Nie przegap
Strona główna / Liga Mistrzów / Pokonać rzymskie demony

Pokonać rzymskie demony

Pokonać rzymskie demony
28 maja cała uwaga sportowego świata skierowana będzie na legendarny stadion Wembley w stolicy Wielkiej Brytanii, czyli kolebkę futbolu, gdzie odbędzie się wielki finał Ligi Mistrzów. Zmierzą się w nim dwie bezsprzecznie najlepsze drużyny klubowe w Europie ostatnich lat. Dla United będzie to szansa na wielki rewanż za porażkę w finale przed dwoma laty, gdzie wbrew oczekiwaniom nie doszło do wielkiego meczu, a Barcelona prowadzona przez Pepa Guardiolę gładko rozprawiła się z bezbarwną drużyną Sir Alexa Fergusona, przewyższając ją niemal pod każdym względem.

Minęło już trochę czasu od tego spotkania na Stadio Olimpico, które w brutalny sposób pozbawiło Czerwone Diabły szansy na czwarty Puchar Europy. Sir Alex Ferguson miał aż nadto czasu, aby wyciągnąć wnioski, poza tym drużyna przeszła spore zmiany, wypracowując sobie nowy, pewnie mniej atrakcyjny, ale niezmiernie efektywny styl po odejściu niekwestionowanej gwiazdy zespołu – Cristiano Ronaldo. Można śmiało powiedzieć, że na Wembley wybiegnie inne United niż to sprzed dwóch lat. Mając w pamięci rzymskie „starcie gladiatorów”, wypada zastanowić się, co właściwie należy zmienić, czego uniknąć, a z czego wyciągnąć naukę. Jak właściwie podejść do finału Champions League przeciwko Dumie Katalonii, by tym razem rywalizować z nią jak równy z równym i mieć szanse na zwycięstwo? W tym miejscu należy wrócić pamięcią do 27 maja 2009 roku i chłodnym okiem przyjrzeć się największym grzechom drużyny Sir Alexa Fergusona, która będąc obrońcą tytułu, była przecież stawiana w roli faworyta, a przegrała z kretesem, nie potrafiąc praktycznie przejąć inicjatywy i grać swojej piłki.

Po pierwsze ustawienie

Ofensywne 4-3-3 ze środkiem Carrick, Giggs, Anderson było zdecydowanie strzałem w stopę szkockiego szkoleniowca. Barcelona mająca w swoich szeregach takich wirtuozów centrum pola jak Xavi i Iniesta po zaledwie kilkunastominutowej optycznej przewadze Czerwonych Diabłów opanowała całkowicie środek boiska. Niestety poza kilkoma minutami na początku drugiej odsłony tego spotkania już jej nie oddała. Obecnie trzeba przyznać, że Barcelona zrobiła w tym elemencie gry kolejny krok na przód i jeszcze lepiej utrzymuje się przy piłce przez wymienianie jeszcze większej liczby podań niż w sezonie 2008/2009. Z tego względu zadanie powstrzymania rozpędzającej się katalońskiej machiny na Wembley będzie zdecydowanie trudniejsze. W związku z tym dwóch środkowych pomocników w centrum pola to absolutne minimum. Wydaje się więc, że United wybiegnie na to spotkanie systemem 4-4-2 ze względu na to, że zagęszczanie środka i gra 4-5-1 z wysuniętym napastnikiem nie przynosi w tym sezonie efektu, a osamotnieni zawodnicy tej formacji nie są w tym ustawieniu wystarczająco efektywni. W środku pewniakowi Michaelowi Carrickowi partnerować może (o ile osiągnie zadowalającą formę i kondycję) wielki nieobecny finału w Rzymie, czyli Darren Fletcher lub Anderson mający za zadanie sprinterskie pojedynki w defensywnie. W takim przypadku w wyjściowym ustawieniu może zabraknąć miejsca dla Ryana Giggsa, który zupełnie nie potrafił się odnaleźć w Rzymskim finale dwa lata temu. Ktokolwiek zagra na środku, stanie przed gigantycznym wyzwaniem ograniczenia posiadania piłki drużyny z Katalonii, przerwania długich serii podań w centrum placu gry w oczekiwaniu na otworzenie się rywali i szybki powrót do defensywy, kiedy Barcelończykom uda się przedrzeć bliżej bramki Van der Sara. Jeśli United mają walczyć o zwycięstwo, to nie mogą pozwolić przeciwnikom na przetrzymywanie piłki oscylujące standardowo w granicach 70% czasu gry. Kluczową postacią w osiągnięciu tego celu może być niezmordowany Park Ji-Sung, który powrócił po kontuzji do optymalnej formy i wykonuje tytaniczną pracę zarówno w ataku jak i obronie. Skoro przechodzimy już do obrony, to jest to najłatwiejsza do obsadzenia formacja, więc nie ma się nad nią co rozwodzić, oby tylko wszyscy byli zdrowi. W ataku natomiast najprawdopodobniej zobaczymy świetnie współpracujący duet Rooney i objawienie tego sezonu w postaci Chicharito, który będzie szukał luki w obronie Barcelony.

Po drugie koncentracja

Chyba wszyscy prawdziwi kibice United pamiętają, jak świetnie prezentowała się linia defensywna United będąca najmocniejszą formację zespołu w sezonie 2008/2009. Finał Champions League miał być pojedynkiem najlepszego ataku z najlepszą obroną na świecie…  Absolutnie nie spełnił jednak tych oczekiwań. Równie mocno co wybitna forma obrońców United przez większość tamtego sezonu w pamięć zapadła niestety (przynajmniej autorowi tego tekstu) kruchość defensywy w dwóch kluczowych momentach meczu finałowego. Najpierw Vidić, który daje się minąć Samuelowi Eto jak na szkolnym boisku, a w późniejszym okresie drugi filar defensywy United w osobie Ferdinanda nawet nie fatygujący się do interwencji przy wrzutce w pole karne do Messiego. „Bo co niby taki knypek może zrobić z górnym podaniem nawet nie w bezpośrednim sąsiedztwie bramki?” A co potrafił zrobić wszyscy wraz z Ferdinandem bardzo szybko się przekonali. Nie ma więc mowy o jakimkolwiek braku zaangażowania czy odpuszczaniu któregoś z rywali w potencjalnie groźnych sytuacjach. Trzeba też wyeliminować czynnik ludzkiej głupoty, który objawia się czasami w postaci bezsensownych fauli lub szalonego odbicia piłki ręką w meczu z Arsenalem pewnego (żeby nie było, że jestem do niego uprzedzony) obrońcy. Odpowiednia motywacja zawodników, ale do wyraźnie zaznaczonej granicy sportowej złości to jedno z największych wyzwań dla Sir Alexa Fergusona.

Po trzecie taktyka

Największym szokiem dla kibiców United oglądających ostatni finał Pucharu Europy w wykonaniu swojej drużyny była słabość taktyczna starego wyjadacza Fergusona, który wydawałoby się, że żółtodzioba Guardiolę przewyższa pod każdym możliwym względem. Założenia taktyczne, jakiekolwiek by nie były, zakładały zapewne otwartą grę na wymianę ciosów z ekipą z Katalonii. Jednym z jej głównych założeń była niezachwiana wiara w blok defensywny, który miał dać pewność reszcie zespołu. Najwyraźniej nie było jakiegoś „planu B”. W każdym razie po szybkiej stracie bramki w wyniku błędu indywidualnego serbskiego defensora drużyna tak pieczołowicie układana przez Fergusona całkowicie się rozsypała. Zabrakło planu awaryjnego lub drużyna nie była się w stanie do niego dostosować. W starciu z takim zespołem jak Barcelona United absolutnie muszą być przygotowani do tego, że mogą stracić jedną lub nawet dwie bramki. Muszą mieć wiarę i siłę, a także przećwiczone warianty taktyczne na ewentualność gonienia wyniku, aby podjąć walkę, kiedy rywal poczuje się pewniej i nastąpi jego lekkie rozluźnienie. Wierzę, a nawet jestem pewien, że Ferguson tym razem o to zadba. Mocno pokrzepiające jest to, że United naprawdę będą mieli czym zaskoczyć Barcelonę, szarżujący prawą stroną Valencia, nieobliczalny Park czy czający się na linii spalonego Hernandez mogą przyprawić obrońców o zawrót głowy. Trzeba też wziąć poprawkę na to, że nawet wysoka forma z decydującego o mistrzostwie meczu z Chelsea nie będzie wystarczająca do pokonania Barcelony. Powód jest bardzo prosty – po ewentualnym wyjściu na prowadzenie Barcelona jest ostatnią drużyną na świecie, której można oddać inicjatywę tak, jak oddano ją Chelsea w drugiej połowie meczu na Old Trafford. W założeniach taktycznych cofnięcie dziesięciu zawodników głębiej na własną połowę, a przede wszystkim oddanie środka pola po objęciu prowadzenia (choćby dwubramkowego) może być równoważne z jego utraceniem.

No i po czwarte… Ronaldo

Finał Ligi Mistrzów w Rzymie był pod jednym względem taki sam jak każdy inny mecz w tamtym sezonie. Cała drużyna United zbyt mocno polegała na indywidualności jednego zawodnika, wierząc, że wystarczy oddać piłkę Ronaldo na połowie rywali, a on już zrobi resztę. Jeżeli Portugalczyk nie wszedł dobrze w mecz, to cała drużyna United spisywała się co najwyżej przeciętnie. Dodatkowo, aby zrobić miejsce dla „geniuszu” Ronaldo, Wayne Rooney powędrował na prawe skrzydło, gdzie jego siła rażenia drastycznie spada, ale ktoś przecież musiał zagrywać piłkę do Ronaldo… Całe szczęście, że w porównaniu do tamtego, jak również i ostatniego sezonu, drużyna United nie jest uzależniona od formy i postawy jednego piłkarza i nie ma konieczności przekwalifikowywania zawodników na inne pozycje. Siłą United jest teraz gra zespołowa, a dzięki różnorodności, którą tak świetnie uzupełnił w drużynie Javier Hernandez, Czerwone Diabły są w stanie ugryźć z różnej strony co sprawia, że nie są tak przewidywalni jak byli wcześniej.

Przed finałem na Wembley zadziałać może jeszcze pewien czynnik, który da United pewną przewagę lub przynajmniej zadziała nieco na ich korzyść. Oczywiście przed meczem Barcelona będzie unikała roli faworyta, pragnąc zrzucić presję z barków swoich piłkarzy. W końcu United zagra w swoim kraju, ma wspaniały sezon itp. itd. Taktykę tą uskuteczniać zaczął niedawno rozgrywający Barcy, Xavi. Nikogo chyba tym jednak nie oszuka, a już na pewno nie oszuka mediów, tak ochoczo gloryfikujących „drużynę z PlayStation”. Zresztą nawet sam legendarny stadion Wembley był w przeszłości bardzo szczęśliwy dla Barcelony. Sam Pep Guardiola uniósł na tej arenie w górę puchar Europy, kiedy w 1992 roku Barcelona pokonała tam Sampdorię, osiągając historyczny w dziejach klubu sukces. Z tego powodu gracze Barcelony nie powinni czuć się w żadnym razie onieśmieleni grą w sercu Londynu. Trzeba też postawić sprawę jasno, dla neutralnych sympatyków piłki nożnej Barceloński „sexy football” jest dużo bardziej atrakcyjny i ze względu na to większość ze wspomnianych (a także ze względu na przydziały biletów) ludzi na samym stadionie będzie życzyła United porażki. Wystarczy przypomnieć sobie, co działo się w Rzymie, kiedy lwia część publiczności ryczała, gdy tylko United przedostawali się głębiej na połowę rywali. Oczywiście zjawisko to podchwycą i umiejętnie podsycą reporterzy i pismaki na całym świecie, roztaczając nad Katalończykami (zapewne na długo przed pierwszym gwizdkiem) jakże znamienną aurę uwielbienia i niezwyciężalności, która każdego kibica innego klubu niż „więcej niż klubu” przyprawia, lekko mówiąc, o wymioty. Do rozpętania tej medialnej zawieruchy pozostaje jeszcze trochę czasu, jednak zapewne już niedługo media zaczną wciskać Blaugranie puchar w ręce, a pokonanie United w nadchodzącym finale nazywać będą dopełnieniem formalności. Zawodnicy samej Barcelony raczej nie będą się tym przejmować, ale dla graczy United tkwi w tym iście diabelski potencjał. Potencjał, aby wywołać w nich czystą sportową złość, obudzić determinację i wolę walki. W przeciwieństwie do zbyt dużej pewności siebie i wiary we własne możliwości, jaka towarzyszyła zawodnikom z Manchesteru w poprzednim starciu obu ekip, na murawę Wembley wybiec mogą bestie rozjuszone tym, że piłkarski świat widzi w nich statystów, niezbędnych do uhonorowania boskiej drużyny z Katalonii pucharem, który już im praktycznie przyznano. To przy maksymalnej koncentracji i odpowiednim doborze taktyki przez Sir Alexa Fergusona da drużynie z Teatru Marzeń ogromną szansę do zaszokowania „ekspertów” i wyrwania Barcelonie pucharu, dopełniając szczęścia w miejscu nazywanym stolicą piłki nożnej… Wembely, Wembely! We’re the famous Man United and we’re going BACK to Wembley!

Przewiń na górę strony