Nie przegap
Strona główna / Euro 2012 / Operacja „autograf Neville’a” zakończona powodzeniem!

Operacja „autograf Neville’a” zakończona powodzeniem!

Może i mnie znielubicie, po następujących przechwałkach, ale cóż, takie życie. Po nieprzespanych nocach, godzinach wyczekiwania i narastających za każdym razem nadziejach, dnia 20 czerwca 2012 o godzinie 4:10 udało się doprowadzić partyzanckie działania do jakże szczęśliwego końca. Gary Neville podpisał się na mojej koszulce!

11/12 czerwca (Francja 1:1)

Pierwszy mecz Anglików w grupie. Mimo pewnych niesprzyjających okoliczności znajomego fana w postaci ważnego kolokwium, zjawiamy się pod Hotelem Stary po północy zachęceni namierzeniem przez Flightradar24 samolotu identycznego z tym obsługującym kadrę Synów Albionu. Wkrótce okazuje się, iż to fake, gdyż aeroplan poleciał do ojczyzny, lecz cierpliwie czekamy (już w trójkę) aż do przyjazdu. Za barierkami zagradzającymi większość ulicy znajduje się trochę przypadkowych gapiów plus sporo Anglików co rusz intonujących przyśpiewki i rywalizujących między sobą. Wówczas też usłyszałem po raz pierwszy piosnkę o Coleen, która winna uważać na Johna Terry’ego.

W każdym razie ustawiamy się tak, iż nadjeżdżający od strony Rynku około 1:30 autobus z piłkarzami widzimy od frontu. Widać też Gary’ego Neville’a, który jako ważna szycha zasiada na przednim miejscu i, zauważywszy nas eksponujących koszulki i szale United uśmiecha się. Gdy wychodzi śpiewamy dwukrotnie „Gary Neville is a Red”, ale przez hałas robiony przez przyjezdnych Wyspiarzy nasze trio zapewne nie przedarło się głosem do przejścia z autobusu do hotelu. Po odjeździe autokaru i rozejściu się większości fanów, obserwujemy jeszcze procedurę wyładunku bagaży i po pewnym czasie udajemy się do miejsc zamieszkania, dokąd docieram koło trzeciej.

Widzieliśmy Neva, Nev widział nas, następnym razem też trzeba spróbować.

15/16 czerwca (Szwecja 3:2)

Po emocjonującym meczu oglądniętym w zacnym gronie w krakowskiej strefie kibica, wciąż pod wrażeniem wyczyny Danny’ego Welbecka, wyruszyliśmy w dwójkę koło 1:30. Jak się okazało (co pokryło się z naszymi przewidywaniami), kadra Anglii miała przybyć po godzinie trzeciej. Siedzimy zatem, dyskutujemy na tematy nie tylko piłkarskie z dwoma Anglikami z Southamptonu, których staramy się nauczyć wymawiać Szczęsny, Kuszczak i Błaszczykowski (albowiem Polska biało-czerwoni umieli już doskonale), a także operatorem kamery z Polsat News i pewnym kibicem Wisły. Tak czas mija do trzeciej, kiedy to służby zaczynają się krzątać.

Trzeba tu wspomnieć, iż w ramach postępu, wyposażyliśmy się w mini transparent z imieniem naszego głównego, angielskiego bohatera. Co ciekawe, mimo weekendu i zwycięstwa, Anglików w okolicy jest zdecydowanie mniej, widać nie wszystkim procenty służą tak jakby tego chcieli. Ale kij z nimi, mniej Angoli – większe szanse dla nas. I tak też się stało, progres był. Tym razem Neville, zobaczywszy nas, nie tylko się uśmiechnął, ale trącił nieznacznie łokciem swoje towarzysza podróży i wskazał na nas. Wychodząc… pomachał nam. Step by step jak to mawiał siwy Holender. Z ciekawych sytuacji można przytoczyć zachowanie kolegi, który rzucił swojskie You Scouse bastard!, słysząc obok głosy uwielbienia ku osobie Steviego. Nie za głośno, of course.

W pokoju jestem kolo 4:20, gdyż znów zostajemy troszkę dłużej – w końcu nazajutrz jest sobota, można się wyspać.

Do trzech razy sztuka, komunikat go Gary’ego trzeba rozwinąć.

19/20 czerwca (Ukraina 1:0)

Wykrzyknienie Gary! zmienia się w krótkie zdanie złożone zachęcające do podejścia. Podobny cel mają nasze Tweety skierowane ku Neville’owi odpowiednio wcześniej. Znów wychodzimy w pół do drugiej, lecz wiemy, iż czekać trzeba będzie nieco więcej z racji, iż podopieczni Roya Hodgsona lecą z Doniecka, nie z Kijowa. Ludzi na miejscu było jeszcze mniej niż zwykle. Nawet barierki były ustawione bliżej wejścia, co akurat zgodnie z przewidywaniami się zmieniło na gorsze, jednak mniej drastycznie niż zazwyczaj. Zyskaliśmy na tym oraz uprzejmym nieprzepuszczeniu do narożnika kamer kilka cennych metrów. Jest dobrze. Nawet jak nie podpisze, to może piątkę przybije.

Przybyli lekko po czwartej, jasno już było, zgasły przeklinane przez operatorów kamer i aparatów uliczne lampy. Autobus podjechał jak zwykle (no, może nieco pewniej wszedł w zakręt, w końcu praktyka czyni mistrza) i podjeżdża pod wejście do hotelu. Gary nas zauważa, lecz, co ciekawe, nie wysiada od razu, tylko przepuszcza wszystkich przodem. Oho, coś jest na rzeczy, myślę sobie. I rzeczywiście było.

Nev złamał zwyczaj olewania przez kadrę zgromadzonych fanów i bezpośrednio po opuszczeniu pojazdu skierował się szybkim krokiem ku nam. Podpisał nasze dwie koszulki oraz jedną człowieka bliżej nam nieznanego i oddalił się pośpiesznie.

Głupio przyznać, ale byłem w stanie wykrztusić tylko „Gary, thanks!”. Wszystkie założone na wypadek powodzenia misji słowa, gdzieś wyciekły. Zresztą działo się to tak szybko, iż nawet nie zauważyliśmy, kiedy Gary zniknął w budynku Hotelu Stary.

Autograf Gary'ego Neville'a!!

Wróciliśmy pełni wrażeń, po drodze nie wytrzymaliśmy i zrobiliśmy pierwszą sesję zdjęciową, kij, że mimo wszystko przy słabym oświetleniu (chociaż w tej porze roku 4:30 to już praktycznie dzień) i na badziewnym tle. Trzeba było :)

Już wiem, że czeka mnie zakup antyramy, że ściana w moim pokoju zmieni swój wygląd. Wiem też, że organizacja Euro przez Polskę to wspaniała sprawa, odrzuciwszy na bok całą polityczną propagandę i zmarnotrawione pieniądze, sam fakt przybycia do naszego kraju takich ekip jest po prostu czymś świetnym. Gdzież jeszcze kilka miesięcy temu bym myślał, że będę miał okazję nie tylko widzieć z bliska jednego z moich największych sportowych herosów, ale i wytrwałą postawą zasłużyć sobie na jego podpis?

Po ćwierćfinale trzeba przyjść znowu. I podziękować!

Przewiń na górę strony