Nie przegap
Strona główna / Ogólne / W obronie pieniędzy w futbolowym świecie

W obronie pieniędzy w futbolowym świecie

Zły ten futbol teraz jest. Nie tak kiedyś bywało. Kiedyś to znaczy wtedy, gdy wokół niego nie obracało się tyle pieniędzy. Zawodnicy kochali swoje kluby, szejkowie nie wywalali piłkarskiego świata do góry nogami i, w ogóle, takiej komerchy nie uświadczyłeś. To byli czasy! Czasy bez obrazu w 3D/HD bądź całkiem bez transmisji, czasy bez dziesiątek zdjęć publikowanych w trakcie meczu, bez badań i technologii pozwalających na stałe podkręcanie poziomu rozgrywki, bez dostępu do krajów odległych i słabo rozwiniętych…

» Ahmed, przejmujemy!

Kiedyś – to znaczy kiedy?

Narzekanie na obecność pieniądza w sporcie, w naszym przypadku szczególnie w piłce nożnej, jest na porządku dziennym. Chyba każdy ma sentyment do przeszłości, gdy stosunek przywiązania do barw klubowych i ideałów szlachetnej walki sportowej do pogoni za premią był zdecydowanie większy. Ale kiedy to było? Ano właśnie – mi kojarzy się tak druga połowa lat dziewięćdziesiątych i czas generacji braci Neville’ów, Scholesa, Giggsa etc.; nieco starsi kibice wskażą na okres sprzed rewolucji roku 1995. I tak dalej. Jestem pewien, że dwadzieścia lat temu (zresztą nie tylko, wcześniej też) utyskiwania były podobne. Działa to na tej samej zasadzie co odwieczne powiedzenie o życiu w trudnych i zepsutych czasach. Zawsze będzie się wydawać, iż kiedyś to było tak a tak, a to, co dobre, już nie wróci.

Duża kasa, dużo dobrego

Negatywne skutki przepływu przez piłkę nożną grubych miliardów wyliczała już masa ludzi i powtarzanie ich pracy jest troszkę bez sensu. Nie natrafiłem natomiast na opis dobrych stron wielkiego biznesu w futbolu, co niejako zaskakuje, gdyż ich znalezienie nie sprawia mi większego kłopotu.

Fajnie tak oglądać mecze z drugiego końca świata w świetnej rozdzielczości i trójwymiarze, zasysając równolegle ogrom wiadomości i komentarzy z Internetu, a po spotkaniu obejrzeć szczegółową analizę z wykorzystaniem efektownych animacji w wykonaniu szanowanych ekspertów. Transmisja w takiej jakości kosztuje (ostatnio transmisja w Canale+ z RPA nie doszła do skutku z tegoż zapewne powodu), dziennikarze tak w studio, jak i na Twitterze to nie wolontariusze, ale ludzie, którzy w ten sposób zarabiają na chleb. Wymyślne statystyki, zdjęcia i wideo z każdej strony nie biorą się też z powietrza. Bez sporych środków finansowych to wszystko wyglądałoby tak, jak relacje z meczów wczesnych faz europejskich pucharów, które polskie drużyny niejeden raz rozgrywały choćby w przedsionku Azji.

PGE ArenaJeśli dane ci jest bywać na trybunach podczas poważnych meczów, przyjemnie jest odwiedzić duży, nowoczesny, ładny stadion, a nie betonowy grzmot sprzed lat kilkudziesięciu. Sama budowa takich obiektów niesie ogromne koszty, następnie trzeba zadbać, żeby znaleźć środki na ich godziwe utrzymanie.

Dobra, zakładamy, że pewne wyrzeczenia można podjąć i oglądanie szaroburego przekazu lub siedzenie na brudnej ławce to coś, co znieść można. Czy do zaakceptowania jest w takim razie drastyczny spadek poziomu piłki nożnej? Futbol się rozwija w obecnych czasach dzięki nakładom pieniężnym. Ktoś musi opłacić wieloosobowe sztaby szkoleniowe, nowoczesne centra treningowe wyposażone w sprzęt najnowszej generacji. Muszą się znaleźć środki na badania nad sportem samym w sobie, ale też nad zdrowiem sportowców, w które też przecież trzeba inwestować, by drużyna była w stanie (ku uciesze widzów) rozegrać ponad 60 spotkań w sezonie. W końcu nad organizmami zawodników nie czuwają wędrowni znachorzy pracujący za bochen chleba i tuzin jaj, lecz najlepsi fachowcy, którzy oczywiście cenią się adekwatnie do jakości oferowanych usług. A technologie wspomagające arbitrów? Czy komuś się wydaje, że nad jednym czy drugim systemem badającym dla przykładu położenie piłki, siedziało po godzinach w czynie społecznym paru znudzonych inżynierów?

Młode pokolenie chińskich kibicówW tym momencie nasi ulubieńcy wożą się po świecie w dorocznym tournee. Poza nabijaniem klubowej kasy, promują piłkę nożną w Afryce i Azji, czyli obszarach niekoniecznie najprzyjemniejszych do życia. Tam, na większą skalę niż u nas, sport może wyrwać ileś dzieci z różnych patologii, dając zajęcie, ale i jakieś perspektywy. Przenosząc się z odległych krain na świat cały, rozwój sportowy okazuje się coraz większą szansą na znalezienie zacnego zarobku, może być traktowany jako inwestycja w przyszłość swoją tudzież potomków. Dzięki rozbudowanemu scoutingowi i powiększającym się stale sieciom akademii piłkarskich prowadzonych przez wielkie kluby w kolejnych państwach (kto kiedyś pomyślał, że Barcelona otworzy swoją szkółkę w Polsce?) coraz więcej młodych ludzi może zostać wychwyconych przez znane na całym globie firmy. Kluby działalność taką traktują jako poważną inwestycję, pompując w to wszystko olbrzymie kwoty, i liczą, że na przestrzeni lat to wszystko się zwróci. Pewnie tak będzie, a wielu ludzi na tym zyska, także ci, siedzący na trybunach lub przed telewizorami podziwiającymi jeszcze lepszych piłkarzy – wyselekcjonowanych z większej liczby potencjalnych przyszłych gwiazd.

Jest dużo gorzej? Może wciąż tak samo?

Nie mogę uniknąć zerknięcia na drugą stronę medalu. Tak, mam wrażenie, że dla wielu piłkarzy bardziej niż sukces klubu, a nawet indywidualny, liczą się cyferki wpływające co tydzień na konto. W niejednym przypadku wrażenie zmienia się w pewność, że słowa klub, kibice, tradycja brzmią wystarczająco obco, by nie zawracać sobie głowy ich znaczeniami. Jednak nie wydaje mi się, by było to zjawisko nowe. Może i przybrało na sile, ale od kiedy za kopanie piłki zaczęto ludziom płacić, istniały jednostki traktujące swoje zajęcie jako tylko i wyłącznie pracę. I to jest normalne. Śmiem twierdzić, że w tej materii nie gra większej roli już, czy zarobki są na poziomie obecnym czy na tym sprzed lat dziesięciu czy piętnastu. To i tak są wielkie pieniądze pozwalające na luksusowe życie, więc coraz wyższych pensji już bym za taką kolej rzeczy nie winił. Inna sprawa, że u przeważającej liczby delikwentów dostęp do sporej kasy jedynie odsłonił ich prawdziwe oblicze, a nie zmienił osobowość, jak choćby w smutnej historii sprzed niecałych dwóch lat z Rooneyem w roli głównej.

Kaka w CityPodcinać sobie z powodu takowych pacjentów żył nie ma naturalnie sensu, zwłaszcza, gdy trzeźwo prześledzimy wydarzenia ostatnich lat. Kaka mimo bajecznej oferty City gra w Realu, Berbatow machnął ręką na City i przyszedł do nas, szejków (gotowych od ręki płacić 200 tys. £ tygodniowo po przejściu do ligi w Katarze bądź innych Emiratach) olali Neville wraz ze Scholesem i Giggsem. Nawet wspomniany Wazza wybrał swego czasu United, nie ulegając pieniążkom rozgrzewającego się wujka Romana. Owszem, śmierdzące ropą City pchnęło nas boleśnie w minionym sezonie, lecz już w takiej Ligue 1 wcale nie bogate, jak na dzisiejsze standardy, Montpellier dało pstryczka w nos kuzynom The Citizens – PSG – i zdobyło francuskiego majstra.

To ludzie czasem zabijają, nie broń. To ludziom brakuje przyzwoitości, nie pieniądzom.

Wiwat wolny rynek! Niech żyje kapitalizm!

Kwestią czasu było pojawienie się pomysłów nad poprawianiem finansowych bolączek futbolu. Są to ruchy naturalne i zrozumiałe, jednak zazwyczaj, z powodu takiej a nie innej mentalności społeczeństw krajów rozwiniętych bieżących czasów, dążące w nieciekawym kierunku – regulacji i ograniczania wolności. Trudno, by mi, zwolennikowi kapitalizmu i swobody w dysponowaniu własnymi środkami, przypadły do gustu pomysły limitowania wysokości kwot przepływających między klubami bądź na linii klub-zawodnik*, ingerowania w politykę finansową właścicieli itp. Jednak porzuciwszy wątpliwości czysto ideowe, wciąż w oczy kłują mnie dwie główne kwestie miażdżące podobne pomysły.

Rangers FCPo pierwsze – obecny system zmusza właścicieli do dbania o interesy swej firmy. Jeśli ludzie odpowiedzialni za losy klubu będą źle zarządzali, wydawali na transfery i tygodniówki więcej niż powinni, w końcu zadłużą się i będą musieli spuścić z tonu, wypadając jednocześnie z wyścigu o najwyższe cele, do którego wrócić nie jest tak łatwo, o czym przekonali się w Leeds, a w mniejszym stopniu w Liverpoolu. Jeżeli jednak i na tym nie poprzestaną, klub skończy jak Rangers (czytaj: na dnie przysypany metrem mułu). Z kolei kluby mądrze zarządzane będą z satysfakcją piąć się w górę, by, osiągnąwszy okolice szczytu, pewnie stąpać po ziemi. Już słyszę głosy: „Romka i szejków to nie dotyczy, oni wpompują tyle kasy, ile będzie trzeba”. W sumie fakt – lecz nie ma co strzelać focha i obrażać się na świat cały, tylko walczyć z nimi na boisku**; zwłaszcza, że wszelkie ograniczenia taki Abramowicz i tak wsadzi sobie w tylną kieszeń. Praktycznie wszystkie regulacje można obejść. Tak, jak przedsiębiorcy uciekają przed jawnym rabunkiem do rajów podatkowych, jak w czasach zakazu reklamowania napojów wyskokowych w blokach między programami prym wiodły piwa bezalkoholowe i sławetna „łódka Bols”, tak za transfery i pensje płaciłby nie klub, lecz sponsor bądź podstawiona firma niemająca formalnie nic z drużyną wspólnego. Inne zakazy, obejdzie się inaczej, sposób zawsze się znajdzie. Sęk w tym, iż łatwiej będzie to czynić właśnie najbogatszym niż średniakom, dzięki czemu pozycja burżuazji zostanie jedynie ugruntowana. W ten sposób przeszliśmy do drugiej poważnej słabości proponowanych zmian.

MegastoreJedyne, co warto zrobić, to działać po kapitalistycznemu, wykorzystując metody wolnego rynku. Skoro ludzie nie chcą hegemonii pieniądza w futbolu, nie będą wspierać drużyn arabskich magnatów, lecz kluby prowadzone w tradycyjny sposób. Kupując gadżety i koszulki, uczęszczając na ich spotkania, nabywając usługi/towary ich sponsorów, dadzą zarobek, czyli siłę do walki ze sztucznymi gigantami. Dodać do tego wolę walki lojalnych wojowników naprzeciw obojętności armii zaciężnej i sukces jest możliwy. Jeżeli zaś stanie się inaczej – to cóż, spójrzmy prawdzie w oczy: wyjdzie na jaw, że większość w rzeczywistości ma w poważaniu tak szczytne idee. Chociaż także wtedy bogaczom zabawa w futbol może się znudzić z dnia na dzień, czego przykłady (uczciwszy proporcje) widzieliśmy na naszym podwórku, wystarczy wspomnieć Polonię Warszawa tudzież Heko Czermno.


Wielkie pieniądze weszły w piłkę nożną na dobre i, czy się to komuś podoba, czy nie, pozostaną tu tak długo jak rzesze kibiców będą pragnąć doświadczać sportowych emocji. Można na to kręcić nosem, można wspominać ideały przyświecające (ponoć) starożytnym olimpijczykom z Grecji. Pewne fakty trzeba jednak zaakceptować, odnaleźć się w obecnej rzeczywistości i walczyć zgodnie z nowymi regułami gry, pamiętając o tym, iż nieprzebrane ilości dolarów, funtów i ropy umożliwiają pozytywne działania na niespotykaną dotychczas skalę.

*To jest tego, co wolny człowiek chce z własnych pieniędzy zapłacić swojemu pracownikowi.
**Czyli właśnie tak, jak chcemy, aby to wszystko wyglądało, nieprawdaż?

Przewiń na górę strony