Nie przegap
Strona główna / United to MY! / Dogonić marzenia

Dogonić marzenia

Dogonić marzenia
Tą wycieczkę planowałyśmy od bardzo dawna. Wreszcie przyszedł czas na to, by nasze marzenia się spełniły. Razem z siostrą bliźniaczką i dwiema przyjaciółkami, które są takimi samymi fanatyczkami futbolu jak ja, zdecydowałyśmy się, że po maturze wyruszymy na podbój Anglii. Nie był to jednak typowy wyjazd. Większość ludzi jeździ za granicę, aby pozwiedzać słynne zabytki. My wybrałyśmy się do Wielkiej Brytanii tylko i wyłącznie po to, by na własne oczy przekonać się, jak bardzo zapierające dech w piersiach są tamtejsze stadiony.

» Nabór do redakcji
» Chcesz opublikować swój tekst na Redlogu? Wyślij go nam!
» Dlaczego warto komentować na Redlogu?
» Śledź nas na Facebooku

Postanowiłyśmy z bólem serca, że nie ma szans, żebyśmy obejrzały tam mecz na żywo, bo nie jesteśmy kibicami tej samej drużyny (ja, Karolina, i koleżanka, Mary, za Manchesterem United; siostra Magda za Liverpoolem, ale sympatyzująca także z Arsenalem, oraz Kasia sercem za Liverpoolem, lecz pałająca sympatią do Tottenhamu), więc trudno byłoby nam się zdecydować na jeden mecz, bo zawsze któraś będzie niezadowolona. Mowa mogła być tylko o meczu Manchester – Liverpool, ale tu wychodził problem terminu (wyjazd miał być po maturze).

» Galeria zdjęć z wyprawy

Bilety lotnicze zarezerwowałyśmy na 24 maja (z Katowic do Liverpoolu) oraz powrotny 31 maja (z Londynu do Katowic). Dla wszystkich z nas był to pierwszy lot samolotem oraz pierwszy pobyt w Anglii. Leciałyśmy tam, znając tylko adresy hoteli, w których mamy nocować i stadionów, nie mając pojęcia, jak się będziemy między nimi przemieszczać. Krótko przed wyjazdem dołączyli do nas dwaj znajomi – Iwona i Wojtek – obaj nie mający bladego pojęcia o piłce nożnej, chcący po prostu gdzieś się wyrwać.

W końcu przyszedł długo oczekiwany moment – dzień wyjazdu. Od rana z niepokojem oglądaliśmy wiadomości, w których ciągle mówili o wulkanicznym pyle. Na szczęście okazało się, że lot odbędzie się zgodnie z planem. Tak więc o 19:35 weszliśmy na pokład. Anglio nadchodzimy!

Jak to określił pilot, nasz lot był „turbulentny”, więc możecie sobie wyobrazić, co czuliśmy w samolocie. Jednak o 21:25 szczęśliwie wylądowaliśmy na lotnisku Johna Lennona w Liverpoolu. Podekscytowani odebraliśmy bagaż i wyszliśmy na zewnątrz. I dopiero w tym momencie do nas dotarło, że nie mamy pojęcia, co teraz począć. Było już ciemno, a my nie mieliśmy zielonego pojęcia, do którego autobusu wsiąść. Jednak szybko okazało się, że ludzie są tam bardzo uprzejmi i w końcu weszliśmy do autobusu linii 86A. Kierowca zapewnił, że poinformuje nas, kiedy mamy wysiąść. Spotkaliśmy tam również parę, która chciała nam pomóc, widząc nas z mapą. Po dłuższej rozmowie okazało się, że mieszkają blisko naszego hotelu, więc zaproponowali, że zaprowadzą nas do niego. Nie mogąc uwierzyć w nasze szczęście, o 23. czasu lokalnego znaleźliśmy się w Formule 1.

25.05 – dla fana Liverpoolu data szczególna (dla niezorientowanych – rocznica pamiętnego finału w Stambule). Właśnie na ten dzień, na godzinę 12. zarezerwowaliśmy nasz Stadium Tour po Anfield. O 8:30 wyruszyliśmy w drogę. Po drodze spotkaliśmy – jak się później okazało – kibica Evertonu. Sam zaoferował nam swoją pomoc – widocznie po raz kolejny musieliśmy nieźle wyglądać z mapą w ręku. Dzięki niemu straciliśmy z pół godziny, bo zaprowadził nas tą samą drogą, którą przyszliśmy, na przystanek, podczas kiedy my wyraźnie powtarzaliśmy mu, że chcemy dojść tam pieszo, bo na mapie nie wyglądało to za daleko. Na samym końcu wyjawił nam swoją wiarę i tylko się uśmiechnął. Także znowu z punktu wyjścia ruszyliśmy w trasę.

O dziwo, idąc „na wyczucie”, doszliśmy w godzinę pod sam stadion (Magda i Kasia uważają, że to zapach stadionu i miłość do tego klubu ich poprowadził). Pierwsze wrażenie – obiektywnie z Mary stwierdziłyśmy, że ten stadion wygląda z zewnątrz jak fabryka czekolady. W tym momencie coraz bardziej chciałyśmy znaleźć się pod Old Trafford. Jednak na to wydarzenie przyszło nam jeszcze poczekać. Pod Anfield byliśmy o godzinie 10., więc zrobiliśmy tylko parę zdjęć i stwierdziliśmy, że poszukamy stadionu Evertonu, bo jest gdzieś niedaleko. Przejście kilometra, który według mapy oddziela oba te stadiony, zajęło nam całą godzinę. Widocznie w tym wypadku zapach nie tyle przyciągał, co odstraszał :-) Wrażenie odniosłyśmy to samo – fabryka czekolady – jednak teraz reszta ekipy podzieliła nasze zdanie. Wróciliśmy pod stadion Liverpoolu i rozpoczęliśmy wycieczkę (oczywiście Iwona i Wojtek zostali przed).Nie będę was zanudzać tym, co tam obejrzeliśmy, ale stadion zrobił na nas niesamowite wrażenie, choć był mniejszy, niż nam się wydawało. W naszej grupie był fan Manchesteru United, który z słuchawkami na uszach śpiewał Glory Glory Man United. Pod koniec oprowadzania, przewodnik zapytał nas swoim scouserskim akcentem:
– Were are you come from?
– From Poland
– Poland, yeah. You all’re a Liverpool supporters?
– No! (krzyknęłyśmy razem z Mary)
– So which team do you support?
Manchester United.
– Come on, have to go. (z obrzydzeniem)

Na tym nasza wycieczka się skończyła, obejrzeliśmy jeszcze muzeum, potem Magda z Kasią opanowały Megastore i po godzinie spędzonej w sklepie ruszyliśmy z powrotem do hotelu.

Kolejny dzień mieliśmy w całości zarezerwowany na koczowanie pod ośrodkiem treningowym Liverpoolu – Melwood. Kasia ubzdurała sobie, że skoro Gerrard jest kontuzjowany, to na pewno tam jest. Obeznane już w komunikacji miejskiej, bez problemu trafiliśmy tam autobusem nr 13. W tym wypadku kierowca również poinformował nas, kiedy mamy wysiąść (właściwie to krzyknął „Melwood!”). Podeszliśmy pod główną bramę, nie zdążyliśmy nawet się „zadomowić” (w końcu mieliśmy tam spędzić pół dnia), kiedy z ośrodka wyjechała ciężarówka, zatrzymała się przy nas i kierowca wręczył nam najnowszy numer klubowego magazynu. Nie minęło pięć minut, kiedy pod bramę podjechał samochód, a w nim Sammy Lee! Zaczął do nas machać, w szoku nie zdążyłyśmy nawet wyjąć kamery. Od tego momentu nie wypuszczałam jej już z ręki. I było warto, bo po 15 minutach podjechał Fabio Aurelio. Ten jednak nawet na nas nie spojrzał, chociaż Magda z Kasią zachowywały się, jakby co najmniej dał im autograf. Gdzieś po godzinie z ośrodka na rowerze wyjechał jakiś pracownik i zapytał nas, czy już kogoś widziałyśmy.

My mu na to, że Fabio Aurelio, a ten tylko do nas mrugnął i odjechał, jakby wiedział, co nas czeka. W międzyczasie wydawało nam się, że do Melwood wjeżdża Ian Rush, jednak nie myślałyśmy, że może to być prawdopodobne. Nasze dwie fanatyczki zaczęły śpiewać „Stevie Gerrard, Gerrard”, jakby miało to w czymś pomóc. Zapomniałam dodać, że było to nasza 5. godzina tam, ciągle padało, więc trochę już dostawałyśmy na głowę. Chwilę po tym ochroniarz, który przez cały czas nas obserwował, gdzieś dzwonił i w ogóle zaczęło się jakieś poruszenie, nie wiedziałyśmy, co się dzieje. I nagle z bramy wyjeżdża sam Steven Gerrard! Mary, która miała aparat w ręku, zatkało i nie była w stanie zrobić zdjęcia. Jedyną osobą, która zachowała zimną krew, byłam ja, z kamerą w dłoni. Udało mi się nakręcić tą wiekopomną chwilę.

Stevie również się nie zatrzymał przy nas, w sumie nie miał powodu, gdyż żadna z nas nie zrobiła żadnego ruchu w jego kierunku, jedynie nam pomachał. Nawet jeśli cokolwiek byśmy zrobiły, nie mógł się przy nas zatrzymać, gdyż była nawet o tym informacja przed bramą. Nie dawało nam spokoju to, że wcześniej mógł to być faktycznie Ian Rush, w końcu jak spotkaliśmy Gerrarda, nic nie mogło nas już zaskoczyć. Postanowiliśmy zaczekać, aż osoba, która nam się nim wydawała, wyjdzie z budynku. I doczekaliśmy się. Po godzinie wyszedł i nie mieliśmy wątpliwości, że to naprawdę on. Ten jednak w przeciwieństwie do reszty, zatrzymał przy nas samochód, pomachał nam i odjechał. Z bólem serca po tym wydarzeniu opuściłyśmy Melwood i wróciłyśmy do hotelu. Czekała nas przecież podróż do Manchesteru.

Następnego dnia z rana busem linii National Express ruszyliśmy na najlepszą część wycieczki. Autokar wysadził nas przy Coach Station. Popytaliśmy ludzi i wsiedliśmy stamtąd do autobusu linii 250. Wybrałam się na Old Trafford tylko z Mary i Magdą, bo reszta zdecydowała się zostać na stacji (co wydaję mi się w tym wypadku totalnie idiotyczne). Jechaliśmy już dość długą chwilę, kiedy naszym oczom ukazał się najpiękniejszy widok na świecie. Nie była to już „fabryka czekolady”, tylko ogromny Teatr Marzeń. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba zobaczyć. Mary pobiegła do przycisku STOP i zaczęła go energicznie wciskać, mimo iż w zasięgu wzroku nie było jeszcze widać przystanku. Byliśmy tam około godziny 10:45, a bilety mieliśmy zarezerwowane dopiero na 15. Stwierdziliśmy, że obejdziemy stadion dookoła, żeby czas nam szybciej upłynął, a potem ruszymy do Megastore na zakupy. Jednak w związku z tym, że musieliśmy dokupić jeszcze jeden bilet, udaliśmy się najpierw do recepcji. Pracownik widząc, na którą mamy zarezerwowany tour, zaproponował przebookowanie go na 11:20.

Dostałyśmy smycze z biletami. Zadowolone wyszłyśmy z budynku. Stałyśmy tak z 5 minut, kiedy zdałyśmy sobie sprawę, że jest już 11:19, a my nie wiemy nawet, gdzie nasza wycieczka się zaczyna! Wróciłyśmy do tego uprzejmego pana, a ten tylko na nas spojrzał, krzyknął „Run!” i wskazał drzwi na lewo. Okazało się, że musimy dobiec na trzecie piętro! Każda osoba, którą mijałyśmy, ruchem ręki wskazywała nam drogę, gestykulując, żebyśmy się pospieszyły. Wszystko działo się jak w slow motion. Przebiegłyśmy całe muzeum (ci którzy tam byli, wiedzą, jakie ono jest ogromne), ale w końcu znaleźliśmy się na miejscu. Weszłyśmy tam równocześnie z przewodnikiem, więc udało się. Zdyszane rozpoczęłyśmy zwiedzanie. Może nie będę opisywać tego, co tam zobaczyłyśmy, każdy sam musi to przeżyć. Siostra ciągle musiała liczyć się z docinkami przewodnika, po tym jak przyznała się komu kibicuje.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam murawę, zakręciła mi się łezka w oku. Coś niesamowitego. Obejrzeliśmy jeszcze szatnię i porobiłyśmy fotki z wszystkimi koszulkami po kolei. Po zakończonym tourze udaliśmy się do muzeum, które wcześniej zobaczyłyśmy w biegu. Było tam nawet specjalne pomieszczenie w całości poświęcone Garry’emu Neville’owi. Potem poszłyśmy jeszcze zobaczyć Red Cafe, a stamtąd już prosto do Megastore. Spędziłyśmy tam ponad godzinę. Wszystko było zrobione pod zbliżający się finał Ligi Mistrzów oraz zdobyty niedawno 19. tytuł mistrza Anglii. Nawet stadion był cały obklejony plakatami. Jeszcze tylko porobiliśmy ostatnie zdjęcia i musieliśmy wracać na stację. Niestety w Manchesterze spędziliśmy tylko jeden dzień (naprawdę nie wiem, kto układał plan tej wycieczki), wieczorem mieliśmy już autokar do Londynu. Przy zakupie biletu na ten przewóz odbyłam jeszcze niekoniecznie miłą rozmowę z fanem Barcelony, który przekonywał mnie, że jego zespół wygra „tri-oł”. Skwitowałam to tylko „whatever” i odeszłam.

O 18:15 ruszyliśmy do stolicy. O 22:55 byliśmy na miejscu. Może nie będę opisywać, co działo się w nocy, powiem tylko, że się zgubiliśmy. Naszą nocną podróż podsumował rowerzysta, który, gdy zapytaliśmy go o drogę, stwierdził: „You’re totally in a wrong place” i z uśmiechem na ustach odjechał. Postanowiliśmy już nigdy w życiu nie wracać do tego miasta. Ale niestety mieliśmy tam spędzić kolejne 4 dni. W końcu o godzinie 5., dotarliśmy do hostelu. Miły recepcjonista poczęstował nas śniadaniem, którego nie mieliśmy nawet opłaconego. Był to dzień finału, więc poszliśmy się wyspać i o godzinie 20. zasiedliśmy przed telebimem w restauracji.

Początkowo planowaliśmy wybrać się pod Wembley, ale widząc tłumy zmierzające pod stadion, zrezygnowaliśmy, zniechęcone nocnymi wydarzeniami. Oprócz nas było tam z 10 osób, wśród nich tylko jeden fan Manchesteru United. Zapewne było to spowodowane tym, że znajdowaliśmy się w Arsenal Tavern Hostel, położonym obok stadionu Arsenalu. Jednak nie powstrzymało nas (mnie i Mary) to przed wdzianiem klubowych barw. Oczywiście musiałyśmy zmierzyć się z kilkoma docinkami w trakcie meczu. Wszyscy widzieliśmy to „widowisko”, więc wiadomo, dlaczego od razu po końcowym gwizdku się stamtąd zmyłyśmy. Odchodząc, usłyszałyśmy jedynie: „sorry, Manchester girls”.

W podłym nastroju kontynuowaliśmy naszą wycieczkę. Na następny dzień zaplanowaną mieliśmy podróż na WHL. Tym razem od razu poszliśmy na metro. Nie uchroniło nas to jednak przed kolejnymi „przygodami”, o których może nie będę tu wspominać. W końcu dotarliśmy. Ten stadion z zewnątrz nie wyglądał na nic. W przypadku tego klubu Megastore, wcale nie był taki „mega”. Ale to można było przewidzieć. Na Stadion Tour wybrała się tylko Kasia i Mary, reszta czekała przed. I nam się to bardziej opłaciło, gdyż czekając na nich, tuż przed naszymi nosami samochodem przejechał… David N’Gog. Nie wiem, czemu mieliśmy akurat szczęście tylko na graczy Liverpoolu. No ale nie będę wybrzydzać, nie na co dzień spotyka się piłkarzy tego formatu. Znowu autobus, metro, powrót do hostelu. I tak upłynął nam kolejny dzień w Londynie.

30. maja przeznaczyliśmy na zwiedzanie stadionu Arsenalu. W tym wypadku nie było mowy, żebyśmy się zgubili, Emirates widzieliśmy z okna. Ten z kolei zrobił na nas wrażenie. Może nie takie jak OT, ale zawsze jakieś. Kolejny raz zdecydowaliśmy się na przebookowanie biletów. Tym razem z 14:45 na 11:45. Również dostałyśmy pamiątkowe smycze. Schemat ten sam: stadion, szatnie, muzeum, Megastore, jedna z nas zadowolona – w tym wypadku Magda. Wróciliśmy do hotelu, a po południu razem z innymi kibicami obejrzeliśmy mecz Reading – Swansea.

I tak dotarliśmy do ostatniego dnia naszej wycieczki. Metrem wybraliśmy się na Stamford Bridge. Z jednej strony jakoś się prezentował, ale jak podeszliśmy z drugiej, naszym oczom ukazał się hotel. Co najmniej dziwne. Na ale cóż. Poszliśmy do Megastore (piętrowe, wszędzie Torres i zdjęcia z celebracji jego jedynej bramki), każda kupiła pamiątkę, obowiązkowe już w naszym wypadku przebookowanie biletów i idziemy na ostatni tour po stadionie. Tutaj też otrzymaliśmy smycze, właściwie wszędzie je dostałyśmy z wyjątkiem Anfield. Przez większość czasu w ciszy chodziliśmy oglądać murawę z każdej strony, widocznie nie miał o czym opowiadać :-) Do muzeum nie wstąpiliśmy, gdyż nie było jeszcze oficjalnie otwarte. Wróciliśmy do hotelu, zabraliśmy bagaże i wyruszyliśmy na lotnisko Luton. Musieliśmy po drodze z metra przesiadać się do pociągu, a z niego do autobusu. W tym dniu zaliczyliśmy chyba prawie każdy możliwy środek transportu. Lot już nie był tak turbulentny i o 00:30 byliśmy w Katowicach.

Już wiemy, że na pewno wrócimy jeszcze do Liverpoolu i Manchesteru, Londynu za to nie mamy w planach. Podsumowując, był to najlepszy tydzień mojego życia, tylko szkoda, że tak mało czasu byliśmy w Manchesterze. Każdemu polecam taki wypad, drogo nas to nie wyszło, a wrażeń na całe życie.

P.S. Jakbyście chcieli wiedzieć, kto jest kto, to na podstawie tego zdjęcia na Anfield, które zrobiła nam przewodniczka, wam wyjaśnię – od lewej: ja, Mary, Magda i Kasia.

Autor: Karolina Lorke

Przewiń na górę strony