dwa zespoły wreszcie spotkały się w fazie pucharowej, i to wysoko – bo w półfinale. Efekt? Mizerne widowiska i awans rozstrzygnięty jedną (efektowną, ale tylko jedną) bramką. Słusznie, macie rację. Nie tak to miało wyglądać według mojego scenariusza. Niestety nim jeszcze obie drużyny zaczęły rywalizację, wiadomo było, że nie będzie ona wyglądała tak efektownie, jak bym sobie tego życzył. Barcelona przez cały sezon grała mocno w kratkę i śmiem twierdzić, że sam awans do półfinału był sukcesem ponad jej rzeczywistą siłę w tamtym momencie. Trzeba było tylko jednego mocniejszego pchnięcia, żeby chwiejący się kolos na dobre upadł. A ja chciałbym widzieć, jak teamy z Old Trafford i Camp Nou ścierają się, będąc w szczytowej formie. Tak, wiem – wybredny jestem i za dużo stawiam warunków, by to moje marzenie mogło się spełnić…

Ten epizod pokazuje zresztą coś jeszcze – pewien dystans, który staram się zachować do swojego zaangażowania w kibicowanie. W tym tekście wiele jest dość emocjonalnych stwierdzeń, niektóre zahaczają wręcz o pompatyczny ton. Zdaję sobie z tego sprawę. Dlatego zapewne będziecie mieli słuszność, jeśli potraktujecie te moje wynurzenia z rezerwą, trochę tak, jak ja traktuję własne emocje i przemyślenia związane z futbolem. Jeśli coś brzmi zbyt poważnie, można po prostu wziąć to w nawias i przeczytać z lekkim przymrużeniem oka. Tu oczywiście może paść zarzut, że żaden ze mnie kibic, skoro dystansuję się nawet od wspierania swoich ukochanych drużyn. Jeśli ktoś chce mnie uważać za pół-fana, co najwyżej letniego sympatyka tych drużyn – w porządku, ja nie będę miał z tym problemu. To i tak kwestia schodząca na poziom zdefiniowania pewnych pojęć.

Dziś jednym z najczęstszych pytań, które słyszę, gdy ludzie dowiadują się o tym moim rozdwojeniu jaźni, jest: „I potrafisz tak kibicować dwóm drużynom?” Wiem, że większości z Was może się to wydać zaskakujące, bądź przynajmniej nieco dziwne, ale… tak, potrafię. Prawdę mówiąc, nigdy nie miałem z tego powodu jakichś specjalnych rozterek. Nie nachodziły mnie wątpliwości, czy aby wybrawszy dwa ukochane zespoły nie jestem w jakiś sposób nielojalny wobec każdego z nich. Nie wiem, czym jest warunkowany ten element mojego myślenia, ale po prostu nigdy nie miałem wrażenia, jakby posiadanie dwóch ulubionych klubów sprawiało, że każdy z nich uwielbiam mniej, niż powinienem. Koncept to dziwny, zapewne nie do końca zgodny z podstawową arytmetyką, ale… tak to już działa w mojej głowie. Nie pytajcie dlaczego – nie potrafię odpowiedzieć.

Może wynika to z faktu, że w moim podejściu wspieranie jednej drużyny nie wiąże się z niewieścią/pogardą/niechęcią wobec innych klubów. Uwielbiam United, ale nie znaczy to, że automatycznie pałam żądzą mordu na piłkarzach Liverpoolu lub Arsenalu. Wspieram Barcę, a mimo tego nie jest powiedziane, że zawsze i wszędzie będę opluwał godło madryckiego Realu. Tych negatywnych emocji staram się bardzo unikać, bo uważam, że zwyczajnie psują radość z kibicowania i nie służą niczemu dobremu. Zło dla samego zła. A nie o to mi chodzi. Dlatego fakt, że zacząłem kibicować Manchesterowi nie spowodował, że urosła we mnie niechęć do wszystkich jego wielkich rywali – w tym Barcelony. Mogłem więc niejako „niezależnie” rozwinąć sympatię do obu tych ekip, bez wchodzenia w jakiś wielki wewnętrzny konflikt.

Drugim pytaniem, które często następuje chwilę potem, jest: „A czy którejś kibicujesz bardziej?”. I tu z ręką na sercu mogę odpowiedzieć: nie. Po pierwsze, nigdy nie czułem potrzeby rozróżniania między tymi klubami czy też wartościowania mojej sympatii do nich. Po drugie, wydaje mi się, że to właśnie stawianie jednej ekipy ponad drugą byłoby w mojej sytuacji pewnym przejawem braku lojalności. Poza tym – obu zespołom kibicuję z tych samych powodów i mniej więcej tak samo długo. Dlatego zwyczajnie nie widzę powodu, dla którego jeden z nich miałbym lubić bardziej, niż drugi.

Oczywiście w czwartek po rewanżowych półfinałach nie mogło zabraknąć też innego wątku. „To komu będziesz teraz kibicował w finale, cwaniaku?” – z przyjaznym, ironicznym uśmiechem zagadywali znajomi. Niektórzy z nich wiedzieli, jaka padnie odpowiedź, ale ci, którzy nie wiedzieli, znów mogli być zdziwieni. „Nikomu” – za każdym razem stwierdzałem. Bo też istotnie, w finałowym pojedynku nie będę po jednej ze stron. Dlaczego? Bo nie muszę. Kto powiedział, że w każdym meczu trzeba mieć swojego faworyta? W tym jednym przypadku to, kto wygra, a kto przegra, nie ma dla mnie znaczenia. Chcę po prostu cieszyć się tym przeżyciem i obejrzeć świetny mecz. Ktokolwiek wygra, będę szczęśliwy, bo przecież wygra moja ukochana drużyna. Druga, co prawda, będzie schodziła z boiska pokonana, ale cóż – to jest to jedyne ograniczenie mojej radości, którego żadną miarą nie mogę usunąć. Dlatego zwyczajnie się na nim nie skupiam.

Wiem też, że niektórzy mimo wszystko postrzegają takie rozdzielanie sympatii między dwa kluby negatywnie. Słyszałem już różne argumenty, m.in. taki, że kibicowanie więcej niż jednej drużynie jest formą oportunizmu. Jednym nie idzie? Spoko, są przecież jeszcze drudzy, chwilowo przerzucę się na nich. Będę wspierał tych, którzy akurat odnoszą sukcesy, a tymczasowo olewał tych, którzy zbierają baty od mocnych rywali. Cóż – nieprzekonanych do mojej argumentacji pewnie i tak nie przekonam. Mogę tylko zauważyć, że gdy zaczynałem kibicować obu drużynom, nie czyniłem tego z oportunizmu – nie takie rozważania mną wtedy kierowały. Po pierwsze dlatego, że jako mający może z 10 lat brzdąc, nie zwracałem wielkiej uwagi na koncepcję oportunizmu. Po prostu patrzyłem na grę. Po drugie dlatego, że metoda kibicowania polegająca na „leceniu z wiatrem” moim zdaniem zabijałaby część radości z tegoż kibicowania. Gdy „Twoja” drużyna to zawsze ta zwycięska, sukcesy mogą łatwo spowszednieć, a z czasem przestać tak cieszyć. Im dłużej zaś musisz czekać na tę główną wygraną, tym większa radość i satysfakcja z niej płynąca. Dlatego niezależnie od mojej rozdwojonej sympatii, Potrójna Korona United stała się fantastycznym przeżyciem, podobnie, jak zwycięstwo Barcelony w Lidze Mistrzów w 2006 roku, po 14 latach od poprzedniego jej triumfu w tych rozgrywkach (wtedy jeszcze noszących inną nazwę). A skoro to nie oportunizm był swego czasu moim motywem przewodnim w wybieraniu ulubionych drużyn, nie widzę powodu, by teraz wstydzić się tych swoich upodobań tylko dlatego, że ktoś widzi w nich pójście na łatwiznę.

Niezależnie od wszystkiego mogę szczerze powiedzieć, że finał, który za niespełna tydzień zostanie rozegrany w Rzymie, będzie urzeczywistnieniem mojego dziecięcego marzenia. I choć nawet ten mecz – tak przeze mnie wyczekiwany – wcale nie musi spełnić moich wygórowanych oczekiwań, przez te kilka pozostałych do finału dni będę nadal żył tym marzeniem. Gdy czekało się na coś tak długo, nie można tuż przed metą zrezygnować, mówiąc: „Ale to i tak nie wyjdzie”. Przekonał mnie o tym rewanż na Emirates Stadium, gdy United ze sporą lekkością wpakowali „Kanonierom” 3 gole, i przekonała mnie o tym bramka Iniesty, która – zasłużenie czy nie – dała „Dumie Katalonii” awans do finału. W obu drużynach drzemią niesamowite, bezprecedensowo wielkie potencjały ofensywne. Teraz jedynym, co jest potrzebne, aby finałowy pojedynek stał się niezapomnianym spektaklem, jest wola obu stron. Choć bardzo nieśmiało, to jednak gdzieś, w zakamarkach mojej dziwnej mózgownicy kołacze się wiara w to, że nie doznam rozczarowania. Że moje wieczne lamenty o „finale marzeń” między Manchesterem i Barceloną okażą się mieć w sobie ziarno prawdy. A jeśli tak się stanie, to zapamiętajcie, moi drodzy: gdy w czwartkowy poranek wytrzeźwiejecie po piłkarskim upojeniu doznanym poprzedniego wieczora, będziecie wiedzieli – ten mecz zapamiętacie na zawsze…


Oceń ten wpis:
SłabyTaki sobieŚredniDobryBardzo dobry (22 głosów, średnia: 3,73 na 5)
Loading ... Loading ...



Be social
Wykop Gwar Dodaj do zakładek CafeNews



65 komentarzy do “Schizofrenia kibica: będąc sympatykiem United i Barcy jednocześnie”

  1. Kont pisze:

    GLORY GLORY MANCHESTER UNITED GLORY GLORY RED DEVILS

    sam juz odpowiedziales na moje pytanie
    „I potrafisz tak kibicować dwóm drużynom? Wiem, że większości z Was może się to wydać zaskakujące, bądź przynajmniej nieco dziwne, ale… tak, potrafię.”

    ciezkie do zrozumienia, ciężkie

  2. TiJB pisze:

    mnie również nie przekonała takowa argumentacja. dla mnie po prostu jesteś fanem ofensywnej piłki a nie kibicem którejkolwiek z tych dwóch. nie oceniam Cię, po prostu tak wybrałeś jednak ja sam bym tak nie potrafił.

    • Maniak pisze:

      „jesteś fanem ofensywnej piłki…” – o, fajnie to ująłeś. Bardzo trafne stwierdzenie, podoba mi się. Czy to wyklucza możliwość autentycznego kibicowania jakiejś drużynie? Być może, nie wiem. Kwestia indywidualnego podejścia. Ale samo spostrzeżenie jest bardzo eleganckie i dobrze ujmuje moje podejście.

  3. Łukasz pisze:

    przeciesz to wstyd zeby kibic barcelony wypisywal sie na tej stronie!jak mozna kibicowac dwom klubom?to hanba ze jest ktos taki w naszych szeregach!matki tez masz dwie??

    • Maniak pisze:

      Hm… teksty tudzież komentarze Jasixa są np. całkiem do rzeczy. Powinien się zamknąć tylko dlatego, że kibicuje Chelsea? I gdzie tu wolność wypowiedzi?
      Moim zdaniem opinie kibiców innych klubów mogą być tu bardzo wartościowym dodatkiem – czy przy okazji tego tekstu, czy tak w ogóle. Byle by tylko były na poziomie.

      A klub nie jest moją matką :) Dlatego właśnie zaznaczyłem, że mam pewien dystans do kibicowania i jest to dla mnie kwestia życia lub śmierci.

      • Maniak pisze:

        Miało być oczywiście: „… i NIE JEST to dla mnie kwestia życia i śmierci.” Bo tu niechcący na jakiegoś ekstremistę wyszedłem :D

    • NiLok pisze:

      Łukasz: skąd ta napinka? i co to w ogóle ma znaczyć, że kibice rywali nie mogą się wypowiadać na Redlogu? hańbą to jest raczej Twoja wypowiedź.

  4. Airwolf pisze:

    Co w tym ciężkiego do zrozumienia ? Sam kibicuję MU i do tego jeszcze Olympique Marsylia. Aczkolwiek kibicowanie Barcelonie i zarówno Realowi Madryt,np. to rzeczywiście byłoby trochę dziwne :)

  5. NiLok pisze:

    z jednym się całkowicie zgadzam – ciągle odnoszone sukcesy mogą spowszednieć. pamiętam jak rok temu cieszyłem się z wygrania Ligi Mistrzów, choć znaczna część kibiców twierdzi, że najważniejsze w sezonie jest zdobycie mistrzostwa Anglii. ale to triumf w Europie smakował intensywniej i lepiej. w tym roku już wiem, że w przypadku wygranej Manchesteru United, będzie to samo. jakiegoś wielkiego wybuchu radości po remisie z Arsenalem nie miałem, ale, gdy „Czerwone Diabły” pokonają Barcelonę… to będzie radość o wiele większa.

    mogę tylko dodać, że nie oczekuję od obu drużyn super gry, akcji za akcję, wielu bramek. liczy się tylko zwycięstwo Man Utd, a czy to będzie 5:4 czy 1:0 po samobóju Pique, nieistotne. byleby wygrana odniesiona była sprawiedliwie. a po cichu liczę na dawkę emocji, jaką „Czerwone Diabły” zaserwowały swoim kibicom w 1999 roku. nie będę miał nic przeciwko, jeżeli do ostatniej minuty będą nas trzymać w niepewności, by potem sprawić nam ogromną radość, jednocześnie robiąc z naszych emocji i nerwów totalną sieczkę. :)

    Maniak: tylko, co Ty, biedaku, potem zrobisz, jak faktycznie to Twoje marzenie się spełni? ;)

    • Maniak pisze:

      Co zrobię jeśli się spełni? :) Tak do końca nie wiem, może sprokuruję sobie w pokoju jakiś ołtarzyk poświęcony temu spotkaniu – co Ty na to? :D Będę z czcią przechowywał torrenta z całym meczem, powtórki bramek, może zwinę z knajpy kufel po piwie, którego będę tego dnia używał? :P
      Ale wiem na pewno, że będę miał nieziemską satysfakcję z gatunku „a nie mówiłem?!” :)
      Poza tym, wiesz… czekałem kilkanaście lat jeden taki finał, mogę poczekać kolejne lata na powtórkę ;)

  6. flaa pisze:

    Czy spełniło się MOJE dziecięce marzenie???
    Nie wiem. Ale wiem jedno – jeśli mój ukochany United pokona za tydzień Barce w finale, to przez najbliższe lata większość moich znajomych (a chyba 8 na 10) jest fanami FCB, łącznie z moim głupim bratem) będzie patrzyło na mnie z zazdrością. Bo choc każdy z nich wie że dla mnie Manchester to całe życie. Gdy w sezonie 1993/4 zacząłem kibicowac MU nikt z nich sie nie spodziewał nawet ja że ta przygoda, emocje i znakomita frajda bedzie mi tak długo towarzyszyć.
    Pamiętam gdy los sprawił w losowaniu 1/8 LM że MU może trafic na Barce w finale, wszyscy zgodnie orzekliśmy że to musi być TEN finał i ma nadzieję że to będzie TEN niezapomniany final LM w Manchesterem w roli głownej

    Marzyć nikt nam nie zabroni.

  7. Man maniak pisze:

    Ja w to nie wierzę: nie można na równi kibicować dwóch drużyną które grają w tej samej lidze, to jest według mnie niemożliwe. Można z kimś tam sympatyzować, ale kibicuje się zawsze tylko jednemu zespołowi. Nie wyobrażam sobie tego jak można uważać się za kibica Manchesteru United, ogląda finał LM z jego udziałem i… mu nie dopingować:P. Według mnie to bez sensu, no, ale każdy pasjonuje się footballem na własny sposób, ja w każdym razie nie potrafię zrozumieć takiego „kibicowania”.
    A co do meczu?? Wiem, że to niepoprawne, ale moim zdaniem będzie nudny tak samo ja te zeszłoroczne. Mój scenariusz jest taki, że United strzeli najpierw jedną bramkę, a później nic się nie będzie działo bo Barcelona nie będzie miała pomysłu jak się przedostać przez naszą obronę, za to my będziemy sobie spokojnie grali nie ryzykując otwarcia.

  8. Kubuś pisze:

    A takie mam pytanie, bo większość fanów United chciała by w przyszłości wyjechać do Manchesteru starać się o karnet. Gdzie Ty byś wyjechał ?

    Ja mam podobnie jeśli chodzi o reprezentacje Anglii i Protugalii lubię je bardzo, z takich czy innych powodów i jak grali ze sobą to było mi obojętne kto wygra. Jednak uwielbienie do tych drużyn nie jest nawet w 1/4 tak silne jak do Manchesteru, za który oddałbym życie.

    Obstawiam, że nie oddałbyś życia za swoje 2 ukochane drużyny, moim zdaniem, to tak jak z miłością do kobiety tudzież meżczyzny, można mieć wielu bliskich przyjaciół, jednak miłość jest tylko jedna. Jest to w moim odczuciu dopuszczalne tylko jeśli osoby, czy rzeczy, które kochamy nie rywalizują ze sobą.

    Ale rzeczywiście może jest to normalne, jednak nie wydaje mi się, żebyś darzył aż tak wielkim uczuciem oba te zespoły jak kibice, którzy kochają swój klub ponad życie. Napewno jakoś ta siła uczucia się rozkłada.

    • Maniak pisze:

      To zależy, co rozumiesz pod „oddać życie za klub” albo „kochać go nad życie”. Jeśli masz na myśli dosłownie to, że byłbym gotów dać się zabić albo pokiereszować byleby tylko mój klub wygrywał – to oczywiście, że nie zrobiłbym tego. Jak zaznaczyłem w tekście, mimo przywiązania do obu drużyn i emocji związanych z kibicowanie, zachowuję do tego pewien dystans. Podobnież nie wdałbym się w bijatykę po to, żeby „bronić honor klubu”, bo np jakiś tam koleś rzucił obraźliwą uwagę pod adresem mojej drużyny. Wszelkiej przemocy inspirowanej sportem mówię stanowcze i zdecydowanie NIE. Rozumiana dosłownie idea „oddawania życia za klub” w moim mniemaniu stanowi bezsensowny ekstremizm, który przynosi tylko szkodę.

      Natomiast myślę, że na swój sposób daję wyraz swojej sympatii nie tylko w sferze symbolicznej. Piszę na stronach kibiców United – to mój wkład w społeczność fanów i mój sposób na poparcie kibicowania jakąś rzeczywistą działalnością.

      Natomiast co do Twojego pytania – chyba najlepiej potrafię na nie odpowiedzieć biorąc pod uwagę kwestie utylitarne. Ze względu na stadion czy atmosferę podczas spotkań, pewnie wolałbym mieć karnet na Old Trafford. Z kolei ze względu na całe miasto wybrałbym pobyt w Barcelonie i regularne wizyty na Camp Nou :) Ale gdyby taki wybór miał oznaczać postawienie jednej drużyny ponad drugą (w takim najogólniejszym sensie) to po prostu nie wybrałbym żadnej z tych możliwości :)

      • Kubuś pisze:

        Czyli generalnie przez to, że masz 2 drużyny, wybór jednej oznaczałby „zdradę” drugiej :D I zostałbyś w Polsce. :D

        Co do tej atmosfery na Old Trafford to wątpie, żeby takowa istaniała, niestety :-(

  9. Silvan pisze:

    Finał marzeń… cóż wiele już było niesamowicie się zapowiadających finałów a wychodziły z tego mecze które trudno nazwać „widowiskiem”. W tym przypadku również może nie być to uczta dla widzów, a bardziej coś na wzór połfinału z przed roku który pokazał nam że te dwie drużyny wcale nie gwarantują super-ekstra spektaklu.

    United nie może zagrać z Barceloną otwartej piłki, bo z nimi się tak nie da ! – proste… A kto w tym sezonie próbował zostawał boleśnie skarcony i nawet wychodząc do przodu United będzie musiał zabezpieczać tyły żeby nie zostawiać takiego Messiego czy Henry 1 na 1 z Vidiciem czy Ferdinandem. Dlatego Fergie tak żałuje że nie zagra Fletcher, on w defensywie jest genialny i sprawił że prawie nikt nie tęsknił (za bardzo) za kontuzjowanym Hargreavesem. Innymi słowy spodziewam się że boczni obrońcy United nie będą tak aktywni w ofensywie jak to miało miejsce w spotkaniach z Arsenalem, i dla neutralnego widza takiego jak np. autor tego tekstu Rzymski finał może rozczarować. Jednak nie można mieć pretensji do Fergusona o takie ustawienie drużyny aby jak najlepiej wykorzystać swój największy atut w chwili obecnej jakim jest świetna obrona.

    Ciekawie mnie natomiast jedno, jeśli United będzie skutecznie zabijać futbol Barcelony to czy autor tego tekstu z frustracji nie zacznie kibicować z całych sił Dumie Katalonii, a United nie zacznie życzyć porażki ?… bo coś mam takie wrażenie :P

    • Maniak pisze:

      Gdybym wiedział (czego jednak wiedzieć nie mogę – a więc jest to sytuacja czysto hipotetyczna), że Ferguson każe swoim piłkarzom murować się i skupić tylko na defensywie, to rzeczywiście – w tym konkretnym meczu chętniej obejrzałbym zwycięstwo Barcelony. I to chyba nie tyle z frustracji, co… dla zasady :)

      Dlaczego? Bo ja właśnie czekam na kogoś, kto pokaże środkowy palec całej tej współczesnej filozofii futbolu głoszącej, że wygrywać można tylko obroną. Moim zdaniem Ferguson okaże się prawdziwie wielki, jeśli nawet w tak ważnym meczu nie zrezygnuje z filozofii, którą na przestrzeni lat wielokrotnie deklarował: że jego drużyna ma grać ofensywnie.

      Natomiast nie zamierzam oczywiście krytykować United za to, że zagrają dobrze w obronie. Jasne, defensywa jest ich mocną stroną i powinni z niej korzystać. Chodzi tylko o to, żeby ta defensywa nie przesłaniała im wszystkiego innego i nie odbywała się kosztem wszystkich innych elementów gry. O ile nie zaczną robić z tego meczu jakiegoś karykaturalnego widowiska (patrz: gra Chelsea na Camp Nou…), to nie mam nic przeciwko temu, żeby Vida i spółka odwalali na tyłach kawał dobrej roboty :) Zresztą – jeśli MU ma mieć jakiekolwiek szanse na wygraną, będą musieli odwalić kawał dobrej roboty :) Bo inaczej skończą jak Bayern po 45 minutach, z 4 golami w plecy :P

  10. hadaszyszek pisze:

    Według mnie…hmm… ujmę to może tak. A zatem :
    Według mnie kibicujesz jedynie pięknej, ofensywnej piłce w czasach sprzed tych 10-12 lat. Kiedy prawie wszyscy tu byliśmy takimi brzdącami. Ale – gdybyś kibicował TYLKO ofensywnej piłce zmieniałbyś prawdopodobonie kluby jak rękawiczki, co haczyć może i powinno bardzo poważnie o bycie sezonowcem. Co jest dopiero hańbą ;) . Ja coś tak czuję, że wtedy patrzyłeś jeno na piękno gry, ale tak się zagoniłeś w tym ‘pięknie’, że już nie umiałeś zmienić United na np. Chelsea. I bardzo dobrze, przywiązanie gra tu istotną rolę. Ciężko to zrozumieć, ale można to ująć poniekąd tak : „Kibicuję dwóm klubom, bo ładnie grają, ale już tyle lat z nimi trwam, że gdy jedna przestaje i patrzy bardziej na korzyści wyniku, gra słabiej nie zostawię jej i nie zmienię barw klubowych, tylko poczekam na lepsze czasy”. Coś w tym stylu.

    A co do finału marzeń.. nie ukrywam, ja sam wielokrotnie, czy to w Pesie czy w Fifie grałem mecze towarzyskie takowego finału. Po prostu, też chciałem zobaczyć te dwie ekipy. Bo, przyznam szczerze, po cichu sympatyzuję odrobinę z Barceloną. Oczywiście równać się to nie może z miłością mą do United, ale po cichutku.. no i tak się złożyło, że również na taki finał czekałem. Aczkolwiek jestem bardziej realistą i nie oczekuję od Untied, że będą strzelać na równi z Blaugraną, nie oczekuję wyniku 7:7. Bo i nie o to w futbolu chodzi. Mogę widzieć nawet murujące się dwie ekpiy przez 120 minut, ale jedną, jedyną piękną kontrę, po której padnie najpiękniejsza bramka roku. Chociaż może i to zbyt optymistycznie zabrzmi : dajmy na to, najgorsza bramka roku ;) . Ale padnie. W ogóle cieszę się już na myśl samego finału, czekam na wynik, a to, czy gra będzie ładna czy nie to już sprawa drugorzędna. Tym bardziej, że co do tego meczu nie przyjdzie mi być neutralnym.
    Ciężko mi Cię ogólnie zrozumieć i coś wątpię w spełnienie Twego snu w stu procentach. Manchester w tym spotkaniu będzie miał o wiele silniejszą obronę i z tego na pewno będzie chciał skorzystać. Mimo wszystko pozdrawiam, i również liczę na emocje ;) .

    • Maniak pisze:

      A może po prostu jest tak, że ogromnie mi się poszczęściło? Wydaje mi się, że w MU i Barcelonie dużą rolę odgrywa pewna ogólna, przyjęta przez pracowników i otoczenie klubu, filozofia – oczywiście ta związana ze sportowym aspektem. Wiadomo, że w Barcelonie ta ofensywna mentalność jest bardzo mocno wpisana w całe funkcjonowanie drużyny, i wydaje mi się, że dzięki Fergusonowi podobnie jest w Manchesterze. Dlatego MU czy Barca nie grają ofensywnej piłki „sezonowo”, ale starają się ją grać cały czas, do pewnego stopnia niezależnie od zmieniających się okoliczności. Poza tym – po prostu chciałbym, żeby moje przywiązanie miało konkretny powód, a teraz właśnie go ma :)

      Dlatego być może do tej pory po prostu nie zostałem postawiony przed dylematem: czy dalej kibicować mojemu dotąd ukochanemu klubowi mimo tego, że zaczął grać zupełnie inaczej, niż dotychczas, w sposób, który mi się nie podoba. Może ta próba jest przede mną – np. po odejściu Fergusona? Nie wiem. I prawdę mówiąc nie potrafię też powiedzieć, jaka byłaby moja reakcja na taką sytuację.

  11. emmek pisze:

    To niemożliwe kochać dwa kluby jednakowo.. a jeśli tak jest to oznacza że żaden nie jest twoją prawdziwą miłością. Tak samo jest z dziewczynami jeśli kochasz dwie jednakowo to tak naprawdę oznacza że nie kochasz żadnej.. mam nadzieje że zrozumiesz o co mi chodzi.

    A w moim przypadku jest tak, że barcelona jest obok liverpoolu najbardziej znienawidzonym przeze mnie klubem wiec wiadomo że będe kibicował z całej siły dla United. Są oczywiście kluby które lubie, ale tak naprawdę zawsze będę wiedział jakiej drużynie kibicować w meczu United.

  12. hadaszyszek pisze:

    emmek –> Po części się z Tobą zgadzam, po części nie. To nie jest też tak, że muszę kibicować jakiejś drużynie, bo się posram. Nie. Czasem trzeba w pewnych sprawach zachować obiektywizm. Ciężko gościa zrozumieć, fakt. Ja zawsze, nawet na tzw. ‘neutralu’ muszę mieć swojego faworyta (zwykle go wybieram w pierwszym kwadransie, ten kto ładniej i skuteczniej gra :D). Być może nigdy podczas meczu nie zaznał tej ‘prawdziwej miłości’, tej dumy z bycia kibicem jakiejś drużyny. Bo niemożliwe… albo prawie niemożliwym jest, żeby czuł takie coś jednocześnie przy dwóch ekipach. W ogóle jest to bardzo trudny temat… „trudny przypadek” ;) .

    • Queiroz pisze:

      Prawda. Klub kochać można tylko jeden, a sympatię żywić do wielu. Kibicować jednemu, ale być „za” innymi (o ile nie grają z naszą miłością :p) Byłem wczoraj za Szachtarem, bo grał ładniej i w składzie był Lewandinho.

      Z jednej strony podziwiam autora, że to wszystko wytrzymuje, ale zrozumieć- nie zrozumiem! O ile można lubić Real, Inter, Ajax, to kibicować którejś z tych drużyn obok MU, impossible.

      Jeszcze jedno, założe się, że finał bedziesz ogladał z mniejszymi emocjami niż my :) No offence :p

      • Maniak pisze:

        „… założę się, że finał będziesz oglądał z mniejszymi emocjami niż my.”

        Hm… ciekawe spostrzeżenie i chyba jest w nim nieco racji :) Może faktycznie sam finał będę oglądał z nieco mniejszymi emocjami, bo dla mnie największy ładunek emocjonalny niesie sam fakt, że do takiego finału dojdzie :) No – chyba, że obie ekipy spełnią moje oczekiwania i będzie mega spektakl. Wtedy też będzie to dla mnie bardzo emocjonujące, tylko że w inny sposób, niż dla Was. Wy będziecie emocjonować się tym, kto wygra, a ja tym, jak piękny będzie mecz :)

    • Maniak pisze:

      Z jednym się stanowczo nie zgodzę: że nigdy podczas czy po meczu nie byłem dumny z bycia kibicem danej drużyny. Wielokrotnie podczas meczów czy po nich byłem absolutnie dumny ze swojej kibicowskiej tożsamości, czasami nawet wtedy, gdy moja drużyna przegrywała lub nie odnosiła wielkiego sukcesu. I jestem przekonany, że fakt wspierania dwóch zespołów w niczym tej dumy nie umniejszał.

      • Queiroz pisze:

        Co do Twojej pierwszej odpowiedzi- mecz piękny być nie musi, a my i tak będziemy się srali :D Z reszta to roznica ogladac mecz pod kątem widowiska, a pod kątem zwycięstwa :)

        Pozdrawiam

  13. Łukasz pisze:

    dobijaja mnie te wasze komentarze typu „mam podobnie z reprezentacja angli i portugali”,jest roznica miedzy lubieniem jakiejs druzyny a miloscia do niej.ludzie opanujcie sie.kochac klub to znaczy chceci wiedziec o nim jak najwiecje czytac na jego temat strac sie jak najdokladniej znac jego historie,jak mozna robic tak z dwom klubami,moga tak robic tylko ludzie ktorzy lubia manchester ale napewo nie kochaja

    • Kubuś pisze:

      A jeśli ktoś nie potrafi czytać, to znaczy, że nie kocha swojego klubu ?

      Kochanie klubu nie polega na tym, że jeśli jeden fan zna numer buta albo imię psa Darrena Fletchera jest lepszym kibicem.

      To tak samo jakby napisać, jeśli nie wiesz, kiedy był Chrzest Polski, i nie potrafisz wymienić wszystkich Królów Polski, nie jesteś Polakiem, nie kochasz swojego kraju i wypie****** !

      Co ma wiedza teoretyczna do uczucia ?

      Kochanie kogoś nie znaczy, że trzeba o nim wszystko wiedzieć, to trzeba mieć w sercu.

      Jeśli ktoś nie pamięta, kiedy jego rodzice mają urodziny czy to znaczy, że ich nie kocha, a tylko troszkę lubi ?

      A co do Reprezentacji Anglii i Portugalii. Nie opuściłem ich ani jednego meczu od ponad 10 lat, który był transmitowany, podczas meczów z Polską kibicowałem tamtym reprezentacjom. Więc nie wiem czy jest to tylko zwykłe lubienie czy coś więcej, ale zapewne drogi Łukaszu Ty wiesz, co kto czuje.

      • Queiroz pisze:

        To już zboczenie, kibicować przeciwko swojej „repstacji” ;) Ale nie wnikam. Kubuś ma trochę racji z tą wiedzą, ale nie do końca. Siła rzeczy, kochasz klub, interesuje Cię historia, kompilacje, ciekawostki. Nie wyobrażam sobie prawdziwego kibicowania ograniczającego się do wiedzy kim jest SAF i Ronaldo.

    • Maniak pisze:

      No, myślę, że akurat te kryteria „prawdziwego kibica” spełniam :) Dość uważnie śledzę wydarzenia w obu klubach (choćby z tej racji, że sam o nich piszę…), o ważnych elementach ich historii i tradycji także co nieco wiem.
      No i tym wypadku w ogóle nie ma problemu, ile klubów się lubi :) Bo przecież wiedzieć dużo można choćby i o 20 zespołach :)

  14. Oliwia pisze:

    Ja osobiście liczyłam na finał Manchester – Real Madryt, chciałam, żeby im dokopali, a nic taki nie boli jak porażka w finale:P Do Barcelony mam szacunek, ale też nie wiem jak można kochać dwie drużyny. Dobrze, że to są chociaż drużyny z innych lig, możesz się cieszyć z sukcesów obu, bo jakby były w tej samej to dopiero byłoby cięzko. ;)

  15. man.untied1878 pisze:

    widze ze ta strona jest pelna prawidzych kibicow united,3/4 z was to jakies leszcze ktora lubia manchester i polowe druzyn z europy bo pilka jest popularna i nie wypada komus nie kobicowac,ogolnie powiem tylko ze zgadzam sie Łukaszem bo ma racje,a dodam do tego tylko,autor testu jak i ludzi tkorzy go popieraja nie powinni nazywac sie kibicami,bo oni nie wiedza co znaczu to slowo

    • Maniak pisze:

      A co, miano „kibic” jest dla kogoś zastrzeżone? Wybacz – póki co wolno mi tak o sobie mówić i tak właśnie zamierzam się określać.
      A jeśli chcesz się pospierać o znaczenie słowa „kibic”, to zaproponuj jakąś jego definicję, zamiast rzucać zdecydowanymi, acz niczym nie popartymi stwierdzeniami typu: „nie macie prawa nazywać się kibicami”.

      Kibicuję dwóm klubom – nie ma co, to faktycznie „połowa” drużyn z Europy… I robię to od kilkunastu lat, bo „nie wypada inaczej”. Tak jakby ktoś zmuszał mnie do interesowania się futbolem…

    • hadaszyszek pisze:

      W takim razie, Ty nie masz prawa nazywać się Polakiem. Dlaczego? Masz ogromne problemy z interpunkcją i składnią zdań, kolego. Na redlogu to być może są i leszcze, ale to właśnie Ty je promujesz ;) . Ten serwis jest od dyskusji kibiców, przede wszystkim, United, ale także innych klubów. Ogólnie, przyjętych sympatyków futbolu, można się sprzeczać, podawać swoje argumenty, odpowiadać na konwersucjącego, ale nie obrażać. Idziesz na łatwiznę : „3/4 z was się nie zna, ja dużo wiem, wy nic, hahahaha, nie dyskutuje z Wami cioty” i tyle. Zaprawdę, profesjonalne podejście. Rzucać obelgami to i ja umię, ale lepiej pokazać coś więcej. Nie?

  16. krzychu81 pisze:

    Kubuś napisał: „to tak jak z miłością do kobiety tudzież mężczyzny, można mieć wielu bliskich przyjaciół, jednak miłość jest tylko jedna. Jest to w moim odczuciu dopuszczalne tylko jeśli osoby, czy rzeczy, które kochamy nie rywalizują ze sobą.”

    I z tym się absolutnie zgadzam!!! Ja kibicuję trzem klubom: Borussi Dortmund (od 1993 roku), Legii Warszawa (od 1994) i Bohemians 1905 Praga (od 2006). Słowa „miłość” mogę jednak użyć tylko w przypadku – paradoksalnie – tego ostatniego klubu. Myślę, że taka sytuacja jest po części możliwa także dlatego, iż kluby te nie spotykają się ze sobą w europejskich pucharach a jeśli jakimś cudem by się to zdarzyło, to pewnie raz na 50 lat.

    Dlatego też uważam, że kibicowanie zespołom, które należą do czołówki europejskiej i niemal co sezon spotykają się lub mogą się spotkać ze sobą np. w LM, albo gdy są to drużyny z tej samej ligi, jest troszku dziwne… Nie mówiąc już o sytuacji, gdy ktoś sympatyzuje z oboma największym rywalami (np. Inter i AC Milan, LFC i ManU czy Barca i Real) a i o takich dziwakach słyszałem!

    Sporo ludzi, których znam jest kibicem któregoś z polskich klubów a poza tym trzyma kciuki za jakiś europejski zespół (najczęściej angielski, hiszpański lub włoski) a dodatkowo ma kilka innych, których wyniki nie są mu wprawdzie obojętne, ale jednak nie może o sobie powiedzieć, że jest ich kibicem. W ten sposób niektórzy są w stanie uzbierać nawet 7-8 klubów. Nawet jednak w ich przypadku miłość jest TYLKO JEDNA!

    Pozdrawiam!

    P.S. A najbardziej to mnie rozbawiły oba komentarze Łukasza. Brak słów.

  17. hadaszyszek pisze:

    Krzychu –> Sympatyzować to ja mogę nawet z osiemnastoma klubami na raz, byleby tylko ta ‘sympatia’ nie kolidowała z moją miłością do klubu. Bo to już jest przegięcie na całej linii, i tak jak już mówiłem, haczy o bycie sezonowcem, co nie jest miłe dla nikogo. Ani też przystępne… wytrwałość to jedna ze złotych cech w dziesiejszym futbolu, także u kibiców. Ja osobiście nigdy nie będę starał się zakochać w paru klubach. Bo mam ten jeden, jedyny. A to, czy na daną chwilę bardziej lubię Juventus, czy Barcelonę nie ma za wiele do rzeczy, gdy najbardziej uwielbiam patrzeć na trykot z diabełkiem na piersi. Czyż nie?

    PS. Do jasnej cholery, wszystko, tylko nie ManU! Może być ManUtd, MU, Manchester United, Man United, M.United, MUtd, lub Bóg wie co jeszcze, ale nie ManU… proszę :
    http://media.redlog.pl/files/images/thetruth.jpg

    Lub wersja Polska :
    „‘ManU’ nie jest określeniem, jakim nazywają siebie fani United. Jest ono używane tylko przez innych kibiców jako całkowita obraza dla naszego klubu. ‘U’ jest używane przez fanów przeciwnych drużyn w znaczeniu ‘You’ (’ty’). Wczesnym przykładem użycia tego jest przyśpiewka fanów West Brom: ‘Duncan Edwards jest gnojem, gnije w swoim grobie, jesteś gnojem, gnijesz w swoim grobie’. Określenie ‘ManU’ pochodzi z piosenki obrażającej zmarłego Duncana Edwardsa.

    Fani Liverpoolu i Leeds przerobili przyśpiewkę tak, by obrażała wszystkich, którzy zginęli w katastrofie w Monachium. ‘Hej wy (Man U), hej wy, lecieliście samolotem, hej wy, hej wy, nigdy nie wrócicie z powrotem’
    i
    ‘Hej wy, nigdy nie będzie wam dane wrócić do domu’ (jeśli weźmiemy pierwsze litery angielskich słów, otrzymamy słowo MUNICH – Monachium)”

    Również pozdrawiam :) .

    • krzychu81 pisze:

      W takim razie ktoś kto wymyślił nazwę manusite.pl się nie popisał :))

      • hadaszyszek pisze:

        Redaktorzy tłumaczą się swoją niewiedzą. I faktycznie, na przełomie 2004/2005 roku mało kto o tym fakcie wiedział, ze mną na czele. Ale to między innymi redlog zaczął promować to, że nazwa owa nie jest legalnie przyjęta i obraża nasz klub. I chwała im za to. A serwis manusite jak był, gdy redakcja nie wiedziała o tym aspekcie, tak jest i tak czy siak „buisness is buisness”, nikt z tego powodu domeny raczej nie zmieni. :)

  18. scheen pisze:

    man utd – kocham.
    fcb – lubię.

    tyle w tym temacie

  19. smoqu pisze:

    Moje 2 ulubione kluby to Real Madryt i Liverpool (w tej kolejności),

    pozdrawiam Autora :)

  20. Queiroz pisze:

    Btw polecam całkiem ciekawy artykuł ze strony Arsenalu, w jakimś sensie wpisuje się w naszą dyskusję, a nawet jeśli nie, warto przeczytac :)

    http://www.kanonierzy.com/shownews_id-11706_Mondays-SUCKS—-Quo-Vadis-Sezonowcu-.shtml

  21. Lapeno pisze:

    hmm co do kibicowanie dwóm drużynom, to z całym szacunkiem ale jest to troche naciągane… ale to tylko moje zdanie ;)

    oczywiście można sympatyzować z innym druzynami ale żeby kochać dwie… to niemożliwe

    ja United kocham od niepamiętnych czasów ale oczywiście trzymam też za takimi zespołami jak Celtic, Ajax, AC Parma, Hertha i jeszcze AZ Alkmaar ;pp (dobrze że teraz Hertha ciąga w Bundeslidze ale brakuje mi tych czasów gdy Parma biła sie z najlepszymi… Celtic musi zmienic trenera i połowe zawodników bo tam teraz same lale grają, a Ajax? jeszce czas nadejdzie ;p)

    ale i tak… UNITED ponad życie ;)

  22. radzio pisze:

    A ja jestem ciekaw komu kibicujesz bardziej Maniak :>… Tzn za kim będziesz bardziej podczas finału. Bo wątpię abyś był tak idealnie po środeczku… :D

    No i czy radość ze zwycięstwa United (tya jestem optymistą :D) przyćmi smutek z przegranej Barcy (innej opcji nie widzę niż to, że United pokaże kto dzieli i rządzi w Europie).

    • Maniak pisze:

      Za długo czekałem na ten finał, by teraz nie być idealnie po środku :)
      A smutek dopadnie mnie tylko wtedy, gdy finał będzie miernym widowiskiem. Jeśli będzie dobry, będę się cieszył tak czy inaczej, ktokolwiek go wygra :)

      • Silvan pisze:

        ale jeśli United strzeli bramkę po jednej składnej akcji i zacznie murować bramkę to będziesz za Barceloną :D czyli „po środeczku” szlag trafi :D

      • Maniak pisze:

        Hej – ja chcę obejrzeć ładny mecz :) Natomiast nie ja decyduję o tym, jak która drużyna zagra. Nie każę chłopakom Alexa murować swojego pola karnego po strzeleniu na 1:0 :)
        Poza tym, równie dobrze to Barcelona może z jakiegoś powodu zagrać dennie, sennie, bez odpowiedniego kopa do przodu. I wtedy to Barca, a nie United, zepsują mi widowisko.

        Wiem, że bardzo chcielibyście mnie przeciągnąć na którąś ze stron, ale się Wam nie uda ;)

  23. hadaszyszek pisze:

    Jestem Twoim ojcem! Razem przejdźmy na ciemną stronę mocy, a podbijemy świat! ^^

  24. Łukasz pisze:

    kubusiu drogi-nie chodzi mi o to ze jesli „chce” sie kochac klub to:”o teraz jest godzina 17 czas poczytac o moim klubie”,niechodzi o to ale o to ze to sie samo rodzi w kims,sam chcesz chlonąc tą wiedze itp.cecha prawdziwego kibica napewnozla ale kazdy ja ma jest brak obiektywizmu a nie wyobrazam sobie siedziec po nocach czytac o Monachium i ubolewac nad „swoimi”,a potem wejsc na strone swoje drugiego klubo west bromu i czytac przyspiweku na United,albo byc kibicem jednoczesnie barcy i realu i po gran derby,wejsc na strone barcy u mowic jaki ten diarra nie dobry kosil naszego messiego,a potem na realmadrid.pl pisac ze messi sam sobie winnien bo za dlugo trzyma pilke,moze i tak sie da ale to nie jest milosc,to tak samo jakby ktos mowil ze jest chrzescijaninem,ale lubi tez troszke buddyzm od 1996 bo mu sie spodobala figurka buddy na bazarze.moim zdaniem tak sie nie da i jedno wylucza drugie!

  25. Łukasz pisze:

    „Za długo czekałem na ten finał, by teraz nie być idealnie po środku :)
    A smutek dopadnie mnie tylko wtedy, gdy finał będzie miernym widowiskiem. Jeśli będzie dobry, będę się cieszył tak czy inaczej, ktokolwiek go wygra :)”-no dobra mowisz ze sie bedziesz cieszyl nie wazne kto wygra,a jesli bedziesz widzial placzacego scholesa i ronadlo ze az sie tobie lezka bedzie w oku krecil to co ?? powiesz”oj tam moj drugi klub wygral to i tak nie ma co plakac”BEZSENS

    • Maniak pisze:

      Nie. Powiem: „Moje dwa kluby zagrały w finale. Lepiej nie może być.” Nie będę rozpaczał, że jeden z nich przegra, bo ktoś przegrać musi, a nie mogę uświadczyć większego sukcesu moich ulubionych drużyn, niż ten, który przeżywam teraz. Oba zdobyły mistrzostwo kraju, oba zagrają o Puchar Europy. Lepiej już być nie może, więc jeśli nie miałbym się teraz cieszyć, to kiedy?

  26. Łukasz pisze:

    albo podam taki przyklad-ktos sie pyta ciebie
    -jaki jest twoj ukochany klub?
    -Man.United!
    -a z polskich druzyn?

    wiele razy mnie takie cos spotykalo i dobijalo,wogole jak mozna takie podzialy stosowac nie rozumiem!no dobra ale teraz cos z innej beczki KRZYCHU81 a kibicowac LFC i MU naraz to juz jest nie mozliwe,a Spartakowi i Arsenalowi to juz tak?sam sobie zaprzeczasz!to wogole jest jakies dziwne te wasze podzialy kogo mozna lubic a kogo nie,a kogo kochac.a skoro jestes LEGIONISTĄ to macie takie powiedzenie „jedna,wiara,jeden klub….”wiec taki z ciebie legionista jak ze mnie kibic arsenalu.ja juz skonczylem CZESC

  27. burn pisze:

    Jak dla mnie wiele wypowiadających się tu osób ośmiesza się nazywając się kibicem ,a napewno już autor tego tekstu.
    Nie dotarł do mnie ŻADEN argument jaki przytoczyłeś, kolego.

    Co więcej,sam tekst i to jak wszystko w nim opisałeś bardziej by pasowało jako artykuł do gazetki bravo sport.
    Nie wnikam ile masz lat i co lubisz na 2 śniadanie,jednak zapewne latek to masz więcej ode mnie.(wnioskuję po tekście)

    Nie chcę tu nikogo umoralniać.
    Nie mam też zamiaru starać się każdego z osobna ‘nawracać’ bo z osła konia się nie zrobi..niestety.

    Samo stwierdzenie – kibic – jest bardzo mocne.
    To nie jest ktoś kto sprawdzi wynik na livescore.com lub wyczyta o wygranej ‘swojej’ drużyny na którymś portalu internetowym.

    Kibic to ktoś kto w sercu ma przede wszystkim miłość do klubu który z jakiś wiadomych powodów pokochał i którym w znaczący sposób się interesuje.
    Tak jak parę osób wspomniało..Można lubić Ajax,reprezentację Portugalii i SS Murata (San Marino) ,jednak KIBICEM będzie się tylko jednego klubu.

    Sam Kocham Manchester United,-jak to wspomniał wcześniej Kubuś :) – ponad życie.(stwierdzenie ciężkie do wytłumaczenia)
    Utożsamiam się tym klubem tak,jak tylko mogę i tak jak jest mi to dane.

    Tak więc śmiało mogę powiedzieć że tym tekstem dałeś idealny obraz polskiego ‘kibica’ jakich jest niestety pełno.
    Musicie się NAUCZYĆ odróżniać swoje emocje bo w oczach jakiegokolwiek np. Angielskiego fanatyka, bylibyście tylko nieustabilizowanym emocjonalnie kibicem PIŁKI NOŻNEJ.

    • Man-redman pisze:

      @burn

      Może zaproponujesz jakieś obiektywne krytera wedle których zorganizujesz weryfikację wszystkich…sympatyków United? Na koniec krótki egzamin i piękny certyfikat „prawdziwego kibica”! Mój redakcyjny kolega napisał w tekście jedno piękne słowo-”dystans”. Brakuje go ludziom takim jak Ty, którzy deprecjonując zdanie innych dodają sobie animuszu w internecie. I kto tu jest na poziomie dziecka?

      Moja wypowiedź tyczy się wszystkich innych „prawdziwych” kibiców United, którzy tak chóralnie i bezboleśnie „pojechali” po Maniaku. Najpierw spróbujcie coś sami napisać na podobnym poziomie! Podejrzewam, że merytorycznie nie odbiegałoby to zbytnio od poropagandowych tekstów z PRL.

      Nauczcie się doceniać inne spojrzenie na futbol, na nasz klub. Cytując klasyka „Wyjdźcie z drewnianych chatek”. Chatek nie dosłownie ale w przenośni-tych mentalnych. Jestem ciekaw czy wtedy zrozumiecie, że k a ż d y ma prawo do decydowania o tym w jakiej formie i jak bardzo angażuje się w kibicowanie. Sam nie jestem „rozdwojony” jak autor tekstu i kibicuję tylko jednemu teamowi ale nie uważam się z tego powodu za lepszego od niego.

      Konstruktywna dyskusja a nie pustosłowie-oto moja rada dla Was. Pozdro!

    • Maniak pisze:

      @ burn:

      Bardzo dobrze, że niefrasobliwie użyłeś słowa „fanatyk”. Bo ja takowym nie byłem, nie jestem i mam nadzieję, że nigdy się nie stanę. Lubię swoją rolę osła, gdyż pozwala mi ona m.in. nieco szerzej spojrzeć na dyscyplinę, którą się interesuję i na grę poszczególnych drużyn, które oglądam. To właśnie dzięki temu jestem w stanie „odróżnić swoje emocje” od innych aspektów sytuacji.

      Czy jestem „nieustabilizowany emocjonalnie”? Nie mnie to oceniać. Mogę tylko zapytać, czy wspieranie tych samych dwóch klubów przez kilkanaście lat zakrawa na nieustabilizowanie emocjonalne?

      Powody, dla których polubiłem oba kluby, są bardzo konkretne – zresztą wyłuszczam je w tekście. Wynik na livescorze sprawdzam wtedy, jeśli nie mam możliwości obejrzenia mecz, bo jeśli tylko mogę, to po prostu oglądam. Nie tylko czytam, ale i piszę o Manchesterze na dwóch polskich portalach kibiców tej drużyny, czego świadectwem jest m.in. powyższy tekst. Myślę również, że siłą rzeczy „w znaczący sposób” interesuję się wydarzeniami w obu klubach. To jeśli chodzi o wspomniane przez Ciebie konkrety.

      Natomiast stwierdzenie „ktoś, kto ma w sercu miłość do klubu” żadnym konkretem nie jest. Każdy może powiedzieć „kocham ten klub!” – i cóż z tego? Fakt, że to stwierdzi, już czyni go „autentycznym kibicem”? Samo zaś określenie „kibic” nie jest dla mnie ani mocne, ani słabe. Ilu zainteresowanych, tyle może być definicji „kibica”.

      Pozwól, drogi burn, każdemu z nas kibicować na swój sposób. Man-redman bardzo dobrze to ujął:
      „…każdy ma prawo do decydowania o tym w jakiej formie i jak bardzo angażuje się w kibicowanie.”

      I nie wrzucaj, z łaski swojej, większości polskich kibiców do jednego worka, bo ich nie znasz :) Jeśli chcesz koniecznie coś mi udowodnić, pokaż mi, co czyni Cię „lepszym” kibicem ode mnie. Tylko konkrety proszę, konkrety. Bo o miłości do klubu to i ja mogę piać wszem i wobec.

  28. malina pisze:

    Moim zdaniem odpowiedzia na to za kim w glebi serca bedzie autor bloga jest sam fakt kogo blog dotyczy (chyba, ze autor ma drugiego bloga o blaugranie)
    Prosze wybaczyc, ale wyobrazilam sobie gre Liverpoolu i Barcelony, ktore to oba zespoly darze sympatia.
    Prawdziwe kibicowanie moze dotyczyc tylko jednej druzyny i w czasie meczu serce wskaze te druzyne.
    Ale nie wykluczam ze ciemne strony naszych umyslow i serc sa tak skomplikowane, ze mozliwe jest absolutne „po srodku” (w koncu nikt nie jest taki sam), ale tak samo wtedy oczywiste jest dla mnie przewazenie szali na korzysc ktorejs z druzyn, ktora zdradzi swoje idealy (nie wyobrazam sobie tego w przypadku Barcy, jedynie w przypadku MU)

    • Maniak pisze:

      W takim razie chyba mam dwa serca… :P

      Bloga o Barcelonie nie mam, działam tylko na stronach o United. Ale wynika to z faktu, że po prostu nie znam na tyle dobrze języka hiszpańskiego, by móc swobodnie poruszać się w doniesieniach hiszpańskich mediów, w których rzecz jasna można znaleźć najwięcej informacji o Dumie Katalonii. Względy praktyczne, nie emocjonalne :) Może kiedyś, gdy podszkolę lingua espanol, pomyślę o dołączeniu do redakcji którejś ze stron o Barcelonie :)

      Za bycie po środku odpowiada ciemna strona umysłu i serca? W takim razie hadaszyszek miał rację! Pochłonęła mnie ciemna strona mocy :P Zastanawia mnie jeszcze jedno – czy w takim razie hadaszyszek jest Darthem Vaderem? :D

      • hadaszyszek pisze:

        Darthem Vaderem? Jestem Lordem Wejderem, kmiocie! A zresztą – popatrz na korzyści. Będziesz u boku swego ojca Luke patrzył, jak ten wszechświat niszczeje, jak Barcelona przeżywa kataklizm oraz wszystkie plagi egipskie, a my, spod kapsuły czasu w Manchesterze będziemy na to wszystko patrzeć i się radować. To, wbrew pozorom, kryje w sobie wiele korzyści – np. możesz zaspokoić swoje uczucia sadystyczne względem któregokolwiek z piłkarzy FCB. Najpier Barcelona, potem Madryt, potem Liverpool i Londyn, aż w końcu dojdziemy do Mediolanu czy Rzymu. Wszystko zniszczone! Czyż ta perspektywa nie jest piękna? Stań u mego boku, a razem ją zrealizujemy! Hahahahaha! (taki złowieszczy śmiech, jak na złego lorda przystało… aha, zapomniałem jeszcze : „Khhhhyyyyy”… „Khhhhyyyy”… „Khhhhyyyyy” :D)

  29. krzychu81 pisze:

    @Łukasz
    Naucz się czytać ze zrozumieniem! Napisałem, że kibicuję trzem klubom, ale słowa „miłość” mogę użyć tylko w przypadku JEDNEGO.

    Jestem ciekaw, ile razy taki krzykacz i „fanatyk” jak ty widział swój ukochany klub podczas meczu, ale nie w TV czy Internecie, tylko na stadionie? Ile razy byłeś na ich treningu? Ile razy odwiedziłeś mecz rezerw? Ile razy czekałeś na graczy po treningu? Ile razy dostałeś za swój klub wpierdol? Ile razy ktoś próbował ukraść ci szalik? Ile razy spędziłeś 18-20 godzin w podróży, by zobaczyć jak grają twoi pupile na wyjeździe?

    Ale oceniać innych i pisać kto jest według ciebie prawdziwym kibicem, a kto nie, wyjątkowo łatwo ci przychodzi. Nie masz do tego prawa. Ani w moim przypadku, ani w przypadku autora tekstu, ani też w przypadku żadnego innego komentującego ten artykuł!

    A od Legi to się odp… Przypuszczam, że kiedy ja po raz pierwszy odwiedziłem stadion na Łazienkowskiej, nie miałeś więcej niż 5 lat.

  30. A.D. pisze:

    Tak! Autor tekstu nie myśli tak jak my! Na stos z nim!

  31. Łukasz pisze:

    koleszko nie bulwersuj sie bo ci guma od majtek peknie,a na old trafford bylem,no ale przykro mi nie stac mnie zeby byc co tydzien i jeszcze do tego szukac zaczepki z dzielnicy city.
    a widze ze nalezysz do tych cwniakow z wawy co chodza air maxach z szalikeim legii bo starsi koledzy z blokow ganiali za to ze im sie nie kibicuje.a na legie to leje,ale skoro macie jake swoje zasady wy legionisci to je lamiesz!

  32. cris7 pisze:

    Rozumiem kolesia choć czasami nie mogę sie domyslec jak bedzie jezeli wygra Barca {tak przypuszczam bo, są jednak lepsi}United beda schodzic z murawy z twarzami smutnymi i zwisającymi co wtedy ? Na kogo bedziesz patrzyl? Na radosc Barcy czy smutek Manchesteru ?Co bedziesz czul?

    • A.D. pisze:

      No fakt, Barcelona jest od nas o stokroć lepsza. Niszczy nas w każdym aspekcie gry.

      Nawet jeśli te brednie pijanego idioty byłyby prawdą, że FCB jest od nas lepsza, to co z tego, skoro upokorzyć ją potrafi jeden rudy człowieczek ?

  33. goomc pisze:

    nie wiem jakim cudem, ale dopiero dzis przeczytałem Twoj felieton.
    Powiem krótko – bylem, jestem i bede w identycznej sytuacji.
    z Barca jestem od zwyciestwa na Wembley, z MU po meczach z Legia..
    Rowniez czekalem, czekalem i sie doczekalem:)

    po polfinalach bylem zasypywany sterta pytan typu „za kim w finale?”.. za nikim! za dobrym widowiskiem, za duza iloscia goli, za dobrymi starciami Meessi vs. Rooney itd.

    ale kilka dni przed meczem cos we mnie peklo i przezylem jeden z gorszych tygodni przed finalowych w zyciu.
    wizje Triplete i obrony Takiego Dubletu zaczely sie ze soba scierac w mojej glowie i wiedzialem, ze wczesniej czy pozniej bede musial ubrac koszulke czerwona albo blaugrana. Opcja koszulka na koszulke nie wchodzila w rachube.

    pojawily sie pytania nie kogo bardziej lubie, tylko co jest wiekszym osiagnieciem? potrojna korona FCB wywalczona w Takim Stylu? czy obrona LM przez MU, a tego nie dokonal nikt..

    nie wyobrazalem sobie, ze przyjde jak zwykle do pubu pelnego cules i nie bede sie cieszyl z zadnej bramki? no bo jak? z ktorych bramek mialbym ja i mialbys Ty sie cieszyc? tych Rooneya czy Eto’o? mialbym sie cieszyc, ze jedna strzela a druga traci? mialbym sie cieszyc, ze United traci a po chwili, ze strzela?? Chcialem ten final przezyc prawdziwie, czyli cieszyc sie ze zwyciestwa albo plakac po porazce. Plakalem, bo zrobilem rachunek sumienia. rachunek, ktory nie przekresla mojej milosci do FCB. jestem socio niezaleznie od innych milosci. czy ta do United jest wieksza? nie wiem, nie sadze.
    wiem natomiast, ze nie umiem kibicowac w jednym meczu obu ekipom, albo nie kibicowac wcale, bo zapewne tak wygladal Twoj wieczor.

    a czemu United? wydawalo mi sie, ze z obrony LM bede mial wieksza radosc, ze czas na LM dla Barcy jeszcze nadejdzie, a MU ma szanse przejsc do Historii. wydawalo mi sie, bo radosci nie mialem wcale.. i tak z finalu, na ktory czekalem cale zycie, zapamietam tylko smutek i lzy juz ok 88 min.

    szacun dla kibicow FCB, ktorzy ze zrozumieniem podeszli do mojej sytuacji w tamta srode.

    przezylem to, ale nie chce wiecej takiego finalu. w tym stawka byla za duza i emocje rowniez. fieste na Camp nou obejrzalem w calosci, ale radosc zwiazana z Triplete nadeszla dopiero w okolicach weekendu..

  34. goomc pisze:

    Napisałeś:

    ” “… założę się, że finał będziesz oglądał z mniejszymi emocjami niż my.”

    Hm… ciekawe spostrzeżenie i chyba jest w nim nieco racji :) Może faktycznie sam finał będę oglądał z nieco mniejszymi emocjami, bo dla mnie największy ładunek emocjonalny niesie sam fakt, że do takiego finału dojdzie :) No – chyba, że obie ekipy spełnią moje oczekiwania i będzie mega spektakl. Wtedy też będzie to dla mnie bardzo emocjonujące, tylko że w inny sposób, niż dla Was. Wy będziecie emocjonować się tym, kto wygra, a ja tym, jak piękny będzie mecz :) ”

    nie wierze. nie da sie przejść obok takiego meczu. ja nie umialem. nie wyobrazam sobie, by ogladajac final LM nie opowiedziec sie po ktorejs ze stron..

    z reszta licze, ze napiszesz jak to wygladalo u Ciebie.

    pozdrawiam

Dodaj komentarz

Komentarze zawierające wulgaryzmy, obrażające czytelników lub właściciela bloga zostaną skasowane.
Moderacja komentarzy jest aktywna. Nie wysyłaj swojej wiadomości dwa razy.
Możesz skorzystać z następujących tagów XHTML: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote> <code> <em> <i> <strike> <strong>

Chcesz mieć swój własny avatar na Redlogu? Przeczytaj FAQ, to tylko kilka minut!

..