Nie przegap
Strona główna / Dlaczego? / Derby… i co dalej?

Derby… i co dalej?

W zasadzie po niedzielnych derbach Manchesteru każda opinia zawarta w tekstach może być uznana za prawdziwą. Na boisku działo się tak wiele, że niemal każdy centymetr wypełniony był energią i czymś, o czym warto napisać. W zasadzie wybranie dowolnego tematu, który miałby być przewodnim dla niedzielnego starcia, oznaczałoby pominięcie przynajmniej kilku innych. Co za mecz!

Pozwolę sobie wymienić kilka – poznaliśmy odpowiedź United na druzgocącą porażkę 1:6 z początku sezonu. I, z czym ciężko się nie zgodzić, była to odpowiedź, której niewielu się spodziewało. City jednak, grając w dziesiątkę, momentami wyglądało, jakby na boisku znajdowało się dwunastu graczy w błękitnych koszulkach. Paul Scholes poszedł w ślady Thierry’ego Henry i uraczył nas spektakularnym powrotem (bo ciężko nazwać inaczej mecz, w którym wchodząc na 30 minut, wykonuje się 71 podań ze skutecznością na poziomie 97% po półrocznej przerwie… w wieku 37 lat). Wayne Rooney, mimo wszystkiego tego, co dzieje się wokół jego osoby oraz faktu, że angielska (i chyba nie tylko angielska) prasa postanowiła uczynić z niego drugiego Paula Gascoigne’a i w nieskończoność mielić każdy krok Wazzy, szczególnie ten wykonywany poza boiskiem, dość jednoznacznie pokazał swoje przywiązanie do klubu i chyba rozwiał wątpliwości logicznie myślących ludzi na temat jego odejścia z United, a zwłaszcza do Citeh. Chris Foy zaserwował nam straszne widowisko, jeśli chodzi o poziom sędziowania. Co prawda tym razem obróciło się to na naszą korzyść, ale nawet nie chcę sobie wyobrażać, gdybyśmy byli po tym meczu na miejscu kibiców błękitnych. I to tak mniej więcej połowa z tematów, o których warto by wspomnieć.

Cholera, coś jest nie tak – United awansowało do czwartej rundy pucharu Anglii, a jako wisienkę na tort wylosowaliśmy Liverpool away. A jednak… po kilkunastu godzinach, podczas których zrzucałem z siebie stres związany z ostatnim kwadransem meczu, zacząłem się zastanawiać, kto tu tak naprawdę jest zwycięzcą. Dlaczego?
Wielokrotnie mówiono, że Mancini to kiepski trener. Wytykano mu, że umie budować i prowadzić drużyny jedynie wtedy, gdy ma wypchany portfel albo otwarty kredyt odnawialny. Zauważano, że Włoch kieruje jedynie drużynami składającymi się z wielkich gwiazd i – choć to ciężka sztuka – musi tylko utrzymać w ryzach ich ambicje, a oni robią za niego resztę na boisku. Teraz, po jakimś czasie, wraca do mnie spokój i dyscyplina, z jaką Roberto podszedł do meczu, a przede wszystkim to, jak reagował na sytuację na boisku. Te derby utwierdziły mnie w przekonaniu, ze powyższe opinie są dla Manciniego krzywdzące.

Przy prowadzeniu United 3-0 i perspektywie zostania zmiecionymi przez Czerwone Diabły mające na boisku jednego zawodnika więcej, Mancini nie stracił głowy, nie spanikował. Wydaje mi się, że od początku miał – w przeciwieństwie do Fergusona podczas meczu w lidze – gotowych kilka scenariuszy, na każdą sytuację, która mogła mieć miejsce na boisku. Uspokoił swoją drużynę, szybko poprzesuwał graczy i przestawił się na plan b, rozgrywając mecz, który musiał rozegrać wcześniej w swojej głowie. Dzięki temu po niezwykle przekonującej pierwszej połowie, w której United wydawało się zapomnieć o wszystkich słabych punktach, z którymi obecnie się zmaga, w drugiej, chociaż nie bez swojej winy, podopieczni Fergiego zostali kompletnie wybici z rytmu i momentami wydawało się, że prowadząc trzema, a następnie dwoma bramkami, i posiadając na boisku pełną jedenastkę naprzeciw dziesięciu graczy City, to my walczyliśmy o życie, nie mieliśmy kompletnie pomysłu na grę, nie wiedzieliśmy, co zrobić z piłką i myśleliśmy jedynie o tym, żeby jej nie stracić zbyt blisko własnego pola karnego. Obrona wyglądała na taką, która w każdym momencie może popełnić niezwykle kosztowny błąd, a tak potrzebna do uspokojenia sytuacji siła ataku zawiodła w drugiej części spotkania na całej linii. Gracze w czerwonych strojach kończyli zapewne mecz z trzęsącymi się nogami, a ich kibice z zaciśniętymi pięściami spoconych dłoni, nerwowo wdychając dym papierosowy, zamykając oczy przy wolnym Kolarova i myśląc jedynie o ostatnim gwizdku. Drużyna Manciniego gładko przechodziła między ustawieniami 4-4-1 i 3-5-1 (tak gładko, że było to niemal niezauważalne) i robiła to tak dobrze, że efekty były wręcz zdumiewające. Udało im się nie tylko zdominować United w środku pola, ale też – dzięki blisko trzymającym się liniom i zachwycającemu Aguero – nadal stanowić ogromne zagrożenie, jeśli chodzi o kontrataki. Nie, to nie przypadek – to zasługa Manciniego. Kibice Citeh teraz jeszcze bardziej niż przed derbami mają prawo optymistycznie patrzeć w przyszłość w kontekście tytułu mistrzowskiego. Nie pamiętam meczu, w którym trener przegranej drużyny (i, co ważne, w pojedynku z najzacieklejszym rywalem) ugrałby tyle, ile udało się Włochowi w niedzielę. Ich comeback zależał jednak nie tylko od taktyki. Do takiego czegoś potrzebne jest o wiele więcej; potrzebna jest determinacja, wiara i siła charakteru, którą Citeh pokazali podczas drugiej połowy derbów. Siła charakteru, która napędza zwycięzców, pozwala odbijać się od dna, wracając i mając przed oczami wyłącznie cel, do którego się zmierza. Siła charakteru, która właściwa jest mistrzom. Moim zdaniem Citeh udowodnili, że mają już wszystko, co potrzebne, aby realnie walczyć o mistrzostwo.

United ukręciło sobie bat na własną skórę i brakło bardzo niewiele, żeby razy zadane tym batem były bardzo dotkliwe i jątrzące się aż do maja… United znów brakło charakteru, dojrzałości i determinacji. United, zamiast zmiażdżyć rywala zaraz po przerwie, wbijając mu czwartą bramkę i kończąc tym samym mecz, zwolniło, zaczęło popełniać błędy, na które tylko czyhali gracze Citizens. United było w doskonałej pozycji, żeby wygrać mecz po 50 minutach i zacząć dzwonić po taksówki dla rodzin. Niestety, United oddało mecz Citeh. Oni nie mieli prawa zrobić tego, co widzieliśmy. Nie mieli prawa wrócić z 0:3 do 2:3, zamykać nas chwilami we własnej szesnastce (grając w 10!). United powinno wygrać ten mecz spokojnie i z podbudowaną pewnością siebie ruszyć do walki w drugiej części sezonu. Tak się jednak nie stało i to bardzo źle wróży na przyszłość w kontekście walki o tytuł.

Więc jak to w końcu obecnie jest z tym naszym United? Powrót Scholesa to nad wyraz czytelny komunikat. United wciąż są wielką siłą w europejskiej i światowej piłce, ale czegoś brakuje i Ferguson doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Bez wątpienia Szkot uważa, że 37-letni Scholes nadal może grać w piłkę. Ja też. Ale czy Fergie naprawdę wierzy, że Stary Wyga, wracając i będąc nawet w formie, będzie w stanie zbudować pewność siebie zawodników oraz wypełnić spokojem serca kibiców? Czy to przypadkiem nie akt desperacji menedżera? Przekonamy się o tym, oglądając Rudego na murawie, jednak bez wątpienia jest to kontrowersyjne posunięcie sir Alexa, które może mu przynieść tyle pożytku, ile szkody.
United w tym meczu streścili nam dotychczasowe swoje dokonania w tym sezonie. Zaczęli spektakularnie i po kilku minutach zażartej i wyrównanej walki Rooney zrobił to, do czego został stworzony – błysnął geniuszem i pozwolił nam wyjść na prowadzenie. W pierwszej połowie Citeh dosłownie nie istniało, ale nie ma w tym wiele ich winy. United zagrali fantastycznie, robiąc wszystko, jak należy. Strzał Rooneya był majstersztykiem, a druga bramka w wykonaniu Welbecka niewiele mu ustępuje. Karny… jak to karny. Aż w pewnym momencie (znów) coś się zacięło…

Polscy kibice United często o tym zapominają, ale Anglicy mawiają „it doesn’t matter how good you are, sometimes you’re going to get overrun”.* Prawdziwą klasę masz szansę pokazać po tym – prawdziwa klasa zależy od tego, jak długo zajmie Ci pozbieranie się po porażkach i jaka będzie Twoja reakcja. Reakcję Citeh widzieliśmy wszyscy. Reakcję United też. Czy to dobrze nam wróży na resztę sezonu…? Odpowiedzcie sobie sami.

* W wolnym tłumaczeniu – nieistotne, jak silny jesteś. Kiedyś i tak trafisz na silniejszego.

Przewiń na górę strony