Nie przegap
Strona główna / Dlaczego? / Love United, don’t mind Glazer

Love United, don’t mind Glazer

Green & Gold till Glazers die or fold… Wygląda na to, że żaden z amerykańskich burżujów nie zamierza pożegnać się rychło z życiem, ani tym bardziej z Manchesterem United. Mimo to o akcjach LUHG tudzież G&G słyszy się coraz mniej. Poza sporadycznymi protestami kibiców miejscowych praktycznie nie jest podnoszona kwestia finansowej przyszłości potęgi z Old Trafford, a fani z naszego krajowego podwórka prędzej skupią się na nadchodzącym meczu bądź sprzedaży Berbatowa niźli na sprawie bogaczy zza oceanu. Czyżby przez niecałe dwa lata sytuacja została ustabilizowana bądź uzdrowiona a sam Malcolm Glazer okazał się być w najgorszym przypadku nieszkodliwym inwestorem?

Hurra i do przodu

G&G na trybunachPoczątkowa euforia związana z grupą tzw. Czerwonych Rycerzy i popularnością złoto-zielonej akcji utrzymywała się przez jakiś czas. Wkrótce okazało się, że z przejęcia klubu nici, lecz Old Trafford wciąż w dużej części nie było czerwone, media co jakiś czas donosiły o najnowszych rokowaniach United w świecie wielkich pieniędzy, a na polskich stronach co rusz natrafiało się na analizy oparte na hipotezach tego, co może się dziać tam wysoko bądź bluzgi skierowane w ryżych jankesów. Wśród społeczności kibicowskich nad Wisłą pojawiały się też elementy G&G najczęściej przywożone wprost z Anglii.

Konkrety, panie, konkrety

W styczniu roku pańskiego 2010 mówiło się o zadłużeniu rzędu 700mln £, a budżet klubu miał się nie posypać tylko i wyłącznie dzięki rekordowej sumie przelanej przez Real Madryt za Cristiano Ronaldo. Od tego czasu nie przypominam sobie, by ktoś donosił o znaczącej zmianie tej wartości. Dopiero stosunkowo niedawno przy okazji spekulacji dotyczących przejęcia United przez ichmościów w turbanach pojawiła się wzmianka o stopniowym topnieniu długu do poziomu nawet ponad 300 mln £. Różnica pokaźna, ale pokonana głównie dzięki sukcesom Czerwonych Diabłów na arenach krajowej i europejskiej. Fanów szukających analogii do upadku Leeds United taka suma na pewno nie zadowoli.

Czasu i kiełbasy quasi-wyborczej działanie

David Beckham z szalem G&GGdy narodził się ruch G&G, poza jawnymi kłopotami finansowymi, od wyznaczonych przez samych siebie standardów odbiegał także poziom sportowy. Niby trwała walka o majstra trwała w najlepsze, United pewnie wyszli z grupy, by wkrótce zgnieść AC Milan, lecz styl gry w niejednym spotkaniu, uzależnienie od dyspozycji Wayne’a Rooneya, a także dziwne pucharowe porażki z Leeds i Bayernem wzmogły niepokoje fanów. Gdy wbrew zapewnieniom Sir Alexa obiegową stała się opinia, iż Manchester nie może dokonać poważnych ruchów na transferowym rynku z racji braku funduszy, doszedł kolejny, dla wielu pierwszy przemawiający do rozumu argument za popieraniem kibicowskiej inicjatywy.

Jak wiemy, Czerwone Diabły rok później odzyskały należne im miejsce na brytyjskim tronie. United przez wiele kolejek nie pozwolili się pokonać w lidze, brylowali w Lidze Mistrzów i Pucharze Anglii, natomiast właściciele wyłożyli kapustę potrzebną na zatrzymanie Wayne’a Rooneya w klubie, co przełożyło się na kilka ważnych i jedno arcypiękne trafienie jeszcze łysiejącego wychowanka Evertonu. Słowem – wszystko szło po maśle, po co szukać dziury w całym?

W lecie zakontraktowano za spore pieniądze niezwykle ważny dla rozwoju zespołu tercet, a prawdopodobnie znalazłyby się środki na sprowadzenie samego Sneijdera, gdyby tylko ten był w pełni zdecydowany na dołączenie do mistrza Anglii. Swojego rodzaju manifestacja kondycji finansowej plus podwyższenie pensji personelu na Old Trafford uśpiło sympatyków United, którzy jeszcze nie tak dawno krzykiem (również za pomocą capslocka) ogłaszali swój sprzeciw przeciwko zwolnieniu pracownika w żółto-zielonym szaliku, co swoją droga było oczywistością.

Szalikowiec G&GDuży wpływ na postawę ludzi identyfikujących się z Man United miała też… moda. Tak, po prostu moda. Wrzucanie w avatary i inne grafiki barw Newton Heath oznaczało +5 do powagi, szpanu i ogarnięcia w tematyce klubowej. Chociażby podświadomie wówczas kwestia długu zdawała się ważniejszą niż kilkanaście miesięcy później. Takie są reakcje tłumu i skutki uzależnienia od doniesień medialnych. Gdyby bowiem co dwa tygodnie pojawiał się news typu Glazerowie naciskani przez anonimowych inwestorów! bądź Dług ani drgnie… temat by żył, mimo, że stan faktyczny byłby dokładnie taki sam, jak miał miejsce w rzeczywistości.

Powyższe zdania odnoszą się też do naszych odpowiedników żyjących na miejscu, dzięki którym Old Trafford znów staje się czerwone.

Refleksji czas

Mam nadzieję, że każdy czytający postara porównać się swoją obecną postawę do tej z, powiedzmy, lutego 2010. Celowo uniknąłem użycia wyrażenia rachunek sumienia, bo nie o to w tym wszystkim chodzi. Interesuje mnie, jakie wnioski wyciągniemy. Czy okaże się, iż ktoś padł ofiarą mody, innemu przytrafił się słomiany zapał, kogoś całe to zamieszanie znudziło, ktoś machnął ręką, a może zrozumiał, że od początku histeria przesadzoną była? A może znajdą są osoby do dziś nienawidzące, które stwierdzą, że w tym wszystkim chodzi o coś więcej niż suche liczby?

Avram GrantNigdy nie zgłębiałem tajników ekonomii i finansów. Znam pojęcie krzywej Laffera, wiem, że podatki powinny być niskie, a dług nigdy nie jest pozytywną oznaką. Uważam się jednak za laika i to laika, który nie posiada żadnych wiarygodnych danych mogących naprowadzić go na trop wyjaśnienia czy zagadki wpływu działań rodziny Glazerów na losy United. 300 mln £ to dla mnie niewyobrażalna kupa pieniędzy, przy czym wierzę w rynek, który nie takim sumom dawał radę. W którą to wszystko stronę pójdzie? Nie wiem, trend jest pozytywny. Jaki by był, gdyby fortuna na boiskach od nas odwróciła się? Deficyt zielonego pojęcia, choć tak poziom różowości spada. W każdym razie, trzeba trzymać rękę na pulsie, bo chyba nietrudno się zgodzić, że od ideału wciąż dzieli nas spory dystans.

A złoto i zieleń? Niech szalik i koszulka uświadamiają mi, że dziś klub, z którym emocjonalnie się związałem, to nie tylko jedenastu chłopa kopiący syntetyczną bańkę powietrza.

Przewiń na górę strony