Nie przegap
Strona główna / Legendy / Legendy: Monachium 1958

Legendy: Monachium 1958

Tragedia w Monachium 1958r.
Czasami mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Patrząc jednak na historię potęgi, jaką stanowi Manchester United (a stanowi ją bez względu na to jak gra – choćby względem całej historii klubu) można stwierdzić, że są pewne postaci, których zastąpić nigdy się nie uda. Odchodzą ludzie, po których pustka nigdy się nie wypełnia i o których wspomnienia wywołują wzruszenie. Tym bardziej, gdy wspominamy ich z myślą o tym, że mogliby być tu teraz z nami i razem z Sir Bobbym Charltonem siedzieć na trybunach i dopingować Czerwone Diabły. Drużyna z fenomenalnymi piłkarzami wygrywała mecz po meczu i nie było mowy, że może być zespół silniejszy niż Busby Babes. I rzeczywiście nie było takowego. Ośmioro z nich jednak przegrało jeden z tych najważniejszych meczów. Tyle, że w tym ostatnim nie obowiązywały żadne zasady.

Tommy TaylorJeśli trudno Wam wyobrazić sobie kogoś lepszego niż połączenie Ruuda van Nistelrooya i Wayne’a Rooneya, to nigdy nie zobaczycie zawodnika, który królował w ataku Manchesteru UnitedTommy Taylora. Jako 26-latek zdążył rozegrać 19 meczów w reprezentacji Anglii. Okrzyknięty wielkim talentem, został sprowadzony do United za rekordową wtedy kwotę 30,000£. Jak bardzo był dobry? Na tyle, że Sir Matt Busby nie chciał go oddać do Interu Mediolan za astronomiczną wtedy sumę 65,000£! Jego ogromną zaletą była walka w powietrzu. Chyba nikt w historii futbolu nie potrafi do dziś tak, jak Taylor, wyskoczyć spomiędzy dwóch obrońców i z idealną dokładnością trafić do bramki. Jako piłkarz był odważny i dumny (w sensie pozytywnym) i miał, można powiedzieć, żelazne płuca. Podobnie jak dla Rooneya nie stanowiło dla niego problemu bieganie przez 90 min plus ewentualne dogrywki. Wydajność jego organizmu była wręcz chwilami niewiarygodna. W swoim debiucie na Old Trafford trafiał do bramki dwukrotnie. Chłopak z Yorkshire wbijał średnio dwa gole na trzy mecze. Nieprawdopodobnie skuteczny, potrafił wyminąć każdego obrońcę. Jednakże większe wrażenie robi statystyka z meczów międzynarodowych, gdzie Taylor w ciągu 19 rozegranych spotkań trafiał do bramki przeciwników aż 13 krotnie. Był prawdziwym koszmarem dla obrońców. Nie do zatrzymania. Do Manchesteru dołączył w marcu 1953 roku. Za kilkanaście dni minąłby 5 rok odkąd błyszczał w Busby Babes. Ale ten 5 rok nigdy nie nastał. Łącznie w klubie i reprezentacji wystąpił 188 razy. W historii zapisał się 130 trafieniami. Razem w Violletem tworzyli atak marzeń, który można porównać w historii Manchesteru jedynie z atakiem Cole – Yorke, a i tak nie będzie to z pewnością w pełni odzwierciedlało całej jego siły.

Liam 'Billy' WhelanLiam „Billy” Whelan. Postać właściwie nieznana, a właściwie niedoceniana. Ciekawi sam fakt zapomnienia tego zawodnika. Bo czy ktokolwiek przypuszcza, pamięta, wie, że to właśnie on był wtedy kapitanem United? Billy również nie wyróżniał się spośród pozostałych Dzieciaków Busby’ego. Monotonnie mówiąc – był fenomenalny. Dość powiedzieć, że Whelan w ciągu 51 występów jako pomocnik trafiał do siatki 33 razy. Więc dlaczego teraz za fenomen uważa się Franka Lamparda, o Whelanie w ogóle nie wspominając…? Może po części dlatego, że Whelan był reprezentantem Irlandii Północnej, a tam rozegrał zaledwie cztery spotkania. Ale… „Billy” do teraz pozostaje strzelcem jednej z najpiękniejszych bramek w historii footballu. W ćwierćfinale Ligi Mistrzów przeciwko Atletic Bilbao Whelan zerwał się nagle, przebiegł ponad połowę boiska i wymijając pięciu obrońców nie chybił! Po dziś dzień jest to jedna z najpiękniejszych akcji w historii. Mimo że teraz minęło już tyle lat, odkąd postawił ostatni krok na murawie. Miał 22 lata. Trudno napisać o nim więcej, choć na pewno byłoby warto. Whelan jest na tyle niedoceniany, na ile nie sposób znaleźć o nim jakiekolwiek informacje. Pomimo że również był geniuszem piłki.

Roger ByrneDużo więcej osób pamięta natomiast o zawodniku bardzo charyzmatycznym, który również był kapitanem Busby Babes. Roger Byrne kreował drużynę na futbolowego giganta lat 50′ XX wieku. Był on zawodnikiem właściwie uniwersalnym, ale na samym początku kariery występował jako pomocnik. Ale czy był to skrzydłowy, środkowy czy lewy obrońca, zależało od meczu, bo był on jednakowo niezastąpiony na każdej jednej z tych pozycji. Jednakże kiedy Sir Matt Busby w roku 1952 powiedział Byrne’owi, że będzie grał ostatecznie jako skrzydłowy, Roger zapytał od razu o możliwość transferu, do którego oczywiście nie doszło. Sir Matt musiał wyrazić zgodę na występy Byrne’a na ukochanej pozycji lewego obrońcy, gdzie tworzył prawdziwy show, który, kiedy raz się zobaczyło, w żaden sposób nie dało się zapomnieć. Szybki, silny i zawsze kontrolujący piłkę. Potrafił przebiec pół boiska i wykończyć akcję w sposób doskonały. Był człowiekiem inteligentnym i jednocześnie upartym, ale nigdy egoistą. Spełniał rolę obrońcy, na którego nikt nie chciał się natknąć – nie do przejścia (jak skała), ciężko pracujący, pełen sił, zwrotności, efektywny i efektowny jednocześnie. Ale te wszystkie umiejętności nie przychodziły mu wcale łatwo. Bo tak, jak późniejszy Best miał wszystkie triki we krwi, tak Byrne musiał naprawdę ciężko pracować na treningach, by swój talent oszlifować. I do tego Roger jest kolejnym zawodnikiem z serii niebywale wytrzymałych (jak bardzo niektórym współczesnym gwiazdom brakuje wytrzymałości „Dzieciaków Busby’ego”…?). Dla Anglii zagrał 33 razy. Na pewno wbiegłby z opaską kapitana na Mundialu 1958r, ale podobnie jak kolegom – los i jemu odebrał ten zaszczyt. 8 lutego świętowałby swoje 29 urodziny…

Geoffrey Geoffrey 'Geoff’ Bent bronił dostępu do bramki wraz z Byrnem i Foulkesem. Tyle, że Bent znalazł się w samolocie do Belgradu może nawet po części przez zrządzenie losu, mianowicie jako dubler Byrne’a, który kilka dni wcześniej nabawił się kontuzji i jego występ stał pod znakiem zapytania. I chyba dlatego o Geoffie tak mało się słyszy. Jednakże mówi się, że gdyby ktoś taki jak Byrne nie znalazł się w składzie Manchesteru – to właśnie Bent byłby tym niezastąpionym obrońcą. Wobec trudności z wywalczeniem miejsca w składzie wobec konkurencji Byrne’a – Geoffrey nauczył się grać zarówno po lewej jak i po prawej stronie obrony. Jego agresywne wślizgi, „obronna” uniwersalność i spokój zapisały niejedną linijkę w historii klubu z Old Trafford.

Mark JonesReprezentant angielskiej młodzieżówki – Mark Jones – za pół roku świętowałby swoje 25 urodziny. Określany mianem okrutnego i niezmordowanego zawodnika, Mark był prywatnie całkiem niepozorny. Poza boiskiem palił bowiem fajkę i był miłośnikiem-kolekcjonerem papużek falistych. Czy po takim człowieku można było się spodziewać takiego talentu? Talent Jonesa wywodził się głównie z jego siły, determinacji i niezwykłej zdolności do wywalczania sobie piłki. Pomimo tego, że w 120 występach zaliczył tyko jedno trafienie do bramki, to jego zasługi dla naszego klubu nie mogą być kwestionowane.


David PeggUrodzony w Doncaster David Pegg w momencie swego debiutu w Czerwonych Diabłach miał zaledwie 17 lat. Odszedł od nas będąc zaledwie 22-latkiem. Ale Pegg wyróżniał się spośród innych skrzydłowych jedną anomalią. Jego niesamowitość wywodziła się bardziej z nienagannej techniki, niż z szybkości. Obrońcy mogli więc nadążyć za nim, ale niedużo im to dawało. Wobec niezwykłej siły strzału Pegga z lewej nogi, wszelkiego rodzaju strzały, dośrodkowania czy też inne pomysły, jakie David chciał w danym momencie zrealizować, połączone z jego techniką osiągały zawsze zamierzony cel.


Eddie DolmanŚmierć Eddiego Colmana ze względu na jego wiek była jeszcze tragiczniejsza. 21-letni prawy pomocnik był najniższym zawodnikiem naszej drużyny. I chyba najbardziej oklaskiwanym. Eddie uwielbiał „płynąć” po boisku w rytm dopingu kibiców zachwyconych jego zuchwałym ośmieszaniem obrońców. Do dziś pozostał niedościgniony w kwestii dryblingów i gry ciałem. Potrafił wyminąć dosłownie każdego, kto stanął mu na drodze. Można powiedzieć popularnie: wkręcał obrońców w ziemię. Ten jednak, kto myśli teraz, że Ronaldo jest idealnym następcą Colmana ogromnie się myli, jeśli chodzi o skuteczność i technikę. Jednakże istotnie i Colman i Ronaldo mieli kolejną wspólną cechę: obaj krytykowani byli za zbyt wielką ufność we własny talent, który w efekcie nie przynosił aż tylu efektów, ile by mógł. Choć Eddie był zawodnikiem skutecznym to nikt nie wątpi, że gdyby wykończył wiele 100% akcji – jego skuteczność byłaby niewiarygodna. Tyle, że skuteczność Colmana była wysoka dzięki pomocy zawodnika z głębi pola, z którym potrafił wyprowadzić wiele sprytnych i niesamowitych akcji.

Duncan 'Boom boom' EdwardsZawodnikiem tym z głębi pola był obrońca, o którym można by napisać niejedną książkę i którego śmierć była opłakiwana chyba najbardziej gorzko. Wobec jego talentu, którego zwykłymi słowami oddać się nie da, pragnę przeprosić, że umieszczam w tym małym akapicie tylko kilka zdań zamiast całego osobnego felietonu. Duncan „Boom boom” Edwards był kimś, kogo kibice, dziennikarze czy reporterzy nigdy wcześniej nie widzieli. Nie widzieli nawet do dziś. Był twórcą i niszczycielem. Zaczynał akcje i udaremniał dojście do bramki przeciwnikom. Tak, jak teraz mówi się o geniuszu Busby Babes, tak trzeba wziąć pod uwagę, że te słowa opisują sam zespół, bo gra Duncana była dużo lepsza. Był dobry na tyle, na ile nikt nie potrafi opisać całkowicie jego fenomenu zwykłymi słowami. Był wysokim silnym graczem z wachlarzem umiejętności i, jak prawie każdy z Busby Babes, miał żelazne płuca i nie opadał z sił. Ponadto miał wrodzone bardzo szybkie czytanie gry i nigdy nie zastanawiał się, co zrobić z piłką – on to po prostu wiedział! Dlatego określa się go jako „jednoosobową drużynę”. Po katastrofie w Monachium Bóg dał nadzieję kibicom, że zachowa 21-letniego Duncana przy życiu. Po 15 dniach człowiek tak silny, tak niezniszczalny na boisku po tak długiej, dramatycznej walce odszedł od nas, a ból po jego stracie nie zniknął do dziś. „The Tank” (tłum. czołg) zostawił po sobie tak wiele i jednocześnie tak mało. Wiele chwil w archiwach, wiele kart historii, pomimo jedynie pięciu sezonów w ManU. Kiedy Anglicy grali na Mundialu w 1966r., Edwards kończyłby 29 lat i niewątpliwie stanowiłby filar drużyny, ale odebrano mu ten zaszczyt. Sława Duncana nigdy nie zagasła. I nigdy nie zgaśnie, a on sam pozostanie w historii jako niedościgniony bohater futbolu. Ideał piłkarza, o którym pamięć będzie trwać, dopóki pod jego pomnikiem płoną znicze, wystawę o nim oglądają najmłodsi, ludzie modlą się w kościele, gdzie dwa witraże ukazują właśnie Edwardsa, a w pubie o jego imieniu ludzie wspominają historię kogoś, kto odszedł za szybko, za wcześnie…

Ten felieton ma na celu przypomnienie Wam o zawodnikach, którzy na co dzień są zapomniani. Niektórych z nich będą wspominają tylko rodziny i przyjaciele. No i ten mały odsetek kibiców, który pamięta i który nigdy nie zapomni, że to dzięki tym ludziom kilkadziesiąt lat temu zrobiło się głośno o zespole, którego herb zawsze noszą i będą nosić głęboko w sercu. Odeszli zbyt szybko, zbyt gwałtownie, niespodziewanie. Tam u góry grają w lidze gwiazd, trenują pod uważnym okiem Sir Matta i zapewne znów są niepokonani, ale tym razem już na zawsze.

Przewiń na górę strony