Nie przegap
Strona główna / Manchester United / Nie jest tak źle, choć mogłoby być lepiej

Nie jest tak źle, choć mogłoby być lepiej

Nie jest tak źle, choć mogłoby być lepiej
Końcówka sezonu, do rozegrania pozostało jeszcze kilkanaście meczów, Manchester United zajmuje należne mu miejsce w tabeli Premier League, w 1/8 Ligi Mistrzów pokonał nie najmocniejszą Marsylią, wciąż walczy o Puchar Anglii. Można powiedzieć sezon „jak każdy inny”, czy aby na pewno? W moim mniemaniu jest to sezon wyjątkowy, dziwny i często zaskakujący. A przede wszystkim dający do myślenia.

Pierwsza rzecz, na którą nie sposób nie zwrócić uwagi to ligowa tabela, w której statystyka „dom” – ”wyjazd” jest najzwyczajniej w świecie nie do wytłumaczenia.

Gwoli przypomnienia: z czternastu meczów rozgrywanych na Old Trafford podopieczni Fergusona wygrali trzynaście i jeden zremisowali, zaś z piętnastu pojedynków rozgrywanych na terenie rywala United aż ośmiokrotnie dzieliło się punktami, trzy razy musiało uznać wyższość przeciwnika i tylko czterokrotnie wywoziło komplet punktów. Statystyka mówi sama za siebie, Teatr Marzeń to twierdza nie do zdobycia, jednak każdy inny stadion stał się dla piłkarzy United ogromnym problemem.

Kiedy zbliża się mecz wyjazdowy, kibice zaczynają drżeć. Zastanawiają się, czy na boisko nie wybiegnie przypadkiem jedenastu zawodników, którzy w niczym nie przypominają tych walecznych, twardych jak skała i nigdy nie odpuszczających piłkarzy, których znają z Old Trafford. Na „obcym terenie” w zawodników Manchesteru wstępuje coś, czego ja osobiście pojąć nie mogę. Mianowicie piłkarze, którzy na futbolu zjedli zęby, grali przeciwko największym, zwiedzili cały piłkarski świat, w pewnym momencie zaczynają tracić pewność siebie. Nie potrafią stworzyć kombinacyjnej akcji, wymienić kilku prostych podań bez niedokładności i niechlujstwa, nie dostrzegają lepiej ustawionych partnerów, nie korzystają z doświadczenia i technicznej przewagi. Nawet formacja, która 2 sezony wcześniej była całkowitym pewniakiem, spisywała się momentami fatalnie. Takich dziur i błędów w obronie Manchesteru nikt by się nie spodziewał. Przecież w defensywie w porównaniu z poprzednimi latami nie zaszły jakieś wielkie zmiany (a jeśli już, to były to zmiany na dobre), jednak obrona, która dbała o to, aby Edwin van der Sar przez 1311 minut nie wpuścił żadnej piłki do bramki, teraz seryjnie zaczęła te bramki tracić. I co najgorsze, często robiła to w najmniej odpowiednich momentach, czyli w samej końcówce meczu, kiedy czasu na odrabianie strat już nie było.

Z drużyną słabszą pod każdym względem grają jak równy z równym. Ktoś może powiedzieć, że na tym właśnie polega futbol, jest nieprzewidywalny i dlatego go kochamy. Jednak do cholery, nie mogę się z tym zgodzić, jeśli sytuacja powtarza się wręcz cyklicznie, remisy z wiele słabszymi przeciwnikami przytrafiały się o wiele za często i nie można tego tłumaczyć nieprzewidywalnością piłki nożnej. To musi tkwić w głowach piłkarzy. Po każdym kolejnym wyjazdowym meczu słyszeliśmy zapewnienia, że koniec z głupim traceniem punktów, jednak w tej materii nic się nie zmienia i tak jak było źle, tak pozostało (początek sezonu 4 mecze – 4 remisy; ostatnie 4 mecze – 3 porażki i 1 zwycięstwo).

Druga sprawa to seria meczów bez porażki. Patrząc na to, jaką formę prezentował osiemnastokrotny mistrz Anglii w niektórych meczach, można zachodzić w głowę, jakim cudem udało się rozegrać 29 meczów, nie odnosząc żadnej porażki (złośliwość losu, że porażka przyszła akurat w meczu z ostatnią drużyną w tabeli, przez co rekord został tylko wyrównany, a nie pobity). W niektórych spotkaniach drużyna w czerwonych koszulkach z diabełkiem na piersi w niczym nie przypominała słynnego na cały świat Manchesteru United, którym zachwycają się miliony kibiców. Jednak dzięki opatrzności, czasami szczęściu, a najczęściej dzięki najlepszemu trenerowi w historii futbolu, drużyna nie przegrywała mimo fatalnej postawy. Podobno po tym poznaje się wybitny zespół, że potrafi zwyciężać nawet kiedy gra się „nie klei”.

I w tym momencie chciałbym zadać kluczowe pytanie, czy obecny Manchester United to faktycznie zespół wybitny? Analizować wypada od początku, czyli od bramki.

Edwin van der Sar – tutaj nie ma najmniejszych wątpliwości, bramkarz genialny, wielki profesjonalista, potrafiący wygrywać mecze. Linia obrony, w moim mniemaniu również prezentuje się świetnie.
Para stoperów Ferdinand – Vidić to ścisła światowa czołówka, pod warunkiem, że obaj są zdrowi, tworzą chyba najlepszy środek obrony świata.

Lewa strona to królestwo Patrice’a Evry – również należącego do piłkarskiego „topu”. Na prawej stronie zadomowiła się już na dobre nasza brazylijska perełka – Rafael. Młody chłopak, którego talent nie odbiega od talentu Roberto Carlosa (nie licząc atomowych uderzeń z 30 metrów). Ten bok linii defensywnej w najbliższych latach będzie należał do niego, tym bardziej, że niespodziewanie w środku sezonu opuścił nas wieloletni kapitan Gary Neville, człowiek, który brak nadzwyczajnego talentu nadrabiał wielkim zaangażowaniem i tytaniczną pracą. Jeśli spojrzymy na ławkę rezerwowych, to w tym aspekcie również nie jest najgorzej. Fabio, który według mnie jednak trochę odstaje od swojego brata, a do Evry mu jeszcze daleko. Chris Smalling niezbyt pewny na początku sezonu ostatnio pod nieobecność Rio radzi sobie coraz lepiej, dobrze układa mu się współpraca z Vidiciem.

Johny Evans po bardzo dobrym poprzednim sezonie teraz znacząco obniżył loty. Johna O’Shea, czyli „człowieka – zapchajdziurę”, można wystawić wszędzie (łącznie z bramką) i nigdy nie wiadomo, jak zagra, występy genialne przeplata takimi, o których wszyscy chcieliby jak najszybciej zapomnieć. I na koniec Wes Brown – piłkarz prezentujący dobry, aczkolwiek nie zachwycający futbol.

Kolejna formacja to pomoc, w moim przekonaniu pięta achillesowa obecnego MU. O ile skrzydła prezentują się doskonale, o tyle środek pola pozostawia bardzo wiele do życzenia. Nani, Giggs, Park i Valencia to zawodnicy z najwyższej możliwej półki, do ich gry nie można mieć zastrzeżeń, jeśli jednak przyjrzeć się bliżej środkowi pola, to można dostrzec sporo mankamentów.

Paul Scholes – wybitnie uzdolniony rudzielec, potrafiący posłać krzyżowe, 60-metrowe podanie, które spadnie idealnie na nogę partnera. Jednak wiek robi swoje, a Paul ogranicza się najczęściej do rozbijania ataków i przesiadywania w okolicy środkowego koła, to już nie ten sam Scholes strzelający po 10 czy 15 goli w sezonie, kreujący niemal wszystkie akcje ofensywne United.

Michael Carrick – ulubieniec Fergiego, grając w Tottenhamie, zapowiadał się świetnie, jednak po transferze do Manchesteru z zapowiedzi niewiele wynikło. Często zdarza mu się przejść obok meczu, czy popełnić głupi błąd, jest też mało kreatywny w ataku.

Darren Fletcher – po świetnym sezonie wydawało się, że Diabły mają nowego, kreatywnego i wszystkowidzącego środkowego, jednak ten sezon pokazał, że nie do końca tak jest. Szkot zdecydowanie zawodzi, nie podtrzymał formy z poprzedniego sezonu. Wystarczy wspomnieć choćby fenomenalne podanie do Rooneya w 1/8 LM z Milanem, by zobaczyć, że Darren potrafi grać na najwyższym poziomie.

Następnie Anderson – Brazylijczyk, który miał być ogromnym wzmocnieniem formacji pomocy, tutaj zdania są podzielone. Jedni uważają, że wywiązuje się należycie ze swoich zobowiązań, inni twierdzą, że nie gra na miarę swoich możliwości, nie strzela bramek i mało asystuje. Ja podzielam ten drugi pogląd.

Darron Gibson – w Irlandczyku wiele osób pokładało nadzieje. Atomowe uderzenie, przyzwoity przegląd pola, silny, dobrze zbudowany, jednak mimo wszystko wydaje się, że jego rozwój dość mocno się spowolnił. Gibson to zawodnik najwyżej dobry, a może tylko przeciętny. W mojej opinii nie osiągnie poziomu wystarczającego, aby decydować o sile środka pola United.

Napastnicy to momentami ogromna zagadka. Początek sezonu, w szerokiej kadrze mamy aż siedmiu nominalnych napastników: Rooney, Berbatow, Owen, Hernandez, Macheda, Diouf i Welbeck. Nikt raczej nie spodziewał się, że Włoch, Senegalczyk czy młody Anglik będą tworzyć podstawę ataku. Przewidywania potwierdziły się i sytuacja w linii ofensywnej wydawała się być klarowna. Jednak słowo „wydawała” najlepiej oddaje całą sytuację.

Rooney – diabeł z krwi i kości, niesamowity walczak, który za klub odda życie. Bullshit! Afera goniąca aferę, kontuzja, nowy kontrakt, Anglik bez formy, nie strzelający goli. Tak wygląda sezon 2010/2011 w wykonaniu Wayne’a. To wciąż ten sam piłkarz, który posiada nieziemskie wręcz umiejętności, jednak w odróżnieniu od poprzedniego sezonu nie potrafi tego pokazać tak często, jak byśmy tego oczekiwali.

Berbatow – gdyby spojrzeć na jego statystyki, to można pomyśleć: „nie ma się do czego przyczepić”. Owszem 19 goli w lidze i asysty Bułgara to świetne osiągnięcie, jednak do pełni szczęścia brakuje tej powtarzalności. Dymitar strzela seryjnie, w dwóch meczach z rzędu, po dwie lub trzy bramki, a potem następuje „pora sucha”. I tak w koło Macieju.

Javier Hernandez – ten dzieciak to według mnie jeden z najlepszych zakupów sir Alexa w ostatnich latach. Młodziutki Meksykanin jest po prostu fenomenalny. Już zdobywa serca kibiców United dzięki swojej waleczności, pozytywnemu nastawieniu i umiejętności znalezienia się w polu karnym. Tego chłopaka chyba nie sposób nie polubić. W dodatku pierwszy sezon w Premier League, a ten młokos w 20 meczach strzela 10 goli (często wchodząc z ławki).

Michael Owen – człowiek legenda i przy okazji człowiek–kontuzja.

Kończąc tę ogólnikową analizę poszczególnych zawodników, chciałbym podzielić się kilkoma wnioskami i zachęcić Was do wyrażenia swojego zdania. Mianowicie, w mojej opinii, Manchester United w obecnym składzie to drużyna i tak będąca w stanie wygrać z każdym, jednak mająca spore kłopoty kadrowe w środku pola. Będąc obiektywnym, trzeba przyznać, że United grają trochę nie w swoim stylu. Nie przytłaczają przeciwnika, ograniczają się do kilku schematów i często nie mają pomysłu na grę. Brakuje człowieka odpowiedzialnego za kreowanie akcji ofensywnych, tego, który w każdym meczu będzie trzymał poziom godny Manchesteru United, który w pojedynkę będzie potrafił rozstrzygnąć losy spotkania, czy to strzałem zza pola karnego, czy też genialnym prostopadłym podaniem lub idealnie wymierzoną górną piłką, która minie obrońców i spadnie nienagannie na czubek buta Czarodzieja z dziewiątką na plecach.

Gwoli wyjaśnienia, nie oczekuje broń Boże, żeby United grało piłkę taką jak Arsenal czy Barcelona. Co więcej, mam nadzieję, że tak się nigdy nie stanie. Chciałbym tylko, aby przeciwnik wychodząc na mecz z Czerwonymi Diabłami, miał pełne portki, bo nie ma pojęcia, na czym powinien się skupić, nie wie czy za minutę United nie przeniosą się na skrzydła i Ryan Giggs nie będzie wkręcał obrońców w ziemię, czy Paul Scholes nie pośle crossa przez pół boiska, otwierając drogę do bramki, czy może Rooney przejmie piłkę w środku pola i na jeden kontakt z Berbatowem nie pozwoli defensywie nawet powąchać piłki, czy też 7 zawodników wymieni między sobą 30 podań i wejdzie z piłką do bramki. Tylko tego oczekuję.

Podsumowując – nie jest tak źle, choć mogłoby być lepiej.

Autor: Rafał (Paczka) Paczkowski

Przewiń na górę strony