Nie przegap
Strona główna / Z przymrużeniem oka / W krzywym zwierciadle, czyli powrót do normalności

W krzywym zwierciadle, czyli powrót do normalności

W krzywym zwierciadle czyli powrót do normalności
Po chwilowym szaleństwie związanym z rozgrywkami ligi mistrzów, w których wielu kibiców Czerwonych Diabłów sympatyzowało z Kanonierami rywalizującymi dzielnie, acz z miernym skutkiem z Barceloną, pora powrócić do rzeczywistości i przypomnieć sobie, dlaczego Arsenal jest na chwilę obecną dla Manchesteru United wrogiem nr 1. Rywalizacja o tytuł mistrzowski powoli wchodzi w decydującą fazę i, choć wszystko może się jeszcze zmienić, to na placu boju pozostają jak za starych dobrych czasów dwaj znajomi uczestnicy.

Arsenal i Manchester United to dwa bez wątpienia legendarne kluby w historii angielskiej piłki, które tylko nieprzewidziana katastrofa może powstrzymać od rozstrzygnięcia między sobą mistrzostwa ojczyzny futbolu. Pomimo że rywalizacja Czerwonych Diabłów z Kanonierami nie jest tak zażarta, jak choćby z Liverpoolem, Leeds czy też odwieczna walka o miano najlepszej drużyny w mieście z „The Citizens”, to jednak kibice United mają powody, aby miała on dla nich miejsce szczególne. Zresztą trudno, by było inaczej, skoro obie drużyny mają piękną i bogatą przeszłość, a ich ducha oraz filozofię gry od wielu lat definiują Ci sami długowieczni szkoleniowcy, których rywalizacja trwa już od 15 lat! Z okazji rozpalenia na nowo trochę przygasłej ostatnio, ale zawziętej konkurencji, warto sięgnąć w niedaleką przeszłość i przyjrzeć się nie tak dawnym potyczkom tych dwóch wspaniałych klubów.

Pomimo długiej tradycji występów w najwyższej klasie rozgrywkowej w Anglii zespoły Arsenalu i United mniej więcej do lat 90tych traktowały siebie jedynie jak kolejnego rywala, z którym przypadło rywalizować o ligowe punkty, a okazjonalnie także inne krajowe trofea. Zamiast wracać do epoki kamienia łupanego, cofnijmy się właśnie do tego okresu, bo chociaż United rozegrali z Arsenalem wiele bardzo ważnych spotkań, to dopiero w pamiętnej batalii roku pańskiego 1990 zapłonął ogień prawdziwej, również pozasportowej rywalizacji. Sławetny mecz na Old Trafford już za panowania Jaśnie Oświeconego Alexa Fergusona w jednej chwili zamienił się w regularną, iście średniowieczną bitwę z udziałem wszystkich zawodników na boisku. Oczywiście kopanie leżącego zawodnika Arsenalu przez Bryana McCleara, które miało być rzekomo iskrą na proch to podłe dziennikarskie kłamstwo i fotomontaż. W efekcie obu klubom (United oczywiście niesprawiedliwie) odebrano ligowe punkty. Arsenal kontynuował jednak dobrą passę dzięki jawnej przychylności arbitrów, której skutkiem było późniejsze mistrzostwo kraju. Natomiast uraza po bójce pozostała i wszystkie późniejsze mecze tych dwóch zespołów miały dzięki niej dodatkowy podtekst.

Nie sposób też rozpatrywać pojedynków Manchesteru United z Arsenalem, nie wspominając o rywalizacji wielkich trenerów. Miała ona początek w roku 1996, kiedy Alex Ferguson świętował już dziesięciolecie swojej pracy w United uwieńczone należycie tytułem mistrzowskim. Wtedy właśnie włodarze Arsenalu po niedawnych perturbacjach z brytyjskimi szkoleniowcami, którzy rezygnowali po miesiącu, postanowili zerwać z zasadą mówiącą „jeśli trener, to koniecznie wyspiarz” i ściągnęli do Londynu Francuza… z Japonii. Tam właśnie Arsene Wenger wyruszył z ojczyzny na misję nauczania Azjatów piłki nożnej i poszukiwania talentów, będąc pod wrażeniem kreskówki „Kapitan Cubasa” oglądanej oczywiście na antenie Polonii 1. Powód angażu Wengera w Arsenalu był bardzo przebiegły i nie wszystkim znany – Arsene brzmi prawie jak Arsenal, przyznacie sami!. W rezultacie pierwszy w historii Kanonierów trener – nie Brytyjczyk – nie tylko wytrzymał miesiąc, ale o dziwo pozostał w klubie aż do dnia dzisiejszego.

Początki znanego z udanych stosunków z młodymi piłkarzami francuskiego szkoleniowca w potyczkach z genialnym Alexem Fergusonem nie były dla niego zbyt przyjemne. Już w pierwszym starciu tych dwóch szkoleniowców w sezonie 1996/97 drużyna Wengera została doszczętnie rozgromiona na Old Trafford 1:0, by w rewanżu doznać kolejnej druzgocącej porażki, tym razem na własnym stadionie w jeszcze wyższym stosunku aż 1:2. W sezonie tym rosnący w siłę Manchester United odniósł sukces w postaci tytułu mistrza Anglii. Kolejna odsłona piłkarskich zmagań okazała się jednak stać pod znakiem Arsenalu, który ponownie (jak wieść niesie) dzięki opłaceniu szczęściu do arbitrów wyprzedził na finiszu United o jeden malutki punkcik. Jednak podrażniona ambicja Sir Alexa Fergusona przełożyła się na nadnaturalne przesuszenie włosów zawodników wychodzących z szatni United oraz ostateczne zwycięstwo w następnym sezonie, kiedy to drużyna z Manchesteru prześcignęła Londyńczyków, podkreślając na finiszu ligi różnicę klas miażdżącą przewagą w wysokości jednego punktu. Warto odnotować, że w półfinałowym starciu FA Cup Ryan Giggs tak bardzo przestraszył się Szkockiego szkoleniowca, że w panicznej ucieczce przed jego gniewem minął w samotnym rajdzie ze swojej połowy pięciu zawodników Arsenalu, niechcący strzelając przy tym bramkę! W późniejszych latach starcia najbardziej uzdolnionych trenerów w Anglii zawsze stały na najwyższym poziomie. Do chwili obecnej statystyki rywalizacji klubów pod przewodnictwem obu trenerów we wszystkich rozgrywkach przedstawiają się następująco: 19 razy triumfował Szkot, 15 razy Francuz, a 9 razy padał wynik remisowy. Wniosek jest prosty Sir Alex > Monsieur Wenger!

W drugiej połowie lat 90-tych rywalizacja klubów rozdających karty w Premiership i konsekwentnie rozstrzygających tytuł między sobą przez kilka kolejnych sezonów stała się jeszcze ciekawsza dzięki legendarnym kapitanom obu drużyn. Pojedynki pomiędzy Czerwonymi Diabłami i Kanonierami elektryzowały jeszcze bardziej, a rozpoczynały się zwykle jeszcze przed ich wejściem na murawę. To, jak ogromny wpływ miał legendarny Keano na postawę Czerwonych Diabłów, podkreśla jego absencja spowodowana kontuzją, w trakcie której miała miejsce nieudana kampania europejska i utrata tytułu na rzecz Arsenalu. Po jego powrocie w kolejnym sezonie United nie tylko odzyskali tytuł, ale odnieśli pamiętny triumf w Lidze Mistrzów zapewniający potrójną koronę. Szczycący się całą karierą bez choćby jednego żółtego lub czerwonego kartonika Irlandczyk (żaden sędzia mu go nie oddał) był dla United po prostu nieoceniony. Natomiast kapitan Arsenalu Patrick Vieira stał się słynny głównie przez boiskową brutalność, przede wszystkim z powodu bezpardonowych fauli na nijakim Haalandzie. Bezczelny Francuz napisał nawet o tym Bogu ducha winnym zawodniku w swojej biografii stwierdzając że żałuje iż nie porachował mu kości jeszcze bardziej, za co został ukarany grzywną i zakazem gry w pięciu kolejnych spotkaniach.

Apogeum spięć na linii Arsenal – Man United osiągnęło szczyt w roku 2003 podczas kolejnej ligowej kampanii pod znakiem wspomnianych zespołów. Głównym bohaterem skandalicznej sytuacji był oczywiście brutal Vieira dający upust sadystycznym skłonnościom przez całe spotkanie na Old Trafford. Otóż sfaulował on brutalnie będącego zawsze wzorem fair-play Ruuda van Nistelrooya niemal łamiąc mu otwarcie nogę z przemieszczeniem w trzech miejscach, przez co sędzia był zmuszony do wyrzucenia kapitana przyjezdnych z boiska. W końcówce spotkania wspomniany van Nistelrooy, któremu lekarze ekipy z Old Trafford w rekordowym czasie 15 sekund brawurowo przeprowadzili operację wymiany rzepki w kolanie na tytanową płytkę podszedł do rzutu karnego i… po raz kolejny oszuści z Londynu wykazali się wrodzoną niegodziwością, ustawiając się w jednej linii oraz wydmuchując na „trzycztery” powietrze przy jednoczesnym machaniu rękami. Wywołany podmuch wiatru uniósł piłkę do góry, przez co trafiła ona w poprzeczkę bramki Arsenalu. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść, z jakiegoś powodu zawodnicy Arsenalu po nieudanej jedenastce szczelnie osaczyli biednego van Nistelrooya puszczając w jego kierunku brzydkie bąki. Jedynie obrońca Arsenalu Martin Keown okazał serce rywalowi i serdecznie poklepał go po ramieniu szepcząc na ucho kilka słów otuchy.

Rywalizacja pomiędzy Manchesterem United i Arsenalem w dużej mierze kształtowała oblicze najnowszej historii angielskiego futbolu, co nie znaczy że rywalizujący o ten sam cel trenerzy jak i zawodnicy obu ekip na przestrzeni lat nie wymieniali życzliwości tak na boisku, jak i poza nim. Pamiętna wypowiedź Patrice’a Evry przy okazji spotkania z The Gunners w Lidze Mistrzów głosząca, że Arsenal daje jego drużynie większy wycisk niż najcięższe centrum treningowe i równie życzliwe oszczędzanie go w trakcie meczu przez rywali, aby nie stracił szansy na występ w finale zdają się to potwierdzać. Wielka szkoda,iż rywalizacja ta została niespodziewanie przerwana po tym, jak Roman Abramowicz przegrał zakład z nijakim Putinem, na warunkach którego musiał kupić wskazany przez przeciwnika klub i doprowadzić go do zwycięstwa w Champions League (co jak widać nie udało się do tej pory). Niestety skutkiem ubocznym tego hazardu zakładu było sztucznie załamanie układu sił w Premiership i zepchnięcie Arsenalu na dalszy plan.

Nie ma co jednak roztrząsać, bo oto nadszedł sezon 2010/11 i długo oczekiwany powrót do normalności stał się faktem! Wiecznie dorastający chłopcy z Arsenalu, jak wskazują fakty, są w stanie rzucić wyzwanie tak klubom z ojczyzny futbolu, jak i potęgom europejskiej piłki (tutaj już mniej udanie…). Miejmy nadzieję, że walka o tytuł mistrzowski w tym sezonie pomiędzy Arsenalem i Manchesterem United jak niegdyś trwać będzie do ostatniej prostej, a kibice będą mieli szansę ekscytować się pojedynkami obu klubów jak za starych dobrych czasów w Premiership i FA Cup, a w kolejnych sezonach może i nie tylko…

Przewiń na górę strony