Polska Ekstraklasa – czemu jest tak źle?

Piękne, słoneczne popołudnie. Kibice lokalnego klubu Zagłębie Sosnowiec tłumnie przybyli na stadion dopingować swoim pupilom. Również kibice ich dzisiejszych rywali – ŁKS ŁÓDŹ – w mniejszej grupce przyjechali ze swojego miasta starać się ze wszystkich sił pomóc drużynie z Łodzi w wywiezieniu kompletu punktów z Sosnowca. Jak się później okazało wcale nie musieli tego robić, ponieważ obie drużyny „dogadały” się wcześniej jaki dokładnie będzie wynik. Zamiast zaciętej gry, fani zarówno na stadionie jak i przed telewizorami dostrzegli, że bramki padają w bardzo dziwnych okolicznościach, a mecz nie jest ani w połowie tak ciekawy jak miał być…
Powyższa sytuacja jest jedną z wielu, które zdarzają się po kilka razy na każdy sezon i to nie tylko w Ekstraklasie, bywa tak także w niskich i najniższych klasach rozgrywkowych w Polsce. Nie zawsze jest tak jak wyżej, że działacze jednej drużyny płacą drugiej, za „pewne zwycięstwo”. Nieraz przekupuje się także sędziów lub jednego zawodnika, aby w odpowiednim czasie sfaulował swojego przeciwnika w polu karnym, co gwarantuje rzut karny i niemal stuprocentową szansę na bramkę. Jakie są tego konsekwencje? Można wymieniać ich tysiące, np. wyobraźmy sobie taką sytuację: ostatnie spotkanie ligi w danym sezonie, druga drużyna w lidze gra z zespołem któremu nie zależy już na żadnych punktach, bo nie zmieni to jego pozycji w tabeli, a lider ma przewagę nad drugim miejscem rzędu dwóch punktów. Tak więc wicelider w razie wygranej zdobywa mistrzostwo kraju, a żeby sobie to zapewnić, kupują mecz od obojętnego klubu i tym samym zdobywa tytuł mistrza. Czy to jest jedynym powodem, dla którego polska liga nigdy nie będzie nawet w połowie tak mocna jak angielska, a Wisła Kraków, Legia Warszawa, czy Lech Poznań nie będzie Manchesterem United, Chelsea Londyn, czy chociażby przeciętnym Celticiem Glasgow? Na pewno nie, na to składa się jeden z trzech głównych czynników, które postaram się przybliżyć się przy pisaniu tego artykułu, porównując w razie potrzeby naszą rodzimą ligę z rozgrywkami najlepszymi na całym świecie – angielską Premiership.
Pseudokibice
Nieraz można się dziwić, dlaczego na polskie stadiony przychodzi tak mało osób, a trybuny przypominają zapomniany obiekt, na którym zasiadają jedynie odważni kibice i chuligani. Przyczyną tego są nieobliczalni psychopaci, których w 80% w ogóle nie interesuje mecz, tylko burdy na stadionie, zadymy i walki z policją, a za przynależność do grupy innych kibiców są gotowi pobić, czy nawet zabić…
Nie ma się więc co dziwić, że u nas nie ma takiej niesamowitej atmosfery jak np. na Old Trafford. Nie wiem jak innym, ale mi jest bardzo ciężko wyobrazić sobie taką sytuację, którą opowiedział mi mój kolega mieszkający w Anglii, że na mecze przychodzą całe rodziny: dziadkowie, dzieci, rodzice, aby wspierać z całych sił i gardeł swoich pupili. Właśnie ta różnorodność wiekowa, płciowa zapewnia coś niepowtarzalnego na trybunach, a jak to się mówi: „kibice to 12. zawodnik”, który nieraz potrafi bardzo poprawić atrakcyjność danego spotkania, dzięki swojemu ambitnemu dopingowi.
Ten problem jest wielką zmorą w naszej piłce. Bo jak można nazwać inaczej śpiewanie na boiskach rasistowskich pieśni na swoich rywali, krwawe walki pomiędzy kibicami w „imię swojego klubu”? Takie zachowania potwierdzają jak płytki intelekt mają, bo jaki normalny człowiek, który wie jakim okrucieństwem była masowa zagłada Żydów w Oświęcimiu, potrafiłby chwalić w pieśniach takie zachowania i skierować je przeciwko swoim przeciwnikom? Z pewnością jest to wielka plama na honorze naszej piłki. Niestety ten problem także dotyczy prawie wszystkich polskich lig…
Do widzenia panie prezesie! Już dosyć się pan nakradł!
Z pewnością większość zna takie przysłowie: „Ryba psuje się od głowy”. Tak też można przytoczyć to powiedzenie do dosyć kiepskiej sytuacji finansowej w naszych klubach. Niestety majątek polskiej piłki jest bezkarnie rozkradany przez nieudolnych działaczy, prezesów PZPNu i większych, jak i mniejszych klubów. Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć, dlaczego środki dostarczone z Unii Europejskiej na budowę autostrad, hoteli, czy nowych stadionów, które mają służyć nam za 4 lata na Mistrzostwach Europy znikają, bądź są zamrożone na kontach, a obiektów jak nie było tak nie ma, za to działaczom żyje się coraz to lepiej. Jestem pełen podziwu dla nielicznych, którzy już coś robią i zrobili, albo chociaż starają się to czynić.
Nasuwa więc się pytanie, czy ma to wpływ na prestiż Ektraklasy? Moim zdaniem jest to największy czynnik, który rujnuje naszą piłkę nożną. Dlaczego? Przykładów można podawać bez liku, a oto jeden z nich: Łukasz Sosin, którego nie zadowalały wcale zarobki w Odrze Wodzisław postanowił przenieść się za granicę. Zgłosił się po niego malutki klub, z małego kraju – Cypru – chodzi tu oczywiście o Anarthosis Famagusta. Jest to klub niepozorny na pierwszy rzut oka, ale dzięki fantastycznemu zorganizowaniu odnosi wielkie sukcesy. Dostali się przecież w tym sezonie do fazy grupowej elitarnej Ligi Mistrzów (czego nie osiągnął żaden polski zespół od 1997 r.) i potrafili zdobyć kilka punktów, między innymi z europejskim gigantem – Interem Mediolan. Jak więc jest to możliwe, że drużyna z teoretycznie słabszej ligi niż Orange Ekstraklasa osiągnęła tak wiele w przeciągu kilku lat? Nie powinno zaskakiwać to, że Polska nie ma klasowych piłkarzy w szeregach narodowych zespołów, ponieważ co lepszy wyjeżdża za granicę. Ucieka tam, gdzie dostanie większą szansę na rozwój i zarobi tyle, ile mu się naprawdę należy.
Co więc można zrobić?
Myślę, że dopóki nasze drużyny nie będą bogatsze i nie będą zapewniały szans rozwoju młodych talentów, działacze i prezesi nie przestaną kraść, polscy chuligani nie przestaną hańbić tego pięknej dyscypliny, rząd nie zapewni dobrych szkół sportowych, to nie wypromujemy wielkich zawodników. Jeśli zaś znajdą się tacy, to nie uda się ich zatrzymać w Polsce. Zostaną jedynie ci, którymi się żaden klub europejski nie zainteresuje się oraz ci, którzy są słabsi.
Wypadałoby coś zacząć robić, bo bez tego Europy nie zwojujemy…
Lubisz ten wpis?
Oceń ten wpis:










No cóż, Krzysztofie – powiedziałbym, że w świetle niedawnego wyboru Grzesia Laty na nowego szefa wszystkich szefów tekst jest mocno na czasie. I gorzki ton mnie nie dziwi, bo sam o polskiej rzeczywistości piłkarskiej mam bardzo niepochlebne zdanie. Jak zresztą całe mnóstwo kibiców.
Na pewno zgodzę się z punktem dotyczącym kibiców. Pomijając już poziom naszej Ekstraklasy, nie zamierzam przychodzić na mecze dlatego, że nie chcę przypadkiem znaleźć się pomiędzy zgrają otumanionych fanatyzmem kiboli, którzy zdzielą mnie sztachetą, bo miałem pecha stać w złym miejscu.
W tym miejscu muszę zresztą wyrazić szacunek dla ludzi, którzy regularnie przychodzą na polskie stadiony, ale już we właściwym celu, czyli żeby obejrzeć mecz. W naszych warunkach kibicowanie rodzimej piłce nie jest łatwe, więc brawo dla tych, którzy potrafią to robić.
Natomiast co do problemu zarządzania polskim futbolem, to niestety „głowa”, o której piszesz, tak bardzo przywykła do swojego miejsca i roli, że nie ma ochoty ryzykować czegokolwiek wprowadzając zmiany. Bo po co, skoro tak wiele osób czerpie korzyści z podstolikowych procederów, a prezesi, sędziowie i działacze mogą potem spotkać się na wódeczkę w Sheratonie… A że ktoś spadł z ligi, bo nie zapłacił gdzie trzeba? Miał pecha…
To właśnie działacze są moim zdaniem największą zmorą polskiej piłki, bo bez ich woli i pracy nie da się wprowadzić potrzebnych zmian.
Problem z PZPN i całością struktur polega na tym, że w odniesieniu do nich nie zadziałają żadne półśrodki, i nie ma szans na żaden kompromis. Jeśli coś ma się zmienić, PZPN musi – dosłownie! – zostać rozwiązany, a potem powołany na nowo w całkowicie nowym składzie. Podobnie środowisko sędziów i działaczy regionalnych. Mówiąc brzydko: bezpardonowa czystka. Potem możemy zacząć myśleć o następnych krokach.
Z tymi kibicami chyba jednak troszkę przesadzasz chociaż masz rację, że infrastruktura stadionów wpływa na zachowania kibiców. Przykładem może być Lech, którego fani mają opinie jednych z najbardziej agresywnych w Polsce a mimo to, przy Bułgarskiej najczęściej panuje świetna atmosfera (o wiele bardziej gorąca niż w Anglii). I chociaż kibice Kolejorza często intonują wulgarne przyśpiewki, to jednak na mecze do Poznania przychodzą całe rodziny i raczej dobrze się bawią.
A „krwawe bitwy na stadionach” to już jest przekłamanie ponieważ po pierwsze nie zdarzają się one w Ektraklasie a po drugie należą do rzadkości nawet w 1 lidze.
Wiesz – zgadza się, nie każdy mecz kończy się burdą na stadionie. Na szczęście takich przypadków nie ma aż tak dużo. Tylko, że wystarczy kilka bijatyk w ciągu sezonu, o których usłyszymy w mediach, żeby zniechęcić wiele osób do pójścia na stadion i podtrzymać złą sławę polskich kiboli.
Czy takie krwawe bitwy się nie zdarzają? Przyznam Ci rację, jeśli nie usłyszę o takich zdarzeniach przez 2, 3 sezony z rzędu. Póki co hołota potrafi zrobić rozwałkę nawet na meczach poza granicami kraju (patrz: Litwa, o ile dobrze pamiętam). Nawet jeśli są to jednostkowe przypadki – bo na szczęście są – to i tak o wiele za często, by odbudować wizerunek normalności na naszych stadionach.
Artykuł słaby. Jak jest każdy widzi, słyszy albo przeczyta. Nadzieją jest postawa właściciela Lecha Poznań, oby nie znudziło Mu się inwestowanie w piłkę nożną. `
Wstyd sie przyznać ale sam też kiedyś sprzedalem mecz……… II ligi juniorów starszych
Mieliśmy pewne II miejsce i udzial w turnieju w czechach więc nie zastanawialiśmy się długo gdy prezes ze wsi pod misatem zaproponował nam 200zł za przegranie jednego meczu z drużyną która walczyła o utrzymanie (nie znajdowali się na miejscu spadkowym ale z nami nie miel szans)
Presez tamtej drużyny zaproponowała to naszemu stoperowi którego znał aon przekazał tą informacje trzem kolegą czyli mi środek obrony, drugi kol. boczny obrońca i środkowy pomocnik.
Żeby przegrać mecz musielismy my sie naprawde postarać (dwa karn i moja czerwona kartka doprowadziąly do wyniku 4-3 dla ”kupujacych,,)
był to ostatni mecz sezonu wiec żadnych konsekwencji zwiążanych z naszą grą nie ponieśliśmy bo zmieniliśmy klub.
Dopiero po przegranym meczu w którym nasi koledzy wypruwali sobie żyły żeby mecz chociaż zremisować zaczoęłm żałować naszego postepowania. Ale 200 zł na impreze z okazji zakończenia sezonu było pokusą nie do odrzucenia;p
sorry za blędy