Nie przegap

Pudełko

Pudełko
Manchester, maj roku 1991. Sześcioletni Steve Hall, wiecznie uśmiechnięty malec, odstawił do zlewu mały talerz po dopiero co skończonym przez siebie śniadaniu. Nie czekając ani chwili, pobiegł do swojego pokoju. Stamtąd zabrał szybko czarną torbę, w której znajdował się jego piłkarski strój – koszulka, spodenki, korki…

Jak co sobotę, Steve był podekscytowany na myśl o zbliżającym się treningu. Bardzo cieszył się z faktu, że trener od początku ustawił go na pozycji napastnika. Uwielbiał grać w futbol, pakować piłkę do siatki. W jego pasji wspierał go wuj – brat matki chłopca. To on pierwszy raz zabrał też siostrzeńca na Old Trafford. Magia tego miejsca oczarowała chłopca i sprawiła, że ten stał się oddanym fanem Czerwonych Diabłów. Od tamtej pory przychodził z wujem na każdy mecz United. Nie wyobrażał sobie, że któregoś dnia może nie wesprzeć Diabłów swoim dopingiem. Na każdy mecz ubierał koszulkę Manchesteru United, a na szyję zarzucał szalik w klubowych barwach.

Steve wychowywał się pod czujnym okiem troskliwej matki, po której odziedziczył nazwisko. Kobieta zawsze starała się, by synkowi niczego nie brakowało. Wykręcała się jednak od odpowiedzi, kiedy malec pytał o ojca. Zarówno Steve, jak i jego matka mieszkali w małym domku na przedmieściach Manchesteru. Chłopiec był wątłej postury. Jego duże czekoladowe oczy i brązowe włosy dodawały mu wiele uroku i niewinności. Wbrew pozorom, na boisku Steve walczył twardo i nigdy się nie poddawał. Za wszelką cenę chciał wkręcić obrońców przeciwnej drużyny w ziemię. Nie przejmował się licznymi siniakami, którymi często „zdobione” było jego ciałko. Każdy, kto choć trochę znał się na futbolu, potwierdzał, że malec ma niebywały instynkt napastnika. Potrafił znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Jego determinacja i wola walki zadziwiały nawet starszych od niego chłopców. Steve miał niebywały talent. Można było pokusić się o stwierdzenie, że piłkarska murawa to jego dom. Z każdym dniem chłopiec dojrzewał. Nie tylko jako człowiek, ale także jako napastnik.

Pewnego wieczoru dziesięcioletni już Steve jak zwykle położył się na swoim łóżku. Przymknąwszy powieki, uniósł kąciki ust w lekkim uśmiechu. Wsunął stopy pod ciepłą kołdrę i przekręcił się na bok. Powoli otworzył oczy i spoglądnął za okno. Blask księżyca wdzierał się do jego pokoju i padał mu na twarz. Chłopiec często zastanawiał się, kim jest jego ojciec, gdzie mieszka i czy pamięta o swoim synu. Steve nie miał nawet najmniejszego wyobrażenia, jak wygląda jego rodziciel. Matka nigdy nie dała chłopcu żadnego zdjęcia, na którym byłby ojciec. Wuj też milczał. Głaskał jedynie chłopca po głowie mówiąc, że kiedyś dowie się wszystkiego. Steve postanowił, że będzie cierpliwie czekał. Wierzył, że warto. Często jednak był zły, że nikt nie chce mu niczego powiedzieć. Marzył o tym, by tato mógł kiedyś pojawić się na meczu i powiedzieć kilka pokrzepiających słów. Poklepał po ramieniu, uśmiechnął się i cieszył się wraz z synem. Steve często zazdrościł kolegom, których ojcowie pojawiali się na meczach i dopingowali własne dzieci. Wmówił sobie jednak, że to nie jest ważne, że potrafi grać tak samo dobrze i bez wsparcia ojca.

Steve często opowiadał o swoich marzeniach wujowi, który słuchał go bardzo uważnie. Chłopiec bardzo chciał stać się kiedyś na tyle dobrym piłkarzem, aby móc zasilić szeregi United. Leżał i oddawał się słodkim snom, marzeniom. Jego młody umysł przepełniony był wyobrażeniami własnej osoby w stroju Czerwonych Diabłów. Patrząc na wiszące na ścianie zdjęcie przedstawiające sir Alexa Fergusona, Steve uśmiechał się lekko. Leżał we własnym pokoju, ale myślami był całkiem gdzie indziej. Serce biło mu dużo szybciej, kiedy widział oczami wyobraźni siebie na Old Trafford w roli piłkarza…

W roku 2002 Steve był już siedemnastoletnim młodzieńcem. Jego ogromny piłkarski talent pomógł mu ziścić najśmielsze marzenia. Steve był wspaniałym zawodnikiem – walecznym, skutecznym. Wiele osób mówiło, że to urodzony snajper. Przed sezonem 2002/2003 stał się jednym z podopiecznych wielkiego sir Alexa. Steve był niezwykle dumny, że stał się częścią drużyny, której w pewien sposób pomógł odzyskać tytuł mistrza Premiership. Z początku tylko czasami młodzieniec dostawał szanse do gry. Wchodził na murawę, zmieniając któregoś z zawodników. Z biegiem czasu grał coraz częściej. Sir Alex zaczął go w końcu wystawiać w pierwszej jedenastce Manchesteru United w coraz ważniejszych dla drużyny meczach. Steve odpłacał się tym, co umiał najlepiej – świetną grą i wieloma bramkami na rzecz Diabłów. Szybko udowodnił wszystkim niedowiarkom, że zasługuje na grę w United. Był wniebowzięty, że jego marzenie się spełniło. Matka i wuj przychodzili dopingować klub w każdym meczu rozgrywanym na Old Trafford.

Pod koniec sezonu 2005/2006 kontuzja wykluczyła młodego napastnika z gry na pewien okres czasu. Steve zapewniał jednak wszystkich, że to nic poważnego i wkrótce wróci do gry. Kiedy mógł wreszcie wznowić treningi, bardzo się do nich przykładał. Ćwicząc zaciskał pięści i przygryzał wargi. Wiedział, że potrafi wrócić do świetnej formy. Sir Alex bacznie przyglądał się Steve’owi na treningach. Menedżer Czerwonych Diabłów ani razu nie zwątpił, że młody napastnik powróci jeszcze lepszy i silniejszy. Miał rację. Steve dzięki ciężkim treningom mógł wrócić do składu United już w pierwszym meczu sezonu 2006/2007.

Młody napastnik przed sezonem 2007/2008 nie zdawał sobie nawet sprawy, że nadchodzi najlepszy okres w jego życiu. Manchester United rozpoczął triumfem w meczu o Tarczę Wspólnoty. Po raz siedemnasty Czerwone Diabły sięgnęły po tytuł mistrza kraju. 21 maja roku 2008 był dniem finału Ligi Mistrzów na stadionie Łużniki w Moskwie. Naprzeciw siebie stanęły dwie potęgi Premier League – Manchester United i Chelsea Londyn. Steve dostał szansę gry w podstawowej jedenastce. Jego młode, dwudziestotrzyletnie serce jeszcze przed pierwszym gwizdkiem sędziego Lubosa Michela biło bardzo mocno. Steve nerwowo poprawiał swój czerwony trykot i naciągał wyżej getry. W końcu zaczęło się – piłka poszła w ruch. Pierwszą szansę na zmianę wyniku United miało już w pierwszych minutach meczu. Ryan Giggs podał prostopadle do Steve’a, lecz ten przestrzelił. Piłka przeleciała dobre dwa metry nad poprzeczką. Młody napastnik złapał się za głowę i zaciskając powieki, odwrócił się na pięcie tyłem do bramki. Opuścił bezwładnie ręce i zrobił kilka kroków w przód. Odwrócił głowę, aby smętnym wzrokiem spojrzeć, jak bramkarz Londyńczyków wybija piłkę. Miał do siebie żal, że jeszcze niedawno tę samą piłkę golkiper Chelsea mógł wyciągać z siatki. W dwudziestej szóstej minucie Steve mógł już jednak wraz z kolegami cieszyć się z prowadzenia. Na 1:0 wynik ustanowił Cristiano Ronaldo. W czterdziestej piątej minucie Chelsea wyrównała na 1:1.

W regulaminowym czasie gry nie padła już żadna bramka. Ostatecznie mecz musiały rozstrzygnąć rzuty karne. Steve nigdy nie czuł się dobrze w strzelaniu jedenastek. Wyznaczono więc innych zawodników. Młode serce Steve’a biło bardzo mocno. Trzymali się z kolegami z drużyny wszyscy razem. Każdy moment, każdą sekundę przeżywał młody napastnik bardzo mocno. Kiedy do karnego podszedł Giggs, Steve przymknął na chwilę powieki. Zaczął się modlić. Wzniósł swój wzrok błagalnie ku górze i w myślach poprosił Boga o pomyślność. Szybko spojrzał jednak na Ryana. Widział jego plecy, koszulkę z numerem jedenaście i nazwisko wspaniałego gracza United. Chwila wielkich emocji, serce podeszło Steve’owi do gardła. Młody Anglik poczuł niesamowitą ulgę, kiedy piłka znalazła się w siatce. Zacisnął pięść i uniósł ją w triumfalnym geście. Tym samym przygryzł dolną wargę. Teraz pozostało mu tylko czekać, jaka będzie kolej rzeczy – do wykonania karnego podszedł Anelka. Van Der Sar znakomicie wyczuł jednak zawodnika The Blues! Radość przepełniła serce Steve’a. Wszyscy, którzy jeszcze przed chwilą stali w równym rzędzie na boisku, zaczęli biec w kierunku golkipera Czerwonych Diabłów. Kiedy tylko Steve podbiegł do Edwina, rzucił mu się na szyję. Młody napastnik nie krył się ze swoim szczęściem. Wypuściwszy Edwina z uścisku przeskoczył bandę i stanął przodem do trybuny, na której kibice United szaleli ze szczęścia, wymachując w górze szalikami…

To niewątpliwie była najcudowniejsza noc nie tylko dla kibiców, ale i zawodników Czerwonych Diabłów. W końcu nastał czas, aby zrzucić z siebie piłkarski strój. Steve szedł za drużyną, ostatni. Sir Alex zatrzymał go na chwilę aby wręczyć mu średnich rozmiarów pudełko. Steve przez chwilę nie wiedział, co ma zrobić. Patrzył na Fergusona przestraszonym lekko wzrokiem. Jego czekoladowe oczy spoglądały jednak co chwilę na pudełko, nie mogąc powstrzymać ciekawości. Pakunek nie prezentował się specjalnie. Jednak nie wiedzieć czemu Steve czuł, że musi wiedzieć, co znajduje się w środku. Sir Alex nie mówił nic. Uśmiechał się jedynie tajemniczo, jednocześnie zachęcając młodego zawodnika do odebrania pudełka. Steve niepewnie wysunął przed siebie drżące dłonie. Chwycił pudełko i zacisnął na nim palce. Sir Alex poklepał młodego mężczyznę po ramieniu. Potem wsunął dłonie w kieszenie i bez słowa odszedł. Steve jeszcze chwilę patrzył za nim, dopóki ten nie zniknął w ciemnościach korytarza. Jego wzrok zaraz potem utkwił w tajemniczym pudełku. Steve oparł się o ścianę korytarza, na końcu którego znajdowała się szatnia United. Usiadł na chłodnej podłodze. Pudełko położył na swoich udach. Wziął głęboki oddech i drżącymi palcami otworzył wieko. Drgała jego żuchwa i drżało całe ciało. Na samym wierzchu leżała kartka złożona na pół. Steve wziął ją ostrożnie w dłonie i otworzył. Zaczął powoli i dokładnie czytać każde słowo, które zostało tam napisane.

Drogi synu,

Piszę do Ciebie dziś ten list z nadzieją, że kiedyś będziesz miał chęć go przeczytać. Jest chłodny wieczór, listopad roku 1990.
Nawet nie wiesz, kim jestem. Chociaż może to i lepiej? Może wcale nie chciałbyś wiedzieć? Ile masz teraz lat? Ach, to już pięć. Widzisz, jesteś taki młody, jeszcze nieświadomy życiowych problemów i trudności. Wszystko dla Ciebie jest piękne, dobre i bajkowe. Nie możesz dostrzec, ile wokół zła. Siedzę dzisiaj tutaj i piszę tylko i wyłącznie dla Ciebie. Dla mojego małego syna… Tak, mojego małego syna. Zastanawiam się, jakie masz marzenia, plany. Czy o mnie myślisz? Szczerze żałuję, że nie mogę być przy Tobie. Z matką na pewno jest Ci dobrze. Przy niej nie staniesz się złym człowiekiem.
Wiem, że zacząłeś niedawno kopać piłkę. Chcesz być piłkarzem? Jeśli tak, to wspaniale! Chciałabym kiedyś widzieć Cię jako profesjonalnego piłkarza. Nawet nie wiesz, ile ten widok sprawiłby mi radości. Jeśli jednak postanowisz coś innego i kopanie piłki przestanie sprawiać ci radość – nie przejmuj się. Chociaż na pewno byłbyś świetnym zawodnikiem. Wyobraź sobie te tłumy na boisku witające Cię brawami i zagrzewającymi przyśpiewkami! To wspaniałe, uwierz mi. Co powiesz na satysfakcję po strzelonym golu odwiecznemu rywalowi? Czyż to nie wspaniałe?
Widzisz, nie chcę pisać zbyt dużo – to zbędne. Ja zmarnowałem swoje życie, Ty w żadnym wypadku nie rób tego samego. Bądź dobrym człowiekiem, mój synu.

Twój ojciec.

P.S. Niech moja siódemka przyniesie Ci szczęście.

Steve na początku był oszołomiony, czytając list od własnego ojca. Nie spodziewał się, że kiedykolwiek spotka go coś takiego. Kiedy skończył, nie wiedział o jaką siódemkę chodziło. Nadal trzymał kartkę w dłoniach. Dopiero kiedy złożył list i odłożył go na bok zrozumiał, o co chodziło tak naprawdę. W pudełku leżał idealnie złożony czerwony trykot, a na nim widniał numer siedem, a nad numerem „Best”. Steve od razu chwycił koszulkę w swoje drżące dłonie. Ubrał ją na siebie – pasowała jakby była na niego szyta. Oparł się znów o ścianę i uniósł na chwilę wzrok ku górze. Zacisnął powieki i przyciągnął do twarzy spód koszulki zaciskając czerwony materiał w pięściach. Zaczął płakać – jak małe dziecko. Koszulka pochłaniała jego łzy jak najlepsza chusteczka.

Przewiń na górę strony