Nie przegap
Strona główna / Legendy / Cantona. Buntownik, który został królem

Cantona. Buntownik, który został królem

Zgłosiłam się do napisania recenzji książki „Cantona. Buntownik, który został królem” (ang. Cantona. The Rebel who Would be King) nie dlatego, że dwóch wicenaczelnych po cichu mi dopingowało, ale dlatego, że twierdzę, że jestem fanką Manchesteru United, a tak naprawdę nic nie wiem o tym klubie. Nie znam jego historii, jego trenerów, piłkarzy, zdobytych trofeów. Po prostu od jakiegoś (bliżej nieokreślonego) czasu oglądam mecze z ich udziałem i kibicuję piłkarzom w czerwonych koszulkach. Chyba nadszedł czas, by trochę zgłębić wiedzę na temat Czerwonych Diabłów, a właściwie jednego z nich.

» Sir Alex Ferguson – 25 lat na szczycie
» Kiedy mewy śledzą łajbę… – 15 lat po wybryku Cantony

Pierwsza myśl na temat pozycji Wydawnictwa Anakonda, która nasunęła mi się jeszcze zanim doczytałam biografię Cantony, była następująca: to nie jest książka dla niekibica Manchesteru United. Jedynym i decydującym faktem dla tego stwierdzenia było (niesłuszne skądinąd) założenie autora, Philippe’a Auclaira, że absolutnie każdy czytelnik/kibic wie, co się wydarzyło 25 stycznia 1995 roku na Selhurst Park. Ja nie wiedziałam. I chyba spodziewałam się, że rozdział 16 poprowadzi mnie jak małe dziecko, za rękę, przez całą sytuację. Trochę się zawiodłam… Natomiast poza błędami w tłumaczeniu* i literówkami (które niestety nie zostały wyłapane i pojawiają się w każdym rozdziale) nie zdołałam wychwycić żadnych błędów merytorycznych, gdyż nie pozwala na to moja uboga wiedza. Moja recenzja będzie oparta tylko i wyłączeniu na odczuciach estetycznych.

Autorem biografii jest Francuz, jednak książkę napisał po angielsku. Dwujęzyczność sprawiła, że przy jej powstawaniu udział mieli zarówno dziennikarze, trenerzy, sportowcy i przyjaciele Érica z jego ojczyzny, jak i z Wysp. Auclair podzielił swoje dzieło na 19 rozdziałów, nadając im tytuły w porządku chronologicznym oddającym przebieg kariery Cantony, a większość z nich kończył opowiastką, historią czy wywiadem, których nie chciał zawierać w samym rozdziale, by nie zakłócać jego spójności. Wtrącenia te są pisane kursywą i mają charakter poboczny.

Zaczynając czytać biografię Érica Cantony, nie wiedziałam o tym piłkarzu nic. Nawet że był Francuzem. Musiałam więc podejść do zadania napisania recenzji bardziej odpowiedzialnie niż nawet do uczenia się do kolokwiów na studiach. Zabrałam się za nią jak za pisanie pracy zaliczeniowej – nie tylko robiąc notatki, ale także zaznaczając ważne momenty, ciekawe cytaty, istotne fakty, opinie samego bohatera, ale i innych ludzi, ale przede wszystkim daty, nazwy klubów i nazwiska osób (próbowałam przy okazji odświeżyć mój francuski – jak czuć się jak na studiach, to na całego). 1,5 tygodnia czytania (nie jestem w stanie usiedzieć dłużej w jednym miejscu, stąd czytanie książek – jakkolwiek przyjemne by nie było – rozkładam w czasie), 86 kolorowych karteczek przyklejonych na brzegach kartek 429 stronic książki i kilka stron ręcznych notatek  – oto efekt wstępu do pracy nad recenzją.

Zakładki

A sama recenzja? Nie pamiętam, kiedy ostatni raz czytałam czyjąś biografię. Nie pamiętam, czy kiedykolwiek czytałam biografię napisaną tak kwiecistym językiem. Ale nie pamiętam też, kiedy po odłożeniu kolejnego przeczytanego rozdziału, siadałam przed komputerem, by na YouTubie odnaleźć wideo z konkretnego meczu i odtworzyć te opisane jako „niezwykłej urody” bramki strzelane przeciwnikom przez Érica Cantonę lub czytałam na głos fragment biografii, by podzielić się czymś niespodziewanym ze współlokatorem (przed którym dopiero ta pozycja z cyklu Gwiazdy Sportu). Nie wyrażam zachwytu książką – od tego jestem raczej daleka, ale nie zaprzeczę, że stanowiła ona dla mnie źródło cennej wiedzy.

Razem z autorem i naocznymi świadkami (m.in. Célestinem Oliverem, Guyem Roux, Gérardem Houlierem, Michelem Platinim**, sir Alexem Fergusonem, przyjaciółmi i piłkarzami, których wymienić nie zdołam) przemierzamy przez życie zagubionego i niezwykle utalentowanego piłkarza od jego dzieciństwa spędzonego w sielankowej scenerii Marsylii, śledząc jego pasje, dorastanie, wzloty i upadki w kolejnych francuskich szkółkach i klubach piłkarskich, służbę wojskową, tułaczkę z miejsca na miejsce, pierwszą miłość i dylematy z nią związane, aż po pierwsze wybryki pozaboiskowe, bunty osobowości, aż po odnajdywanie swojego ja na Wyspach Brytyjskich. Cantona malarz, Cantona kochający syn i wnuk, Cantona celebryta, wreszcie Cantona skromny piłkarz nie szukający poklasku („Nie robił sztuczek dla samego siebie. Widział w nich sens jedynie wtedy, gdy mogły przynieść korzyść jego drużynie”), ale również znający swoją wartość i niekwestionowany „król” Manchesteru United – biografia napisana przez Auclaira to setka oblicz jednego genialnego piłkarza.

Dla niektórych Cantona to nie był powiew świeżej bryzy, a raczej tornado, które zmiotło hipokryzję bien-pensants (myślących poprawnie), nonkonformista, który nie zrobił niczego złego, będąc potępiany przez tchórzy i karierowiczów. Dla innych (większości) – delikatnie obłąkanym, tłumaczącym się i koloryzującym voyou (łobuzem), który gadał głupoty, a wszystko uchodziło mu na sucho dopóty, dopóki strzelał gole.

Philippe Auclair

Czytelniczce, dla której wszystko było nowe i nieznane, ciężko jest przytoczyć najciekawsze fragmenty – każdy prawdziwy kibic z pewnością je zna. Najbardziej rozpoznawalne w całej tej układance życia piłkarza były dla mnie historie traktujące po części o „ikonach” współczesnego futbolu, gdy więc pojawiało się nazwisko, które znam (Giggs, Beckham czy chociażby Zidane), czytałam z większym animuszem – a nuż skojarzę rok, wydarzenie. Niestety, nic takiego nie miało miejsca. Ale ujął mnie fragment, w którym oprócz Érica znałam aż dwóch bohaterów przytaczanego zdarzenia.

Gdzieś w drugiej części książki Philippe Auclair powołuje się na historię opowiedzianą przez Roya Keane’a. Pewnego razu Steve Bruce przyniósł drużynie czek na 15 tysięcy funtów jako honorarium za wideo z udziałem Manchesteru United, a żaden z graczy nie wiedział, jak sprawiedliwie podzielić tę kwotę na 18 zawodników. Zarządzono losowanie, w którym brał udział każdy, chyba że wyraźnie zażyczył sobie swojej 1/18 i był wykluczony z walki o całą pulę. Młodzi zawodnicy się wykruszyli. Wśród odważnych, którzy przystąpili do losowania byli Paul Scholes i Nicku Butt. Niestety, szczęśliwy los przypadł Éricowi. Następnego dnia po zdarzeniu Cantona pojawił się w klubie z dwoma czekami dla „młodych” – chciał w ten sposób wynagrodzić im podjęte ryzyko. „To był prawdziwy Éric przez duże E” skomentował zajście Keane.

Bitch please!Prześledzić karierę piłkarza można wpisując jego imię i nazwisko w wyszukiwarkę internetową, gdzie jakieś hasło poda daty zmiany klubów, debiuty, statystyki i największe osiągnięcia z poszczególnych jej etapów. Ale tylko książka napisana na podstawie lat studiowania prasy, nagrań wideo, wywiadów i niejednostronnych dociekań odda emocje towarzyszące ważniejszym meczom klubowym i reprezentacyjnym (a te główny bohater przeżywał z niesamowitym oddaniem, poświęceniem, wręcz pietyzmem) zawirowania życia prywatnego oraz przesłanki stojące za życiowymi decyzjami. Nawet jeśli nie jest to pozycja doskonała, „Cantona. Buntownik, który został królem” podaje czytelnikowi więcej niż niejedna „wikipedia”.

* Odkąd opanowałam język angielski w stopniu umożliwiającym swobodne czytanie książek pisanych po angielsku, jestem przeciwnikiem czytania przekładów, jeśli mam dostęp do oryginału. Anglista tłumacz za bardzo skupia się na treściach straconych przy tłumaczeniu lub dociekaniu rzeczywistych słów oryginału przy lekturze dzieł przełożonych. Nie inaczej było i tym razem.

** Célestine Oliver – pierwszy trener w college’u La Grande Bastide
Guy Roux – trener w AJ Auxerre
Michel Platini – którego nie trzeba przedstawiać, ale którego warto wspomnieć nie ze względu na rolę trenera reprezentacji Francji, ale jako osobę w ogromnej mierze odpowiedzialną za przenosiny Cantony na Wyspy


Przyglądając się Karolinie podczas jej obcowania z Cantona. Buntownik, który został królem postanowiłem napisać dosłownie 9 zdań, jak ta znajomość wyglądała z boku. Abyście jednak mogli zrozumieć relację powstałą pomiędzy biografią Króla Érica, a naszą „Panią Korektor” musicie wiedzieć parę rzeczy. Yoko jest osobą bardzo skrupulatną i niezwykle wymagającą (zarówno w stosunku do siebie, jak i otaczającego ją świata), ale też, jak sama przyznaje, nigdy nie zagłębiła się historię klubu z Old Trafford, a United kibicuje, chcąc aby Czerwone Diabły piękną grą osiągały jak najlepsze wyniki tu i teraz. I tak jak samo nudne zwycięstwo nie jest dla niej wystarczające, tak i przy czytaniu książek jest niepocieszona ilekroć znajdzie choćby drobny błąd, czy poczuje niedostatek informacji.

Pocieszne natomiast było to, jak celebrowała każdy rozdział biografii Cantony. Kiedy wspomniana została jakaś wyjątkowa bramka niepowtarzalnej urody, Karolina znajdywała ją na YouTube, aby móc zobaczyć ją na własne oczy i w pełni docenić jej piękno. Zrozumiałem wtedy, że odkrywała ona dopiero świat, z którym większość z nas miała już przyjemność się zetknąć. Część tych bramek ja też widziałem teraz pierwszy raz i nie mogę się doczekać, jak sam przeczytam o Éricu, bo z pewnością jest jeszcze wiele rzeczy, których samemu mogę się dopiero dowiedzieć o Królu.

Młody Gryzek

Przewiń na górę strony