Legendy: Eric Cantona

Był postacią niebanalną. Gdy grał, trybuny szalały, a on sam mijał przeciwników jak tyczki slalomowe i było jasne, że nikt go nie powstrzyma. Mistrz karnych, dryblingu i planowania akcji. Mistrz w każdym calu. Piłkarz, który rodzi się tylko raz. No i pierwszy kapitan Manchesteru United spoza Anglii i Irlandii. Takim piłkarzem był właśnie Eric Cantona – chyba jedyny Francuz, którego aż tak pokochali Anglicy.
„Wyprostowany z wypiętą piersią i postawionym kołnierzem, sunął po boisku tak, jakby był jego właścicielem. Na jakimkolwiek boisku, ale nigdzie bardziej efektownie niż na Old Trafford. To była jego scena. On to kochał, a tłum kochał jego”
– właśnie tak Wielkiego Króla Old Trafford opisał wieloletni kapitan Manchesteru United – Roy Keane.
Zawsze, kiedy mamy do czynienia z geniuszem – obojętnie w jakiej dziedzinie życia – doceniamy go dopiero wtedy, kiedy kończy swoją karierę, czy przestaje pokazywać się publicznie. Nie w tym wypadku. Cantona od samego początku uchodził za piłkarza niezastąpionego. Być może nigdy nie zagościłby w zespole, którego stał się symbolem, gdyby nie jego wybuchowy charakter, którym zniechęcał do siebie kolejnych managerów wcale nie słabych drużyn. Jego, w pewnym sensie, nieobliczalność i charyzma chwilami były aż niewiarygodne, a w połączeniu z kreatywnością, ambicją, niesamowitą wizją gry oraz spokojem i opanowaniem w sytuacjach sam na sam, stworzyły prawdziwy i niepowtarzalny piłkarski geniusz.
A najlepiej świadczą o tym jego osiągnięcia: Mistrz Francji z 1991r., zdobywca Pucharu Francji z 1990r., Mistrz Anglii w latach 1992,1993,1994,1996 oraz 1997, zdobywca Pucharu Anglii w 1994 i 1996 r., Piłkarz Roku 1996 oraz w końcu ostatnio zdobywca Pucharu Świata w Piłce Plażowej podczas Mistrzostw Świata w Rio de Janeiro. To nie są byle jakie osiągnięcia. A poza powyższymi osiągnięciami o jego klasie i niekwestionowanej pozycji w drużynie świadczy to, że to dzięki niemu Manchester United po 26 latach wywalczył pierwszy tytuł Mistrza Anglii.
Eric Cantona urodził się w Paryżu, ale nie zabawił tam długo. Wychowywał się bowiem w Marsylii, ale nie tam zaczął piłkarską karierę i właściwie zadziwiające, że Marsylia tak późno zwróciła na niego uwagę. Pierwszym klubem Erica było FC Caillois.
Później – w 1983 roku – zauważyło go AJ Auxerre i to tam zaczął grać profesjonalnie, obierając piłkę nożną na swój sposób na życie. W 1988 roku świętował sukcesy z reprezentacją Francji U-21 zdobywając Mistrzostwo Europy. Właśnie wtedy dostrzegli go działacze rodzimego Olympiqe Marsylia. Nie był to jednak cichy transfer. Eric Cantona rozstał się z klubem ze Stade Abbe-Deschamps po bójce z bramkarzem – Bruno Martinim i Guy Roux miał serdecznie dość jego kontrowersyjnych zachowań. Sezon 1988/89 w Marsylii przyniósł mu kolejne sukcesy – razem z OM zdobył Mistrzostwo Francji i Puchar Francji. Piękny sen jednak znów się rozpłynął przez nieugięty charakter Francuza. Niebawem podczas towarzyskiego meczu przeciwko Torpedo Moskwa zdenerwował się on na trenera tylko za to, że ten postanowił zmienić go w trakcie gry. Zdjęty z boiska, niemalże zerwał z siebie koszulkę, rzucił ją na ziemię i… podeptał. Decyzja była natychmiastowa – transfer do Bordeaux. Tam jego forma szła zdecydowanie ku górze i długo tam nie zabawił.
Niedługo później zakładał już trykot Montpellier i z nimi świętował zdobycie Pucharu Francji w roku 1990. W międzyczasie nie mógł występować w kadrze za znieważenie trenera. Roczne zawieszenie w meczach reprezentacji zaowocowało jeszcze wyższym poziomem gry w klubie i w wyniku tego Olympiqe znów zgłosiło się po Cantonę – chcieli odzyskać utracony, jak się okazało, skarb. Montpellier nie zastanawiało się dłużej i Eric wrócił na stare śmieci, gdzie znów ukazał ciemną stronę swego charakteru. W skutek wielu konfliktów przeprowadził się do Nimes, gdzie również nie uniknął skandalu. Podczas jednego z meczów ligowych, nie potrafił pogodzić się z decyzją sędziego. Chwycił wtedy piłkę i rzucił nią w sędziego, za co został zawieszony na 2 miesiące. Wtedy też miał miejsce słynny incydent: kiedy podczas rozprawy Cantona usłyszał wyrok 2 miesięcy zawieszenia, wstał ze swojego miejsca, podszedł do członków trybunału i każdemu z nich powiedział w twarz „Idiota”.
Po całym zamieszaniu wyszedł z sali z uśmiechem na twarzy jak gdyby nigdy nic, rzucając tylko spragnionym sensacji dziennikarzom filozoficzne podsumowania całej sprawy.
Ale wtedy Cantona chyba miał już dość tej „niesprawiedliwości” i ciągłych kar. W 1991 roku postanowił zakończyć karierę. Na wieść o tym fani byli prawdziwie zszokowani. Piłkarski geniusz w wieku 25 lat miałby zakończyć karierę?! Do ponownego rozpatrzenia tej decyzji namówili go kibice i oni też motywowali Francuza do gry. Sam Platini doradził też, aby Eric zmienił otoczenie i jako perspektywę gry wskazał przeniesienie się do któregoś z angielskich klubów. Cantona, o dziwo, posłuchał rad selekcjonera reprezentacji Francji i przeniósł się na wyspy, zasilając Sheffield Wednesday. To był jednak tylko epizod. W lutym 1992 roku trafił do Leeds United, ale już w listopadzie szykowała się kolejna przeprowadzka, jak się później okazało kluczowa w karierze Erica Cantony.
Na początku sezonu 1992/1993 Cantona znów błyszczał, ale w samym Leeds sprawy wcale nie wyglądały równie pięknie jak sama gra Francuza. Któregoś smutnego i szarego listopadowego dnia kibice przecierali oczy na widok wielkich nagłówków w angielskich gazetach o tym, że Eric Cantona opuszcza Leeds i będzie grał w Manchesterze United.
Kwota transferu opiewała na 1,2 mln £. Pierwszy mecz w trykocie United rozegrał w towarzyskim spotkaniu przeciwko Benfice Lizbona z okazji 50. rocznicy urodzin Eusebio. W tym meczu Eric wystąpił z innym numerem, niż do tego później przywykliśmy. Numer „12″ widniał na jego plecach, ponieważ był rezerwowym i wszedł w trakcie spotkania na boisko. I co prawda dopiero sezon 1992/3 przyniósł ustabilizowanie przez FA koszulek z numerami i nazwiskami, ale Eric zakładał później „siódemkę” już regularnie, tym bardziej, że Bryan Robson (nasza wcześniejsza „siódemka”) zmagał się z ciężkimi kontuzjami, o których możecie przeczytać w odpowiednim artykule serii „Legendy”. Po regulacji sprawy numerów, Cantona dostał w klubie „7″, a Robson zakładał już tylko „12″.
Wracając jednak do myśli przewodniej, Sir Alex potrzebował bramkostrzelnego zawodnika, potrzebował wreszcie wygrać po 26 latach Mistrzostwo Anglii i wreszcie potrzebował bohatera, który poprowadziłby zespół do odzyskania dawnej pozycji wśród klubów Anglii i reszty świata. I tak oto niespodziewanie połączenie dwóch ekscentryków zupełnie zmieniło dawnego zbuntowanego Erica. Nikt nie wie jakim cudem, ale to właśnie szkocki szkoleniowiec Diabłów sprawił, że Cantona zaczął regularnie i punktualnie stawiać się na treningach, a nawet zostawać po godzinach i trenować dalej! Jak się okazało, był to ostatni element w układance Sir Alexa. Skutki musiały więc być widoczne. 1992 Mistrzostwo Anglii znów dla Manchesteru, 1993 obrona tytułu, 1994 The Double. Sir Alex zdecydował się nawet spełnić zachciankę gwiazdy, kiedy Eric poprosił o oddzielne pomieszczenie do rozgrzewki przedmeczowej. Ale oczywiście jak zwykle piękny manchesterowy sen rozpłynął się. W meczu z Crystal Palace Francuz dostał czerwoną kartkę, a gdy schodził z boiska, jeden z kibiców odważył się niezbyt pochlebnie krzyknąć do Erica. Skutkiem tego był chyba najbardziej znany incydent w historii piłki nożnej – Cantona podszedł i zadał kibicowi cios „kung-fu”. Został za to oczywiście surowo ukarany – zawieszenie do końca sezonu i 20.000£ + 11.000£ grzywny. Tylko dzięki staraniom Manchesteru uniknął aresztu. Jak wypowiedział się sam piłkarz o tym incydencie jakiś czas później? – „Mój najlepszy moment? Mam bardzo wiele ulubionych momentów w życiu, ale najbardziej lubię ten, kiedy kopnąłem chuligana”.
Niedługo później w Manchesterze znów zrobiło się niewesoło. United pozbywało się czołowych zawodników, a w ich miejsce mieli nadejść dużo młodsi piłkarze. Wszyscy spodziewali się coraz gorszej gry Czerwonych Diabłów, ale… przecież mieliśmy Erica Cantonę. Podczas treningów okazało się, że Ryan Giggs porozumiewa się niemal telepatycznie z Francuzem. Dodając do tego ogromny wpływ Cantony na Gary’ego Neville’a, Paula Scholesa oraz nawet młodziutkiego Davida Beckhama – mieliśmy ekipę na ładnych parę lat. Ekipę, która później, choć już bez Erica, wywalczyła tytuł Klubowego Mistrza Europy sezonu 1998/1999 pokonując Bayern Monachium 2:1. Cantona mógłby zagrać w tym finale – miałby przecież dopiero 33 lata. Sam jednak zdecydował inaczej. Niespodziewanie zakończył karierę w wieku 30 lat – czyli po sezonie 1996/1997. Nikt nie rozumiał tej decyzji. Była ona jeszcze bardziej zadziwiająca niż ta z 1991 roku, bo tutaj Eric zyskał przydomek Króla Old Trafford i wzbił się naprawdę tak wysoko, że wyżej już chyba nie można.
W którymś z wywiadów uchylił rąbka tajemnicy w związku z tym zadziwiającym posunięciem: „Przestałem grać w piłkę, ponieważ zrobiłem już tak dużo, jak tylko mogłem. Potrzebuję czegoś, co będzie potrafiło zafascynować mnie równie mocno, jak zafascynowała mnie piłka nożna”. Można więc wysnuć wniosek taki, iż Cantona nie chciał być zapamiętany tak, jak był kojarzony w młodości – jako piłkarz wiecznie tułający się od klubu do klubu. Biorąc pod uwagę, że kiedyś nastąpiłby zapewne spadek jego formy – chciał zostać zapisany w historii jako wielka błyszcząca gwiazda footballu. Tak też się stało. Ostatni ligowy mecz, jaki rozegrał dla Manchesteru United odbył się 11 maja 1997 roku przeciwko West Ham United. Ostatni mecz w ogóle to David Busst testimonial match przeciwko Coventry City, który odbył się pięć dni później.
Eric Cantona znalazł jednak kolejne zajęcie. Stał się grającym trenerem reprezentacji Francji w plażowej piłce nożnej. Ten sport zafascynował go w 1997 roku w Monte Carlo.
Jak sam mówił, gra sprawiała mu wiele frajdy, bo gdy gra się na plaży nic nie jest takie proste, jak na murawie. Piłka zawsze może polecieć zupełnie inaczej niż by się chciało i tak dalej… I również tutaj nie obeszło się bez sukcesów, gdyż to właśnie Francja została Mistrzem Świata w Plażowej Piłce Nożnej.
Wielkie gwiazdy również nie podważały pozycji Francuza. Sam nieodżałowany George Best powiedział niegdyś: „Oddałbym całego szampana, jakiego kiedykolwiek wypiłem, aby zagrać obok niego w wielkim meczu na Old Trafford.”. Anglicy go kochali – Nike w jednej ze swoich reklam napisał „’66 was great year for English football… Eric was born”. Przedstawienie Francuza ponad Mistrzostwo Świata, które zdobyli w tym samym 1966 roku Anglicy, wydaje się być wręcz nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę tak wielką niechęć do siebie obu narodów. Dwa lata temu, podczas wywiadu, którego udzielał Eric powiedział: „Jestem bardzo dumny, że fani wciąż śpiewają moje imię, ale boję się, że jutro mogą przestać. Boję się, ponieważ to kocham. A gdy coś kochasz – zawsze boisz się, że to stracisz”. Ale ten wielki piłkarz, którego idolami byli Maradona, Marlon Brando oraz francuski poeta Rimbaud, może być pewny, że ponad 70 tysięczny tłum na Old Trafford nigdy nie przestanie śpiewać pieśni na jego cześć.
Lubisz ten wpis?
Oceń ten wpis:

(90 głosów, średnia: 4,83 na 5)







Vtg, jak ty to robisz? :) Kolejny z genialnych tekstów, jeśli nie najlepszy
Po twoich tekstach rozpiera mnie duma, że jestem kibicem tego wspaniałego klubu. Nie wiem czemu, ale tak mam ;p
Oczywiście 5, potwierdzasz, że to tobie, a nie Mattmanowi należało się 1 miejsce ;)
Kasiu, po prostu brak mi słów… ale ja wiedziałem, że tekst o „Le Dieu” napiszesz właśnie w taki sposób, tak, że odbierze mowę niejednemu czytelnikowi.
(ale mam kilka uwag, oczywiście :P)
Wiecie co… Ja mam w sumie „urlop”, ten felieton był pisany trochę wcześniej, niż miał być, dlatego też jego publikacja tak wczesna była dla mnie lekkim zaskoczeniem, ale pojawić i tak się kiedyś musiał :)
Kiedy tu weszłam pierwszy raz i zobaczyłam 0 komentarzy i ocenę 2 głosów w opisie „3 na 5″, to stwierdziłam, że muszę spoooro nad sobą popracować, bo zależy mi na tym, aby dawać Wam najlepsze teksty zarówno stylistycznie jak i merytorycznie, na jakie tylko mnie stać.
Teraz kiedy weszłam i widzę koment Giggsy’ego i NiLoka oraz tak wysoką ocenę wielu ludzi jest mi niezmiernie miło i jestem trochę onieśmielona, bo tak, jak ciągnęło mnie do Redloga, do dalszych legend, dalszych wielkich postaci, tak teraz ciągnie mnie tu jeszcze bardziej.
Miło mi, że wielu to czyta i nie mogę się doczekać ostatniego egzaminu w sesji, aby wrócić do Was i już w pełni regularnie zamieszczać chronologicznie kolejne odcinki serii „Legendy”.
Dziękuję bardzo za oceny oraz Giggsy’emu za wiarę we mnie i tak miłe słowa – mimo wszystko Matt wygrał zasłużenie, Vox populi, vox Dei. NiLok… jak zwykle z sympatii ocena :P
Eric Cantona to prawdziwy król Old Trafford. Nikt nie potrafił dobić rywala tak jak on, to co on potrafił zrobić z piłką to czysta poezja:) Kibice United na pewno zapamiętają go na zawsze, w końcu to ikona MU:)
A tak przy okazji podaje link do kompilacji o naszym wspniałym duecie, a mianowicie – Rooney & Tevez
http://pl.youtube.com/watch?v=MT3LShWNf1A
Wspaniały felieton – chyba najlepszy dotychczas z serii „Legendy”. Pewnie dlatego, że Kasia uwielbia Erica ;D
Dokładnie ;-) Kasia przedstawiła to w tak wspaniały sposób, że odbiera mowę :)
Wspaniały felieton brawo dla autorki :)Widać ile serca włożyłaś w jego napisanie nie ukrywam że nie mogłam sie doczekać felietonu o Ericu w twoim wykonaniu:) szacuneczek dla ciebie.
Vtg – A jakiś tekst o Ryanie planujesz, czy poprzestaniesz na legendach, które już skończyły karierę?
Nie nie, o Ryanie na pewno będzie :) Staram się iść chronologicznie, dlatego na Ryana trzeba będzie trochę poczekać.
Jeszcze 5 zawodników zostało do opisania przed Ryanem (opracowuję piłkarzy wg dat ich debiutów w United) :) Ale są miejsca dla „współczesnych legend” – dla Ryana właśnie, dla Paula, dla Gary’ego…
Tylko muszę się starać nie przekroczyć magicznej granicy legend i nie włączyć piłkarzy, którzy jeszcze sobie aż tak na to miano nie zasłużyli.
Tu problem będzie z graczami jak np. Ferdinand. To już 6 rok, odkąd jest w United, więc uznać, czy nie uznać za legendę? Wg mnie tak, ale może ktoś ma inne zdanie… To muszę rozważyć.
Pod innym artykułem na Redlogu nieco się „poprztykałam” z jednym redlogowcem o osobę RvN. Wg mnie jest on niekwestionowaną legendą, niekwestionowanym i genialnym snajperem w historii. Ale wg kogoś innego za to, jak potraktował United (też mam do tego inny stosunek) legenda być nie powinien.
A Beckham? Beckham tak samo – na dzień przed transferem do Realu mówił, że zakończy u nas karierę. 10 lat w United, ale brak szczerości i wierności. Co zrobić? Co zrobić z van der Sarem?
I takie przykłady można mnożyć i szczerze mówiąc stwarzają mi pewien problem. Bo skoro opisuję Cole’a, to jak mam nie opisać Ferdinanda? I ten i ten po 6 lat u nas.
Jest problem w tym, że z punktu widzenia współczesnego każdy w drużynie jest dla nas niezastąpiony i bardzo ważny.
Żeby obiektywnie to wszystko ocenić potrzeba niestety nieco pomyśleć nad tym wszystkim. Bo jak się ma van der Sar do Schmeichela, czy Stepneya?
Nie wiem, tu jest problem. I nie ma sztywnych reguł, bo Sheringham też się pojawi, mimo że grał u nas tylko 4 lata. Mam serie zakończona na RvN. Ale nie wiem, co dalej. Przydałoby się chyba dołączyć Ronaldo, czy Rooneya? I znow kolejny problem ;-) .
dla mnie van der Sar nie jest legendą, bo za krótko u nas gra. gdyby trafił parę sezonów wcześniej, to jak najbardziej.
Beckham mimo wszystko zasługuje na miano legendy, nawet jeżeli teraz sobie trenuje z Arsenalem. RvN – nie podobało mi się to, co mówił o Manchesterze, ale z drugiej strony… tyle goli dla nas strzelił, że nie można go pominąć. no i można by połączyć Yorke’a i Cole’a we wspólną legendę, przecież oni najlepsi byli w duecie :) a Teddy Sheringham?
No gdyby nie Teddy, to nie byłoby wielkiej chwili w 99 roku i ogólnie The Treble… I tu jest właśnie problem, bo to niby tylko jeden gol, ale AŻ jeden gol.
vtg87 świetny tekst:D czapki z głów i brawo:D ja dodam od siebie ze to dzieki Erikowi zaczełem kibicować United:D jako małych chłopiec latałem po boisku w koszulce oczywiście z postawionym kołnierzykiem.Mój idol.To pewna niewytłumaczalna rzecz,że dorosły facet hetero ma na ścianie plakat owłosionego Francuza:D
gol Solskjaera z finału wystarczy, żeby nazwać go legendą… :) a Teddy miał gola i asystę ;)
Dziękuję Kastro :) Dla mnie Eric też jest wielkim idolem.
Dziękuję Marcinowi za malutkie poprawki, ale ważne, by merytorycznie tekst był jeszcze lepszy.
NiLok… Gol + asysta właśnie wg mnie wystarczą :P Ale wg niektórych to tylko jeden bardzo ważny gol i jedna bardzo dobra asysta.
dla mnie Ole i Teddy to legendy United i nikt, a nic mnie nie przekona, że nie zasługują na takie miano. legendami tak samo są Beckham, Neville, Giggs, Scholes, Keane, Yorke, Cole, a nawet bym się pokusił o Butta :) no i Rooney… ale to już wybieganie w przyszłość :P
Nilok zgadzam się z tymi nazwiskami:D pomimo tego że nie lubie beckham to tez miejsce w współczesnej historii united mu się należy.Szkoda że SAF nie wprowadza do składu jakiegoś młodego wychowanka.
Muszę się rozwinąć :D
Poprzednie było „fajne”.
Świetny felieton, taki z rozmachem , czyta się jednym „tchem”. Naprawdę dobra robota.
Eric The King.
Trochę mi żal, że muszę dać piątkę za ten tekst. Myślę, że skala jest tu stanowczo za niska i należy się minimum dziesiątka :)
Masz niepowtarzalny i naprawdę znakomity styl, którym przewyższasz wielu czołowych dziennikarzy sportowych w naszym kraju. Dziwię się, że jeszcze jakaś Piłka Nożna nie ‘podebrała’ Cię Redlogowi :)
Kiedyś padł pomysł, aby całą serię ‘Legendy’ wydać w formie drukowanej. Całym sercem popieram ten pomysł – chciałabym aby taka pozycja znalazła się na mojej półce :)
@Futbolowa staramy się kombinować z bratem w tej kwestii, ale nic nie mówię :) Bardzo mi miło czytać takie komentarze, jak Twój. Naprawdę chylę czoło. Chcialabym kiedyś dogonić dziennikarzy PN – mój styl jest niestety za luźny i za kolokwialny, a co najzabawniejsze – takim stylem (bo nie umiem go zmienić) pisze wszelkie prace zaliczeniowe na studiach :D
Za luźny i za kolokwialny… Ale czy to źle? Może czas, aby w prasie przestały pojawiać się sztywne, oklepane teksty? Unikatowość i indywidualny styl, to Twój ogromny atut. I – jakby nie było – właśnie to trafia do czytelników :)
Eric The King… Po prostu genialny piłkarz, zimna krew do końca, postawiony kołnierzyk – charakterystyczna rzecz. Kontrowersje, bójki, skandale. Po prostu Eric. Fantastyczny zawodnik, tak jak napisałaś – rodzi się tylko raz.
Keano powiedział już wszystko :)
@Vtg – o________0 po prostu zajeb*sty tekst :D Naprawdę, fantastyczny. Niektórzy mi mówią, że mam bardzo dobry styl, ale chyba nie czytali Twoich tekstów. A co do tekstów z gazet – cóż z tego, że styl jest kolokwialny i luźny, jeśli teksty z gazet (pozwolę sobie użyć tego wyrażenia) robią mu lache z połykiem? Jako ze 6-tek nie ma, dostajesz zaledwie 5 ode mnie.
Macie racje takiego luznego podejscia brakuje.Piłka to nie tylko statystyki,no może w wydaniu Jacka Gmocha :D
A ja chciałem jeszcze dodać, że jak dla mnie Ruudowi należy się miano legendy. To w końcu jeden z 3 (?) piłkarzy, którzy zdobyli dla MU 150 goli… i nie mówię tego tylko dlatego, że to był mój ulubiony gracz ;) Ferdinand… cóż, moim zdaniem też ma charakter Diabła i jest jednym z najlepszych środkowych defensorów na świecie, jeśli nie najlepszym… Uważam, że jego również można zaliczyć :)
Aleście mnie wygloryfikowali :P Teraz to wstyd napisać coś na niższym poziomie :P
Kaśka, a może wyślesz ten tekst do futbol.pl? a nuż go opublikują w gazecie? (bo chodzi mi o miesięcznik, a nie serwis internetowy :P) spróbować nigdy nie zaszkodzi…
Czytając wszystkie komentarze, przyglądającym się temu wspaniałemu kółku adoracyjnemu, odczuwam pewny niesmak. Nie ujmując talentu, wkładu pracy Vtg87… stwierdzam, że dział legendy nie można określać fenomenalną pracą, genialnym tekstem. Dlaczego? To tylko notatka biograficzna, suche wydarzenia, roczniki, osiągnięcia. Nie ma tam Twojej opinii, jednak najbardziej zastanawiające jest to, że przecież sama tych rzeczy nie wymyślisz, a tylko przetłumaczysz z angielskich stron, lub przeinaczysz z polskich. Nudzą mnie te teksty i mam prawo tak stwierdzić. Czytając je czuje się jakbym czytał coś w Wikipedii etc. Nie ma tam Ciebie i powtórzę to jeszcze raz, to biografia, opis postaci, więc logiczne jest to, że Twojej twórczości jest tam mało. Tekst napisany jak najbardziej poprawnie językowo, jednak sam pomysł, idea jest dla mnie nudna bo tak jak mówię, to zwykła biografia, odgrzewane „ciepłe kluchy”, które ludziom się podobają i to oczywiste bo jak może się nie podobać wychwalanie zawodnika Legendy Manchesteru United? Jaki on „uh ah oh.” Vtg pisze dobrze, jednak skąd ten entuzjazm i wychwalanie nie mam pojęcia, skoro to tylko przedstawienie suchych faktów, które gdzie indziej będą przedstawione minimalnie innym słowami, jednak sens jest ten sam. Nie dziwi więc to, że seria Legendy nie cieszyła się nigdy wieloma komentarzami bo to po prostu dla większości nudne. Pisanie legend to żadne wyzwanie, zero emocji. Takie jest moje zdanie. „Gloryfikacja” autorki za tego typu teksty jest dla mnie nielogiczna. Gdyby ten tekst napisał Wiktor to nie byłoby takich ocen, dlaczego? Bo przecież to nie Vtg, czy MattMan i to działa podświadomie. Wiktor nie pisze fenomenalnie, ale widać w nim chęć, serce… tutaj widzę poprawny tekst biograficzny, nic więcej. Nie przesadzajcie z komentarzami, lub z wysyłaniem takich tekstów do gazet profesjonalnych.
Przepraszam za mocne słowo, wiem o czym mówię, każdego dnia spotykam się z wieloma artykułami, może nie sportowymi, jednak wiem, że mam rację. Styl kolokwialny może Cię zgubić, jeśli myślisz o dziennikarstwie.
@ Dawid85 – dziękuję jeśli uważasz, że „widać we mnie chęć, serce”. Równocześnie zdaję sobie sprawę, że nie piszę najlepiej, jednak za każdym razem próbuję się poprawić i podnieść poprzeczkę…
Jeśli chodzi natomiast o to, żę Kasia mało pisze „od siebie” – to dlatego, że „Legendy” to taka seria, gdzie na próżno szukać dłuższych własnych przemyśleń etc. Jednak Kasia dysponuje świetną wyobraźnią i uwierzcie, żę gdy skończy „Legendy” pokaże na co ją stać w tekście „od siebie” ;-)
Nie Wiktor, Kasia nie pokaże, bo Kasia nie chce. Nie o to Kasi chodzi.
Kolego Dawidzie – dla mnie seria „Legend” jest czymś, co sama zaproponowałam. Zaproponowałam nie po to, żeby przy minimalnym wkładzie własnej pracy (czyt. tłumaczenia) składać akapit po akapicie tekst od tak sobie – nie o to w tym chodzi. Spróbuj znaleźć gdzieś identyczny tekst względem informacji z tym, co ja piszę – nie są to przetłumaczone na sucho informacje posklejane w całość. Wbrew pozorom biorę bardzo dużo spoza Internetu – skąd i jak, to już moja tajemnica :) Ogólnie jednak pisząc, że jest to suche i beze mnie nie pozostaje mi nic, jak się z tym nie zgodzić. Widocznie do Ciebie nie trafiam – niestety ideałem nie byłam, nie jestem i nie będę. Najlepiej świadczy o tym to, że gro ludzi przeczyta ten wpis, a nie notkę z Wikipedii. I o to mi chodzi – w tym jestem ja. Właśnie w tym momencie tu jestem ja – mój podmiot czynności twórczych (tak to się powinno fachowo nazywać jak mi się wydaje).
Jeśli chodzi o styl – pracowałam już dla kilku serwisów. Umiem pisać innym językiem, ale Redlog jest stroną publicystyczną dla raczej młodszego kręgu odbiorców – mogę zmienić język, styl, ale po co? Tak lepiej się to odbiera. Napisałam wcześniej, ze prace na studiach również tak zwykłam pisać – magisterkę napiszę inaczej: po prostu wiem do kogo i w jakiej formie oraz stylu formułować teksty. Przykro mi, że do Ciebie nie trafiam.
Można napisać suchą notkę encyklopedyczną, pewnie. Ale po co, skoro można napisać coś, co przeczyta 10x więcej osób, jeśli włoży się w to trochę chęci, pracy i stylu, by „odgrzać ciepłe kluchy”? A właściwie wspaniałych zawodników, o których się zapomina. Dla mnie miłość do klubu to przede wszystkim znajomosć jego historii, znajomość legend, trenerów. I choć tego nie widać, to często w tekstach wcześniejszych (o legendach sprzed wielu wielu lat) zostały przemycone poniekąd fakty dotyczące sławnych meczów United.
Seria „Legendy” jest przede wszystkim serią edukacyjną dla kibiców. Jeśli kogoś to nie interesuje, to po prostu nie czyta.
Ja sie natomiast cieszę, że moja taktyka odnosi aż tak pozytywny skutek i nie będę płakać dlatego, że koś czyta o biografii piłkarza, którą napisałam ja, a nie ktoś w Wikipedii.
Nikt nie zmusza Cię do tego, byś zmieniała styl. Twoim zdaniem styl kolokwialny lepiej się odbiera? Może i tutaj tak. Nikt nie podważa tego, że dla Ciebie miłość do klubu to przede wszystkim znajomość jego historii. Nie wyolbrzymiaj. Nie neguję Twojej miłości do klubu, nie neguję niczego w Twojej osobie. Napisałem komentarz, ponieważ komentarze pod pracami z serii „Legend” są dla mnie śmieszne, a „gloryfikacja” Twojej osoby zwyczajnie niesprawiedliwa. To tylko biografia i moim zdaniem tekst normalny, zwykły… Genialnym nigdy się nie stanie… nigdy dla kogoś kto zna się na rzeczy bo tak jak mówię – to suche informacje, które każdy może przedstawić. Podmiot czynności twórczych? Tutaj tej twórczości nie widzę. Legendy są serią edukacyjną… Zaledwie edukacyjną a do najlepszych na pewno zaliczać się nie mogą. Nikt nie zmusza Cię również do płaczu, podaje swoja racjonalna wypowiedz, zdanie…. Powodzenia w dalszej twórczości.
Podmiot czynności twórczych to figura na przestrzeni tekstowej, nieważne, nie każdy musi to wiedzieć. Nie napisałam nigdzie, że negujesz moją miłość do klubu, więc nic nie wyolbrzymiłam.
Wiesz, nie zalezy mi tym, by pływac w komplementach. Jest mi zwyczajnie po ludzku miło, gdy piszę coś, co zapiera dech, a nie powoduje reakcji „OK, przeczytałem, dowiedziałem się”. Można sformułować tekst o np. Monachium w mój sposób, albo w inny sposób. Z ta różnicą, że zwykły wywołuje lekką melancholię, a mój (jak wiele osób mi mówiło) „zaparowane” oczy. I to jest TO, co JA daję z SIEBIE.
Ale w gruncie rzeczy w swoim komentarzu negujesz nie moje podejście do sprawy, tylko 37 komentarzy ze średnią 4,97 i ze 20 ludzi, których opinie są zupełnie inne, niż Twoja. niniejszym przedstawiłeś nie jedynie swoje zdanie, a to, że reszta ludzi pozostaje w błędzie, jeśli im się podoba seria „Legend”.
A jeśli sądzisz, że takie „coś” umie napisać każdy, to z niecierpliwością czekamy na Redlogu na Twój artykuł – nie widzimy przeszkód, by go opublikować.
Gdy nie ma argumentów bronimy się przez atak. Nie podważaj mojego zdania bo zwyczajnie nie masz argumentów. Na Twoim miejscu pewnie broniłbym się w podobny sposób. Wyobraź sobie, że pracuję w profesjonalnej gazecie, a swój komentarz zamieściłem tylko po to, by nikt nie zamydlił CI oczu, przez wypowiedzi osób, którzy twierdzą, że ten tekst zaistniałby w gazecie profesjonalnej. Nie podawaj żałosnych przykładów ze średnią i 20 ludzi bo naprawdę wywołujesz ironiczny uśmiech na mojej twarzy. Tak, uważam, że takie „coś” potrafi napisać każdy. Każdy potrafić napisać notatkę biograficzną, wystarczy mieć tylko dobre informacje i tyle. Skoro nie zależy Ci na tym, by pływać w komplementach, uszanuj moją wypowiedź. Skoro dla innych ten tekst jest genialny, cóż… możesz się w życiu niemiło rozczarować. Nie rozumiesz sensu mojej wypowiedzi. Cieszę się, że ludziom podoba się to co piszesz, ale nigdy, przenigdy nie podpisze się pod komentarzem” genialny tekst” Artykuł ma prawo sie podobać, nic więcej. Nie zamierzam z Tobą dyskutować, dlatego na tym zakończę swoją wypowiedź.
Dawid85 masz 100% racji,nie odezwe sie juz wiecej,zamkne się w sobie jak bym dostał autyzmu,każdą swoją mysl postaram sie konsultować najpierw z tobą,przecież tylko ty masz racje.O mistrzu prowadz nas.hehehe
Tzn. ja też nie zamierzam się wdawać w dyskusję z Tobą, ze względu na to, że ja też mam pojęcie o tym, co robię. Jak pisałam wyżej – nie tylko doświadczenie w innych serwisach, gazetach, ale także studia.
Dla mnie Twoja obrona jest jeszcze bardziej żałosna, niż moja, więc moglibyśmy sobie wirtualnie podać rękę „ha ha ha”. Myślę, że tak naprawdę bardziej ośmieszające jest powiedzenie a’la „Mój komentarz jest super, bo jestem w redakcji gazety”.
„Wyobraź sobie, że pracuję w profesjonalnej gazecie, a swój komentarz zamieściłem tylko po to, by nikt nie zamydlił CI oczu, przez wypowiedzi osób, którzy twierdzą, że ten tekst zaistniałby w gazecie profesjonalnej.” Po Pierwsze po tym komentarzu widzę, jak możesz w tej gazecie pisać, po drugie nikt mi tu oczu nie mydli. Ludzie, którzy poznali mnie przez tę stronę wiedzą, jakie mam podejście i do siebie i do swoich tekstów więc… Tak, ten tekst, zapewniam Cię, zaistniałby w gazecie profesjonalnej, choć możesz sobie tego nie umieć wyobrazić. Ale to już Twój problem, a nie mój.
Bez komentarza. Twoje zdanie szanuję, ale nie zgadzam się z nim zupełnie. Przyjmuję krytykę, oczywiście, ale poruszyłeś ze dwie sprawy, których niestety nie jestem w stanie przemilczeć.
Dawid85: przeczytałem Twój pierwszy komentarz i postanowiłem nie czytać dalej, ani Twoich, ani odpowiedzi Vtg. nie chcę się nimi sugerować.
powiem Ci, że bardzo się mylisz twierdząc, że seria Legendy, to zwykłe notki biograficzne o piłkarzach. to jest zdecydowanie coś więcej. każdy napisałby to inaczej, większość osób mogłoby się skupić na suchych faktach, ale Kaśka wyciąga z historii tych piłkarzy coś więcej, coś czego nie znajdzie się na wikipedii czy w encyklopedii. bo Vtg pisze z perspektywy fanki United, a nie dziennikarza sportowego. i to jest w tych tekstach najważniejsze. opisywanie tych zawodników, tych historii przebiega w taki sposób, że czytelnikowi-kibicowi MU zapiera dech, natomiast kibic nie związany aż tak z tym klubem myślę, że również odebrałby taką „notkę biograficzną” w inny sposób. nie adorujemy Kasi, bo jesteśmy z nią w redakcji Redloga. wychwalamy te teksty, bo jest w nas United i ona potrafi wyzwolić nasze emocje związane z fascynacją tym klubem. wiem o czym mówię, bo Cantona był wielki i Kasia w powyższym tekście potrafiła to oddać.
zgadzam się z jednym, styl kolokwialny w gazecie nie przejdzie… w dziennikarstwie informacyjnym. w dobie Internetu, gazety stawiają raczej na publicystykę, a tam, zależnie od odbiorców, styl może być różny.
Nic dodać nic ująć. Po prostu świetny tekst:) Dzięki Vtg za to co robisz na Redlogu:) Bardzo obszerny i świetnie skonstruowany tekst- do tego ten Twój język jest taki … wyszukany. gratuluję. ode mnie 5
po przeczytaniu tego świetnego tekstu chyba nic nie trzeba dodawać…
Cantona był po prostu niezwykle zdolny i do tego jaki maił temperament! ;)) lubię takich piłkarzy; cudownie byłoby gdyby (troszkę wg. niektórych podobny to Ericka) Cris poszedł w jego ślady i sięgnął najwyżej jak się da… mam nadzieje że tak się stanie :)
pozdrawiam kibiców MU! Łączmy się! W jedności siła !! :*
Czy tylko mnie sie wydaje, ze United nie byli mistrzami w 1992 r.?
Super tekst o Ericu. Łezka się w oku kręci bo właśnie od jego przyjścia na Old Trafford zaczęła się moja przygoda (miłosć) do Manchesteru. I trwa…trwa…trwa
A tak na marginesie 97′ był smutnym rokiem. Canto zakończył karierę i szkoda że nie zagrał w finale 99′.