Lokomotywa jedzie dalej! Stacja Rzym czeka!

Inter Mediolan miał pobić Manchester, Bayern zrobić krzywdę Barcelonie, a dzieciaki Wengera podbić całą Europę. Porto zaskoczyło chyba samo siebie, lecz United w końcu odczarowało Estadio de Dragao. Czerwonym Diabłom cały świat przewidywał ostre zapalenie płuc po Klubowych Mistrzostwach Świata. Gdy Chelsea witała się już z gąską i żyła już żądzą rewanżu na United, grająca rzekomo kosmiczną piłkę Barcelona w 93. minucie jedynym celnym strzałem obudziła Londyńczyków z pięknego snu. Futbol jest okrutny, cytując klasyka. Miejmy nadzieję, że z jego dobrodziejstw 27 maja w Rzymie skorzysta Manchester United!
Z początku tekst miał traktować zupełnie o czym innym. Jednak do wtorku mój umysł pochłonięty był głównie rewanżem z Arsenalem i nie sposób było mi zebrać się do pisania o czymkolwiek innym. Natomiast po wspaniałym zwycięstwie na The Emirates w myślach rozgrywam już finał w Rzymie.
Poprzedni sezon przyniósł nam jakże wyczekiwany sukces w Pucharze Europy. Po emocjonującym thrillerze w Moskwie mogliśmy znowu się cieszyć z miana najlepszego klubu na Starym Kontynencie. Po obronie tytułu Mistrza Anglii i zdobyciu Ligi Mistrzów, apetyty sir Alexa Fergusona na kolejny rok tylko się zaostrzyły. Przeciwnicy jednak liczyli na zadyszkę Czerwonych Diabłów i zmęczenie materiału. Mimo, że jeszcze nie zdobyliśmy Premier Leauge i Pucharu Europy, Ferguson pokazał jak bardzo się przeliczyli.
‘Jedyny taki pociąg’
Jak to zwykle bywa w naszym przypadku, początkowy podjazd był bardzo stromy. Porażka z Zenitem i nie najlepszy start w lidze angielskiej. W parze z nieciekawymi wynikami szła niemrawa gra, która nie napawała optymizmem. Pytanie, który to już raz United na starcie notowało najgorsze wyniki w całych rozgrywkach? Jakoś jednak niepozornie ciułaliśmy te punkty i nie odstawaliśmy mocno od czołówki. Nadeszły Klubowe Mistrzostwa Świata w Japonii, niedoszły gwóźdź do trumny Manchesteru. Wygraliśmy je w ładnym stylu, ale mieliśmy to przypłacić zmęczeniem, zadyszką i utratą punktów w lidze. Faktycznie, nie graliśmy z polotem i fantazją ale 1:0 to zawsze zwycięstwo i całe, zdrowe 3 punkty do tabeli. Graliśmy nieokazale i wygrywaliśmy, aż wyszła z tego seria 14 spotkań bez straty gola, 11 wygranych w Premier League z rzędu i 1311 minut bez straty gola przez Edwina Van der Sara. W międzyczasie awansowaliśmy do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Nie taki Diabeł straszny jak go malują – Mourinho nie dokonał cudu w Mediolanie i zwyczajnie nie sprostał bardziej poukładanej ekipie z Old Trafford.
Przy takiej ilości spotkań i natężeniu gier, kryzys był jednak nieunikniony. Z jednej strony przyszedł w bardzo bolesnym momencie – porażka 1:4 z Liverpoolem, z drugiej dobrze, że nie zaskoczył nas na finiszu rozgrywek. Zimny prysznic czekał nas również w Londynie, gdzie przegraliśmy 0:2 z Fulham. Nasza bezpieczna przewaga w lidze zmalała i zrobiło się nerwowo. Kryzys trwał dalej, jednak wyniki były lepsze niż sama gra. Błysk talentu Federico Machedy uratował 6 punktów dla Manchesteru. Z Porto miało być lekko, łatwo i przyjemnie, boisko zweryfikowało jednak ten hurraoptymizm. Dwa stracone gole z Tottenhamem na tyle podrażniły dumę Czerwonych Diabłów, że w drugiej połowie spotkania Koguty 5 razy wyjmowały piłkę z siatki. Kryzys minął, a pierwszym zwiastunem nadejścia dobrej formy było spotkanie z Arsenalem na Old Trafford. Na the Emirates postawiliśmy tylko kropkę nad i. Popularne stało się stwierdzenie, że filozofia dojrzałego zespołu prezentowaną przez Fergusona zwyciężyła beztroską, nieokrzesaną młodość i fantazję dzieciaków Wengera. Dopóki Francuz nie wkomponuje w swój zespół kilku doświadczonych grajków i nie skompletuje solidnej obrony, póty kibice Kanonierów raczej nie ujrzą żadnego nowego trofeum w klubowej gablocie.
W tym momencie najbardziej żal mi przegranej walki o Puchar Anglii. Ferguson chciał wygrać półfinał z Evertonem jak najmniejszym nakładem sił. Było blisko, nie udało się i przynajmniej teraz Szkot wie kto się nie nadaje do wykonywania rzutów karnych. Szkoda, bo bardzo zależało mi na tych prestiżowych rozgrywkach, szczególnie mając w pamięci dwie ostatnie porażki w finałach FA CUP. Teraz może być podobnie jak rok temu – fantastyczny sezon ale bez zwycięstwa w krajowych pucharze.
Dorzucę również swoje trzy grosze do rywalizacji Chelsea i Barcelony. Niestety norweski sędzia był największym aktorem środowego spektaklu i jego występ położył się cieniem na meczu w Londynie. Tom Ovrebo mylił się strasznie i przez jego chroniczne gapiostwo mniej się mówi teraz o czysto sportowych aspektach drugiego półfinału Ligi Mistrzów. Chelsea grała lepiej niż Barcelona i nie pozwalała jej rozwinąć skrzydeł. Wystarczyła jednak chwila nieuwagi i gapiostwa, żeby spragniona lotu Blaugrana mogła w końcu pofrunąć na Stamford Bridge. Jednak ani w poprzednim tygodniu, ani przedwczoraj świat nie ujrzał rzekomo ‘najlepszej drużyny na planecie Ziemia’, jak niektórzy dziennikarze ochrzcili Katalończyków. Zespół Pepe Guardioli nie potrafił skorzystać z przygniatającej przewagi w posiadaniu piłki i przez 92 minuty nie oddał żadnego celnego strzału! Kelnerom w Primera Division na widok bordowo-niebieskich (uprzedzam, że nie znam się na kolorach ;) ) koszulek z logo Unicefu na pewno uginają się nogi, a może nawet i całe życie przelatuje im przed oczami. Jednakże w starciu z Chelsea Leo Messi i spółka nie pokazali niczego nadzwyczajnego, niczego co mogłoby tytułować ekipę z Camp Nou drużyną nieziemską (nie mylić z galaktyczną, w każdym razie jest to termin równie przereklamowany w przypadku innego zespołu ;) ). Paradoksalnie, przedtem wygodniejszym przeciwnikiem wydawała się drużyna Guusa Hiddinka. Barca zagrała słabo i gdyby mecz odbył się dzisiaj to Manchester nie dałby żadnych szans swojemu rywalowi. Sęk w tym, że finał jest za niespełna trzy tygodnie, a do dyspozycji Guardioli będzie już wtedy Henry, czyli zawodnik, którego najbardziej obawiam się z całego katalońskiego towarzystwa.
Czeka nas zatem wymarzony przez wielu finał. Sir Alex Ferguson i Jose Guardiola czyli Mistrz kontra uczeń. Ronaldo vs Messi, Vidic vs Eto’o, Scholes, Carrick naprzeciwko parze Iniesta, Xavi. United powróciło do pożądanej formy w najbardziej odpowiednim momencie. Barcelona pokazała, że nie bardzo radzi sobie z zespołami świetnie zorganizowanymi w obronie. Stacja Rzym czeka, oby jednak konduktor z Manchesteru nie zlekceważył hiszpańskiego parowca.
Lubisz ten wpis?
Oceń ten wpis:

(7 głosów, średnia: 4,00 na 5)







Tak się zastanawiam tylko co ten artykuł miał na celu, bo raczej nie przedstawienie Twojego poglądu czy zdania w jakiejś sprawie, może przypomnienie czegoś co wszyscy wiemy ?. Nie piszę tego złośliwie, po prostu jestem trochę zaskoczony.
19 dni do meczu z Barca, skupmy się na załatwieniu w dwóch przyszłych kolejkach mistrzostwa kraju, żeby spokojnie myśleć o LM. Na zapowiedź finału za wcześnie, licze na obszerny tekst i jakieś video na tydzień przed starciem, pozdrawiam
Załóżmy lepiej oddzielne strony – Rzymlog i Gigglog. Materiału starczy. Na pewno.
You can’t kill the metal
The metal will live on
Punk-Rock tried to kill the metal
But they failed! As they were smite to the ground!
New-wave tried to kill the metal
But they failed! As they were stricken down to the ground!
Grunge tried to kill the metal Ha,hahahahaha
They failed! As they were thrown to the ground!
http://www.youtube.com/watch?v=vJ3emd3phLY
Tak mnie się skojarzyło:). I jeszcze na koniec parafrazując piosenkę:
United!
It comes from hell
:D
Wiadomo jaki arbiter będzie sędziował finał?