Nie przegap
Strona główna / Alex, przesadziłeś!

Alex, przesadziłeś!

W sobotę w Anglii miało miejsce bardzo ważne wydarzenie, a dokładnie mecz pomiędzy Liverpoolem a Manchesterem United. Dla kibiców obu tych ekip jest to wręcz pojedynek na śmierć i życie, tym bardziej jak spojrzy się na to, co dokonało się podczas ostatniego sezonu. Podopieczni sir Alexa Fergusona zepchnęli z tzw. grzędy drużynę z miasta Beatlesów (Manchester United wyprzedził Liverpool w ilości zdobytych tytułów mistrza Anglii – Czerwone Diabły 19, The Reds 18).

Jak to zawsze bywa, przed takimi meczami jest wiele spekulacji. Jakie będą wyjściowe składy? Kto strzeli bramkę? Może zobaczymy jakieś czerwone kartki? Ciekawe czy obejrzymy dobry mecz? Nadszedł dzień meczu, wielkie napięcie, niepewność i inne emocje związane z oczekiwaniem na pojedynek odwiecznych rywali. Została godzina do pojedynku. Ciekawscy wyszukują już w internecie wyjściowe składy obu zespołów. Zestawienie ekipy Dalglisha zostało podane jako pierwsze i wiadomym jest, iż drużyna z Anfield Road chce zainkasować u siebie komplet punktów. Dobra, czas przejść do tematu i głównej myśli tego, co chciałbym tutaj przekazać. Tytuł wskazuje na co, a może lepiej na kogo zwrócę uwagę.

Man Utd: De Gea – Smalling, Ferdinand, Evans, Evra – Park , Giggs, Fletcher, Jones , Young – Welbeck
Ławka rezerwowych: Lindegaard, Valencia, Anderson, Rooney, Hernandez, Nani, Carrick

Początek obiecujący. Bramkarz i formacja obronna bez większych zmian w porównaniu do poprzedniego spotkania, lecz jak to mówią „Im dalej w las tym więcej drzew”. W tym przypadku sprawdziło się to zdecydowanie. Linia pomocy obfituje już w kilka niespodzianek, a patrząc na napastnika, który wychodzi w pierwszym składzie, można doznać niemałego szoku. Wypadałoby omówić te zmiany, bo tak o nich piszę, ale nic szczególnego jeszcze nie przytoczyłem tutaj.

Pierwszym co się rzuca w oczy jest taktyka obrana przez dowódcę Czerwonych Diabłów. Słynne 4-5-1 wygrało w oczach Szkota ze skutecznym 4-4-2. Jak dobrze wiemy, przy ustawieniu z pięcioma zawodnikami w drugiej linii gra Manchesteru United nie powalała. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj bardziej męczyła się osoba, która mecz oglądała niż piłkarze biegający na boisku.

Druga niespodzianka to pojawienie się Phila Jonesa w linii pomocy. Owszem, było widać w wielu meczach z udziałem tego młodego Anglika, że lubi zapędzić się pod pole karne przeciwnika, ale bez przesady, to nie powód, aby obrońca grał jako środkowy pomocnik. Przez to nie wystąpił główny reżyser gry Manchesteru United, Anderson. Ten utalentowany Brazylijczyk jak do tej pory występował we wszystkich spotkaniach Czerwonych Diabłów w Premiership i strzelił nawet dwie bramki.

Patrzę dalej i kolejne zaskoczenie. Nie mogę dostrzec w podstawowym składzie zawodnika, który występuje w koszulce z nr 17 na plecach. Jest to oczywiście Portugalczyk, Nani. W ostatnich spotkaniach ekipy z Old Trafford był wyróżniającym się punktem w talii sir Alexa Fergusona. Nawet w meczach reprezentacyjnych udało mu się strzelić dwie bramki. Czemu nie wyszedł od pierwszej minuty? O to trzeba zapytać szkockiego managera, bo chyba tylko on zna odpowiedź na te jakże ważne pytanie. Kosztem Naniego w pierwszym składzie wybiegł Koreańczyk, Park. Jedyne co może usprawiedliwiać ten wybór, to pracowitość Azjaty. Według mnie lista cech, którymi były reprezentant Korei Południowej przewyższa Portugalczyka, się zakończyła.

To teraz mogę przejść do napastnika. Od początku, co dziwne, nie zagrał ani Rooney, ani Javier „Chicharito” Hernandez. O Berbatovie nie wspominam, bo chyba wszyscy przyzwyczailiśmy się, że Bułgar z rzadka wchodzi na boisko w obecnych rozgrywkach o mistrzostwo Anglii. Alex Ferguson również nie okazał się wredny wobec kibiców Liverpoolu i Michael Owen, ex-liverpoolczyk, obserwował poczynania swoich klubowych kolegów jedynie z wysokości trybun na Anfield. Więc kto nam został? Tak, wybór padł na młodziutkiego i niezbyt doświadczonego Anglika, który nazywa się Danny Welbeck. Owszem, ma na swoim koncie już bramki w obecnym sezonie (strzelił już: Tottenhamowi, Arsenalowi, FC Basel i Norwich), ale to chyba nie jest jeszcze powód, aby grał on kosztem lepszych od siebie napastników. W mojej opinii tutaj wybór powinien paść na innego Syna Albionu, czyli Wayne’a Rooneya. Może Alex Ferguson pomyślał, że Rooney jest zawieszony po meczu reprezentacji Anglii z Czarnogórą również w Premiership? Ciekawe, ciekawe, trzeba go o to zapytać.

Jak zasugerowałem wcześniej, preferuję taktykę 4-4-2, więc teraz przyszedł czas, aby jednego pomocnika „zdjąć” kosztem napastnika. Mój wybór padł na doświadczonego Walijczyka, Ryana Giggsa. Dlaczego? Dlatego, iż żeby wprowadzić na boisko snajpera, wolę zrezygnować z zawodnika, który w mniejszym stopniu zabezpieczy tyły i wspomoże defensywę. Wiadomym jest, że Darren Fletcher lepiej wywiąże się z tego zadania niż Giggs, który gra zdecydowanie bardziej ofensywnie, więc zostawiam Fletcha, zdejmuję Giggsa, a w ataku ustawiam „Chicharito”. Ten Meksykanin jest fantastycznym zawodnikiem i dzięki swojemu sprytowi i szybkości mógłby spokojnie zgubić dwójkę rosłych i wolniejszych od siebie stoperów z Anfield (Carragher i Skrtel).

Patrząc na to, można zobaczyć, że z zawodników na ławce rezerwowych można byłoby spokojnie stworzyć lepsze formacje pomocy i ataku niż te, które od pierwszej minuty grały w meczu przeciwko Liverpoolowi.

Podczas tego spotkania widać było, iż to, co przed meczem założył sobie Ferguson nie sprawdza się tak, jak należy. Do przerwy było 0:0 i chyba wtedy Alex poszedł po rozum do głowy. Zdecydował się wysłać na rozgrzewkę Rooneya i Naniego. Nagle, w 68. minucie Gerrard strzelił gola i dla obu panów zakończyło się truchtanie za linią boczną. Zastąpili oni Parka i Younga. Dziesięć minut później, gdy wynik się nie zmienił, Szkot kazał wejść Hernandezowi za Phila Jonesa, który swoim występem, mówiąc łagodnie, nie zachwycił. Chwilę po wejściu „Groszek” mógł cieszyć się ze zdobytej bramki i na tablicy wyników widniało 1:1.

Na koniec jeszcze mógłbym dodać, iż po zejściu Jonesa to chyba Rooney dostał polecenie, aby zastąpić swojego rodaka na pozycji defensywnego pomocnika. Osobiście nie widziałem, aby Wayne stworzył jakiekolwiek zagrożenie i biegał pod polem karnym przeciwnika. Więcej go było zdecydowanie pod własną bramką. Mecz nie został przegrany przez Manchester United, lecz styl, w jakim remis na Anfield został ugrany, pozostawia wiele do życzenia. Jako kibic Manchesteru United mam nadzieję, że w przyszłości manager ekipy z Old Trafford nie będzie tak kombinował ze składem i wszystkie aspekty gry Czerwonych Diabłów będą funkcjonować zdecydowanie lepiej.

Autor: Grzesiek Gawin

Przewiń na górę strony