Nie przegap
Strona główna / Inni / O miejscu, w którym gwiazdy długo świecić nie chcą…

O miejscu, w którym gwiazdy długo świecić nie chcą…

Na niebie w północnym Londynie od dawna ujrzeć można najjaśniejsze gwiazdy światowego formatu. W ostatnich latach niebo to co rok ubożeje. Wielkie gwiazdy spadają z niego, jednak nie z piedestału, lecz w poszukiwaniu innego miejsca, gdzie za swój blask dostaną profity w postaci sportowego sukcesu lub po prostu większych pieniędzy. Rok 2009 – Emmanuel Adebayor, Kolo Toure, 2011 – Gael Clichy, Cesc Fabregas i Samir Nasri, 2012 Theo Walcott? 2012 lub 2013 Robin van Persie?

Aby przypomnieć sobie ostatni sukces Arsenalu, należy cofnąć się do roku 2006, w którym to londyńczycy dotarli do finału Ligi Mistrzów, w którym zamierzyli się z FC Barceloną, ulegając Katalończykom 1:2. Jeżeli zaś mowa o trofeach, które trafiły w ręce piłkarzy z północnego Londynu, należy w pamięci przywołać wspomnienia wielkiego Arsenalu z lat 2000-2005, w których to pierwsze skrzypce grali tacy piłkarze jak Thierry Henry, Denis Bergkamp, Fredrik Ljungberg, Robert Pires czy też Sol Campbell. Od tamtego czasu sukcesy The Gunners stały się czymś obcym i do dziś są niespełnionym marzeniem fanów Arsenalu, o które modlą się co roku, lecz jak na razie bez większego skutku…

Powiedzieli adieu…

O tryumfach z ekipą Kanonierów marzyli również piłkarze, którzy przychodzili na Emirates Stadium, a wcześniej Highbury, wierząc, że zdołają zapisać się w historii futbolu jako zwycięzcy. Pragnienia te skorygowała rzeczywistość, a kolejne, po 2005 roku, sezony bez jakiegokolwiek trofeum sprawiły, że z klubem z północnego Londynu pożegnali się łasy na pieniądze Emmanuel Adebayor (Manchester City), Kolo Toure (Manchester City), któremu gra w trykocie Arsenalu zbrzydła, a następnie Gael Clichy (Manchester City) w poszukiwaniu nowych wyzwań, tęskniący za domem Cesc Fabregas (FC Barcelona) i ten, który tłumaczył się chęcią zwycięstw i sukcesów Samir Nasri (Manchester City). Istnieje ogólne przeświadczenie, że każdy z nich, no może poza Fabregasem, odszedł z Londynu ze względu na większą gażę. Zapewne po części jest to prawda, ale zysk z powyższych transferów osiągnął również Arsenal, gdyż za pięć powyższych sprzedaży otrzymał zawrotną kwotę 114 000 000 funtów, z których nowe gwiazdy raczej się nie urodziły. Ex-piłakrze Arsenalu, oprócz grubszego portfela, poczuli również smak tryumfu. Samir Nasri wie już, jak smakuje mistrzostwo Anglii, Cesc Fabregas potrzebował kilku minut w debiucie w FC Barcelonie, aby zdobyć więcej aniżeli przez kilka lat w koszulce The Gunners, a Emmanuel Adebayor na swój tryumf musiał poczekać, aż do momentu gry w Realu Madryt. Co prawda Gael Clichy i Kolo Toure święcili sukces z Arsenalem, lecz jak dawna jest to historia, każdy wie.

Jeżeli mowa o historii, to należy wspomnieć jeszcze o dwóch transferach: Ashleya Cole’a, który zapragnął być częścią wielkiego projektu Romana Abramowicza i marzącego o grze w wielkiej Barcelonie Thierry’ego Henry. Sprzedaż obu graczy była sporym ciosem dla Wengera i stratą dwóch istotnych filarów w Arsenalu. Różnica jednak między tymi zawodnikami a wspomnianymi wyżej jest taka, że zmieniając barwy klubowe, mieli oni w swoim CV zapisane już sukcesy, które osiągnęli z armatką na piersi. Ważnym elementem historii Kanonierów był również stadion Highbury, który The Gunners opuścili w 2006 roku na rzecz Emirates Stadium, a który pozostaje nadal przeklęty – stadion Arsenalu nie widział sukcesu swoich piłkarzy. Arsene Wenger słabo spisuje się w roli Pana Kleksa, który byłby w stanie pozbyć się złego uroku rzuconego przez anonimowego szamana lub czarownicę na murawę Emirates Stadium.

Powiedzą adieu…?

Obecnie, gdy słyszę o odejściu Robina van Persiego z Arsenalu lub o możliwym transferze Theo Walcotta do Chelsea Londyn, wcale nie jestem zaskoczony. Nie dziwię się zawodnikom, którzy chcą odejść z Arsenalu, po to, aby zdobywać trofea i osiągnąć sukcesy z inną drużyną. Ile można grać dobry futbol, nie zdobywając przy tym nic, poza dobrym słowem w stylu – „Gracie piękną piłkę!” lub „Gracie piłkę jak Barcelona!”? Prawda jest taka, że drużyna z północnego Londynu jest obecnie zbyt słaba, aby stawać w szranki z oboma Manchesterami czy też sąsiadką Chelsea o trofea sezonu 2012/2013. Tacy piłkarze jak właśnie van Persie doskonale zdają sobie z tego sprawę. Talent Holendra wybuchł w ubiegłym roku niesamowicie i w chwili obecnej jest on największą gwiazdą zespołu Arsene’a Wengera, gwiazdą, która przygotowana jest do odejścia, czy to teraz, czy też może za rok jako wolny zawodnik. Odejścia tego nikt nie powinien mieć mu za złe. Każdy z nas w swojej pracy, jaka by ona nie była, marzy o zawodowych sukcesach, podwyżkach, awansach… piłkarz również. Oczywiście Robin van Persie mógłby zostać w Arsenalu na kolejne lata, po czym zapewne zostałby legendą ekipy z Emirates Stadium, lecz odchodząc do innego klubu, ma szansę zaistnieć w futbolowych annałach, zostać zwycięzcą, a swoją karierę zakończyć z licznymi trofeami, a nie pustym CV, w którym małymi literami napisane byłoby jedynie „Grałem w Arsenalu”. Arsenal to świetne miejsce, aby się wypromować, zagrać w najlepszej lidze świata, przeciwko najlepszym zawodnikom. Za kilka lat odchodzący do FC Barcelony Wojtek Szczęsny lub Thomas Vermaelen, na którego czekać będą bramy The Blues, Królewskich czy wielkich z paryskiego stadionu Parc des Princes, zapewne przyznają mi rację, kiedy uścisną w podziękowaniu rękę Arsene’a Wengera i odejdą, aby po prostu wygrywać.

Zaćmienie Wengera

Nad północnym niebem Londynu księżyc w postaci Arsene’a Wengera nie świeci już jak dawniej. Jego blask słabnie z każdym kolejnym sezonem, po którym kibice ponownie doświadczają zawodu i pucharowej posuchy. Coroczne obietnice o lepszej przyszłości, przełomowym sezonie, walki o najwyższe cele, wygłaszane przez francuskiego szkoleniowca przed rozpoczęciem ligi, należy wsadzić między bajki… Bajki, których nikt nie chce słuchać, ani w nie wierzyć. Nazwisko Wengera nie elektryzuje już potencjalnych następców Henry’ego i Piresa. Jego blask nie przyciąga wielkich gwiazd, a sukcesy francuskiego szkoleniowca powoli stają się już historią. Opowieści o pięknej grze, futbolu, który cieszy oko kibica już nie wystarczą i powoli odchodzą już do lamusa.

Stawianie na młodych piłkarzy, sprzeciw w stosunku do transferów za bajońskie sumy, futbol, który ma się podobać, to ogólne zasady, myśl szkoleniowa, według której Arsene Wenger prowadzi Arsenal od wielu lat. Wszystko byłoby piękne, gdyby jednak koncepcja ta przynosiła jakiekolwiek efekty i profity w postaci sukcesów lub nawet wielkich zwycięstw, o których pamiętałoby się latami… Gdy myślę o Kanonierach, w pamięci mam ich wielkie porażki – klęskę z Manchesterem United 2:8, zawstydzający remis 4:4 z Newcastle United czy też przegrane mecze z Barceloną w Lidze Mistrzów, na które nie do końca zasłużyli. Piękne porażki to domena Kanonierów w ostatnim czasie, lecz chyba nie o to właśnie chodzi w futbolu. Mimo że Arsenal zaliczany jest do największych klubów świata, to z roku na rok traci rangę w piłkarskim świecie. Niewątpliwie w nadchodzącym sezonie The Gunners będą ekipą, której obawiać będzie się wielu. Mało jednak znajdzie się takich, którym nogi drżeć będę ze strachu, a ślina stanie w gardle na samą myśl o konfrontacji z Arsenalem.

Przed nadchodzącym sezonem The Gunners pozyskali niezłych zawodników – Oliviera Giroud i Łukasza Podolskiego. Obecnie londyńczycy to przecież niezła drużyna z niezłymi piłkarzami, z niezłym trenerem i niebem, na którym obecnie, poza blaskiem Robina van Persiego, nie widać wielkich gwiazd, które byłyby w stanie przywrócić dawną glorię Arsenalowi lub choć na chwilę sprawić, aby nad Emirates Stadium zaświeciło słońce. Gwiazdy w postaci holenderskiego napastnika czy nawet Theo Walcotta, powoli spadają w poszukiwaniu nowych wyzwań, a księżyc w osobie Asene’a Wengera ma zaćmienie, które trwa już od dobrych kilku lat. Prognoza pogody dla północnego Londynu? Pochmurno przez najbliższe kilka sezonów z niewielkimi przejaśnieniami, gwiazdy niewidoczne, w okresie letnim możliwe intensywne burze, temperatura gorąca – szczególnie pod krzesłem francuskiego szkoleniowca.

Przewiń na górę strony