Nie przegap
Strona główna / Dlaczego? / Spalmy psie budy!

Spalmy psie budy!

Zawsze w miarę możliwości oglądałem tak dużo meczów EPL, jak tylko dane mi było. Lubię angielską piłkę, styl i charakter, grę i atmosferę, bez względu na stadion i grające drużyny. Do tego oglądając mecze jednej tylko drużyny, nie ma się pojęcia o faktycznym stanie ligi i rzeczywistej sytuacji. W tym sezonie skupiłem się jednak na meczach Man City, jako – w moim mniemaniu – najpoważniejszego kandydata do tytułu mistrzowskiego. Staram się oglądać każdy mecz City, jeśli nie koliduje z United. Doprowadziło mnie to do wniosku, że w tym sezonie najprawdopodobniej to głośni sąsiedzi wreszcie zdobędą mistrzostwo kraju. Dlaczego?

Szukałem przyczyn, zastanawiałem się… Próbowałem analizować grę, składy, trenera, ustawienia i założenia taktyczne, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego City najwięcej strzela, gra najładniej, w największym tempie – słowem – najskuteczniej, po mistrzowsku. I co mi z tego wyszło? Rzecz oczywista – skład. Bynajmniej nie chodzi mi jednak o to, że 23-osobowy skład United wart jest mniej więcej tyle, co jedenastka City. Wbrew pozorom, nie w tym rzecz. Wydaje mi się, że szkopuł tkwi gdzie indziej.

Jeśli porównalibyśmy skład City z innymi czołowymi drużynami EPL, zapewne dla ponad połowy piłkarzy grających w błękitnych koszulkach można znaleźć lepszych zmienników. Być może z całej ligi udałoby się zebrać nawet kompletną jedenastkę przewyższającą umiejętnościami drużynę Manciniego. Byłoby to jednak bardzo trudne. Tak czy inaczej – jak wiemy z zeszłych sezonów, nawet naszpikowana gwiazdami z niebotycznymi pensjami drużyna jest do ogrania. Nawet taka drużyna może przestać się liczyć w walce o mistrzostwo kraju z początkiem wiosny. Wydaje się, że niewiele zmieniło się od poprzedniego sezonu, patrząc na wyjściowy skład tej ekipy. Cóż więc powoduje, że City po prostu zdominowali ligę, wygrywając niemal wszystko i to w najbardziej przekonującym stylu? Co trzeba zrobić, jak zbudować i zmotywować drużynę, żeby osiągała średnią powyżej 3 strzelonych bramek na mecz; żeby w każdym meczu, bez względu na przeciwnika, starała się ograć go jak najwyżej, jak najefektowniej i jak najbardziej przekonująco? Co trzeba zrobić, żeby w każdym meczu, wygrywając i będąc spokojnym o punkty i bilans bramkowy, drużyna parła do przodu, wyglądając jak wygłodzony lew goniący za antylopą…? Odpowiedź przyszła mi do głowy dziś – nie trzeba mieć 11 gwiazd – trzeba mieć 23 czy 30 zawodników o bardzo zbliżonych umiejętnościach (nie ważne, na jakim poziomie stoją).

Moim zdaniem klucz to zawartość i szerokość ławki rezerwowych. Jak słusznie zauważył autor tekstu o Evrze sprzed kilku dni, Francuzowi miejsce w składzie „należy się jak psu buda”. Ano właśnie. Mimo dość dużej (jak na swoje możliwości) rotacji w składzie przeprowadzanej przez Fergusona, podstawowa jedenastka United jest przewidywalna i stabilna. Ewentualne zmiany w przeważającej ilości przypadków wynikają z kontuzji. Nie ma więc tej konieczności udowadniania swojej wartości, przydatności. Zawodnicy nie mają potrzeby wykorzystania absolutnie każdego meczu do tego, żeby błysnąć, żeby przekonać do siebie trenera i na dłużej złapać miejsce w składzie. Najważniejsza jest chłodna kalkulacja, punkty i zero z tyłu. Dopóki te założenia są realizowane, więcej się nie liczy. Dlatego któryś z kolei mecz wygrywamy 0:1, strzelając dość szczęśliwie bramkę i robiąc wszystko, żeby dowieźć ten korzystny wynik do końca. Zadziwiające i smutne jest to, że wydaje się, iż piłkarze United nie mają myśli zaprzątniętych tym, żeby pokazać się jak najlepiej, ale tym, żeby nie popełnić błędu. A, jak wiadomo, błędów nie popełnia ten, kto nie ryzykuje.

Jak to wygląda w City? Tam niemal niemożliwe jest wytypowanie wyjściowej jedenastki. Co więcej, tam nie potrzeba kontuzji, żeby Mancini rotował składem. Wydaje się, że City bez problemu złożyłoby dwie, jeśli nie trzy jedenastki i każda z nich mogłaby z powodzeniem walczyć o miejsce w pierwszej czwórce ligi. To jest siła i to w moim odczuciu jest powodem, dla którego gracze w błękicie biegają po boisku z nastrojami, jakby chcieli urwać komuś łeb, żeby tylko wypaść lepiej. Nie można oczywiście lekceważyć faktu, że, grając wśród słabiaków, nawet średniak wygląda na mistrza. W City natomiast nie ma słabiaków. Ba! Nie ma tam nawet średniaków. Wszyscy piłkarze wchodzący w skład naszego sąsiada posiadają niesamowite piłkarskie umiejętności. Co za tym idzie – żeby zostać Man of the Match albo chociaż wyróżnić się na tle innych, trzeba naprawdę wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności i rozegrać niemal perfekcyjne zawody.

Dzięki takiej sytuacji City każdy mecz w tym sezonie gra o mistrzostwo. Mancini miał plan i powoli go realizował – zbudować drużynę znakomitości (bo mimo antypatii z powodu reprezentowanych barw, chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie się kłócił, ze w City grają słabi piłkarze), w której nikt nie czuje się bezpieczny; drużynę, w której nie ma zawodnika, któremu cokolwiek „należy się jak psu buda”. Wydaje się, że wreszcie Włochowi udało się zebrać swoją kolekcję Pokemonów, która w szatni przebiera nóżkami, podryguje i wydaje się mówić „wybierz mnie, wybierz mnie!”. Trener ze spokojem i według swoich pomysłów mówi „wybieram Ciebie” do 10 zawodników (Hart jest raczej poza konkurencją, ale nie tylko w City), a oni ruszają w bój na śmierć i życie, biegną wyrywać kręgosłupy, gryźć i drapać, byle tylko mogli zrobić to za tydzień. Jeśli któryś z Pokemonów Włocha zawiedzie, w kolejce czekają już przynajmniej dwie kule, a w nich inne Pokemony gotowe ruszyć na wojnę w imię Błękitnego księżyca.

Co więcej, podobną sytuację w odpowiednio (znacznie) mniejszej skali możemy obserwować w United. To właśnie utwierdziło mnie w przekonaniu, że możliwość gry i, co najważniejsze, trwoga przed utratą tejże jest czynnikiem, który najskuteczniej motywuje piłkarzy. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, dlaczego w tym sezonie najskuteczniejszymi i najbardziej zaangażowanymi piłkarzami w szeregach United najczęściej byli Jones, Smalling, Young, Cleverley, De Gea, Hernandez, a nawet momentami Welbeck. Jak to możliwe, że mając w składzie tak dobrych piłkarzy, którzy nie schodzą poniżej dobrego poziomu, zachwycamy się młodziakami, którzy ledwo wytarli mleko spod nosa?

I dziś wszystko mi się złożyło – w United jak powietrza brakuje konkurencji. Najlepiej wypadają i najbardziej angażują się w mecz gracze, którzy są najmniej pewni swoich występów, swojej budy. Smalling i Jones wciąż muszą dowieść, że będą lepsi od Vidica i Ferdinanda. Young musi każdorazowo wygryźć ze składu Giggsa. Cleverley musi udowodnić, że może sterować grą drużyny i choćby w minimalnym stopniu zapełnić przepaść, jaką pozostawił po sobie Paul Scholes. Hernandez i Welbeck muszą walczyć między sobą i oczywiście z genialnym Rooneyem, ale też z człowiekiem-zagadką z Bułgarii i szklanym Cudownym chłopcem z Anglii. Wystarczy spojrzeć na mecz z Benfiką – United aż kipieli, żeby wygrać, żeby pokazać się na arenie międzynarodowej, a skład złożony był w lwiej części z młodych graczy, którzy jeszcze walczą o miejsce w drużynie. I to właśnie ci piłkarze zostawiają najwięcej zdrowia na boisku. To właśnie dzięki nim początek sezonu wyglądał tak, a nie inaczej. To dlatego Jones z meczu na mecz zachwyca coraz bardziej. Tak samo Smalling, kiedy gra.

W United nikt nie znajduje się przez przypadek. Znakomita większość tych piłkarzy ma niesamowite umiejętności piłkarskie. Na boisku potrzeba jednak jeszcze czegoś – odporności na stres. Część diabłów jej nie ma i spala się pod presją. Ci powinni opuścić United. W ich miejsce powinni przyjść piłkarze, którzy niekoniecznie muszą kosztować niebotyczne pieniądze i być bohaterami swoich reprezentacji czy obecnych klubów od lat. Muszą za to mieć jedną bardzo ważną, kluczową wręcz cechę – muszą stanowić realne zagrożenie dla obecnych graczy United, posiadając podobne umiejętności i odporność na stres; muszą od początku włączyć się do rywalizacji o miejsce w składzie na swojej pozycji i sprawić, że nasze ubrane w czerwień Pokemony też będą chciały mordować tylko po to, żeby móc grać, pokazywać się ludziom, trenerowi klubu, trenerowi reprezentacji swojego kraju i „ekspertom”.

Rywalizacji nam trzeba. Budy należy spalić!

Przewiń na górę strony