Nie przegap
Strona główna / Inny punkt widzenia / Piłkarski świat drży przed kopią José Mourinho

Piłkarski świat drży przed kopią José Mourinho

Piłkarski świat drży przed kopią José Mourinho
Nie trzeba go długo przedstawiać, by pomyśleć „z tej mąki będzie chleb”. Wystarczy naprawdę niewiele: ma 33 lata, osiem lat spędził pod skrzydłami José Mourinho, a prowadzona przez niego drużyna w aktualnym sezonie poległa tylko raz – w fazie grupowej Pucharu Ligi Portugalskiej. André Villas-Boas słusznie porównywany jest do swojego trenerskiego mentora.

Nigdy nie grał profesjonalnie w piłkę nożną, nikt w jego rodzinie nie był piłkarzem. Villas-Boas w okresie młodzieńczym był jednym z wielu fascynatów piłki nożnej na całym świecie. Miał szczęście, gdy w 1994 roku, w tym samym budynku co on, zamieszkał świeżo upieczony trener FC Porto, Bobby Robson. 16-latek pewnego dnia zapukał do jego drzwi i zaczął rozmawiać z trenerem o sytuacji w klubie, o poszczególnych zawodnikach, o taktyce. Bardzo szybko zyskał sobie sympatię Anglika i ten zdecydował się zapytać Ilídio Vale, ówczesnego trenera drużyny U-19, czy byłaby możliwość włączenia nastolatka do jego sztabu szkoleniowego. – Był moim asystentem. Miał wiedzę, był ambitny i marzył o zostaniu wielkim trenerem – mówi Vale, który przy pomocy Villas-Boasa w 1997 roku zdobył młodzieżowe mistrzostwo kraju. Robson pomógł mu także uzyskać pierwszą licencję trenerską jeszcze przed ukończeniem 18. roku życia. Bardzo szybko licencję UEFA C zamienił na A, dzięki czemu w 2000 roku opuścił Portugalię i udał się na Brytyjskie Wyspy Dziewicze.

Został selekcjonerem tamtejszej reprezentacji. Jego celem była wyłącznie dobra gra w eliminacjach do Mistrzostw Świata w 2002 roku, gdyż o awansie ze strefy północnoamerykańskiej mógł tylko pomarzyć. Jak sam wspomina po latach, do momentu opuszczenia ekipy nie przyznał się swoim podopiecznym do swojego wieku. 22-latek obawiał się wówczas, że nikt nie darzyłby go szacunkiem, a jego wskazówki byłyby ignorowane. Wysp jednak nie podbił. Prowadzona przez niego reprezentacja doznała sromotnej klęski 1:14 w dwumeczu z reprezentacją Bermudów. Po tym epizodzie z otwartymi rękami przyjęto go w Porto, gdzie do momentu przewrotu w klubie pracował z drużynami młodzieżowymi.
W styczniu 2002 roku na Estádio do Dragão doszło do gwałtownego przebudowania drużyny. Porto zwolniło słabo radzącego sobie Octávio Machadao, a w jego miejsce przyszedł José Mourinho. Władze klubu, mając już dosyć dwóch poprzednich sezonów na drugim miejscu w lidze, postawiły mu sprawę jasno. Miał odmienić FC Porto. Mourinho doskonale pamiętał o zaskakującym młokosie, który zadziwił samego Bobby’ego Robsona i włączył go do swojego sztabu szkoleniowego, a jego najważniejszym zadaniem było rozpracowywanie rywala. Szczegółowe analizy taktyczne Villas-Boasa odnosiły sukces, ale 11 zwycięstw w 15 meczach pod wodzą Mourinho nie pozwoliły odrobić strat odniesionych za czasów Machadao. W Porto każdy doskonale wiedział, że nowy sezon przynosi nowe nadzieje na podbicie zarówno piłkarskiej Portugalii, jak i Europy.

Villas-Boas jako asystent José Mourinho w ciągu 30 miesięcy zdobył z nim wszystko, co było do zdobycia: dwa mistrzostwa Portugalii, Puchar Europy, Puchar UEFA, dwa puchary Portugalii i superpuchar Portugalii. José pragnął nabyć doświadczenia w innej lidze, sprawdzić się w zupełnie innym otoczeniu, ponieważ własny kraj zaczął go już dusić pod względem piłkarskim. Najsilniejsza liga świata, silny skład i niekończące się pieniądze Romana Abramowicza na transfery skusiły Mourinho do przejścia na Stamford Bridge. Nie wyobrażał on sobie, że do Londynu nie przeniesie się z nim jego najbliższy współpracownik, zwany przez Jose jego oczami i uszami.

Villas-Boas szybko wziął się do pracy. Przygodę w Anglii rozpoczął od wyjazdu na tournee… Manchesteru United. Czerwone Diabły były pierwszym ligowym rywalem Chelsea. W dalszych etapach sezonu regularnie jeździł na spotkania najbliższych przeciwników i przygotowywał swojemu przełożonemu płyty DVD z dokładną analizą gry przeciwnika, wyszczególnieniem najsłabszych cech oraz najgroźniejszych zalet. Pierwszy sezon w Anglii tylko potwierdził skuteczność tzw. Wydziału Obserwacji Przeciwników, założonego z polecenia Mourinho jeszcze w Porto. – Był bardzo dokładny i profesjonalnie wykonywał swoje obowiązki. Przychodził, włączał płytę na DVD i było po wszystkim – wspomina Nuno Morais, były piłkarz Chelsea. W Londynie nie udało się wygrać tylko Ligi Mistrzów, każde inne rozgrywki, w których The Blues brali udział, wygrali przynajmniej jeden raz.

Po rozwiązaniu kontraktu z Chelsea, José Mourinho pozostawał bez pracy przez dziewięć miesięcy. Przyjeżdżając do Mediolanu na podpisanie kontraktu w czerwcu 2008 roku, był już po rozmowach z Villas-Boasem i pozostałymi współpracownikami z Chelsea. Choć spokojna Italia i raj dla miłośników taktyki służyły 31-latkowi, nie zagrzał on długo miejsca w sztabie szkoleniowym Interu. W drugim miesiącu swojego drugiego sezonu we Włoszech (w pierwszym oczywiście pomógł w zdobyciu mistrzostwa Włoch) drogi obu Portugalczyków się rozeszły. André Villas-Boas decyduje się na rozpoczęcie indywidualnej kariery trenerskiej.

Pośmiewiskiem ligi portugalskiej po siedmiu meczach sezonu 2009/2010 była Académica Coimbra, ostatnia drużyna, mająca w dorobku zaledwie trzy punkty, zdobyte po trzech remisach. Typowy outsider, z zachowanym jednym czystym kontem od rozpoczęcia rozgrywek. Rogério Gonçalves miał dosyć upokorzeń i się poddał. Kierownictwo klubu zamiast postawić na kogoś doświadczonego, dało szansę sprawdzenia się Villas-Boasowi, podpisując kontrakt na trzy dni przed jego 32. urodzinami. Nie miał nic do stracenia. Cel został postawiony jasno – uchronić Académikę przed spadkiem.

Szybko okazało się, że sprowadzenie ucznia Mourinho na stadion miejski w Coimbrze było idealnym posunięciem. Po trzech listopadowych meczach w lidze, Académica zdobyła siedem punktów, strzelając sześć goli przy tylko jednym straconym. Była blisko wywalczenia remisu w meczu z FC Porto, ale jedyny gol w tym spotkaniu został strzelony przez mistrzów kraju w końcówce spotkania. Już po miesiącu pracy zaczęto spekulować, że ma zastąpić niedługo Carlosa Carvalhala na stanowisku trenera Sportingu. Sportingu, który rozpoczynał grudzień z 13-punktową stratą do prowadzącej Bragi. Oficjalna strona internetowa klubu błyskawicznie zaprzeczyła tym pogłoskom. Każdy jednak wiedział, że Coimbra to dopiero rozgrzewka i mimo że prezydent klubu dementował, jakoby Villas-Boas miał opuścić klub, wszyscy się na to szykowali. Główne pytanie brzmiało, czy będzie to ledwo trzymający się w czołówce Sporting czy „jego klub”, FC Porto.

Tymczasem po ostatniej kolejce sezonu Académica znalazła się na 11. miejscu. Sporting przegrał wyścig o Villas-Boasa ze zdecydowanie bardziej zaangażowanym w jego pozyskanie FC Porto, a może raczej z wieloletnim prezydentem klubu Pinto da Costą. Widział on, jaki potencjał drzemie w 32-latku. Miał déjà vu, bowiem osiem i pół roku wcześniej zatrudnił już pewnego szalejącego Portugalczyka, który dał União Leirze najwyższe (piąte) miejsce w lidze w historii klubu. Da Costa był tak zawzięty w pozyskaniu Villas-Boasa, że zwolnił z funkcji trenera Smoków Jesualdo Ferreirę. Jedynym argumentem było to, że wierzy w młokosa. Bo z jakiego racjonalnego powodu można zwolnić trenera, który w ciągu czterech lat pracy daje klubowi trzy mistrzostwa kraju, a w Lidze Mistrzów odpada dopiero w fazie pucharowej z Chelsea, Schalke, Manchesterem United i Arsenalem?

André Villas-Boas rozpoczął pracę w klubie bardzo zdecydowanie. Za 10 milionów euro zabrał jednemu z głównych rywali, Sportingowi ich największą gwiazdę João Moutinho. W sierpniu Porto pozbyło się jednak swoich dwóch bardzo ważnych zawodników, Bruno Alvesa i Raula Meirelesa, zamykając okienko transferowe z ośmioma milionami euro przychodu. Wątpiono w słuszność dokonań na rynku, ale Villas-Boas ze spokojem w głosie mówił, że wszystko zweryfikuje boisko. I miał rację. Po wygraniu superpucharu Portugalii Smoki z impetem rozpoczęły rozgrywki ligowe, wygrywając wszystkie z sześciu pierwszych meczów. I tylko pojedyncze remisy zatrzymują ekipę z Dragão (z wyjątkiem przegranej 1:2 z Nacional de Madeira w Pucharze Ligi, gdzie między słupkami Porto stał Paweł Kieszek). W lidze portugalskiej, która nie słynie z wysokiej średniej bramek na mecz, Porto w tym właśnie zestawieniu ma ogromną przewagę nad innymi drużynami. W tym najważniejszym – punktowym – mają jedenaście punktów więcej niż druga Benfica.

Patrząc na dokonania 33-letniego trenera, trudno nie zastanowić się chwilę nad jego osobą. Jeśli jego podopieczni w dalszym ciągu będą gromić każdego przeciwnika na krajowym podwórku, jak i w Europie, możliwe, że w maju Villas-Boas będzie miał u stóp cały świat. Właścicieli wielkich klubów na pewno nie powstrzymają deklaracje Portugalczyka mówiącego, że chce wypełnić swój 3-letni kontrakt do końca. Powstrzymać ich może obawa o skuteczność poza Portugalią wciąż tylko 33-latka, a jak wiemy dzisiejsza piłka nie wie, co to jest cierpliwość właściciela, gdyż każdy z nich oczekuje natychmiastowych sukcesów. Warto jednak zaznaczyć, że pomimo młodego wieku ma on za sobą 15 lat współpracy z sir Bobby Robsonem i José Mourinho. Był w sztabie szkoleniowym drużyn, które zdobywały mistrzostwo Portugalii, Anglii i Włoch oraz wie, co to znaczy zdobyć europejskie puchary.

Istnieje błędne przekonanie, że za trenerkę powinni brać się tylko byli piłkarze. Piłka nożna się zmienia. Mourinho skończył karierę, mając 22 lata, Rafael Benitez w wieku 26 lat, a kariera Arsene’a Wengera była bardzo przeciętna. Każdy z tych trzech trenerów ma jednak spore umiejętności i w futbolu nie jest anonimowy. Tony Adams? Roy Keane? Nie zaprzeczymy, że na boisku byli genialni i świetnie dowodzili swoją drużyną, jednak na ławce trenerskiej nie zachwycają. Jest jeszcze jedna grupa: tych, co dobrze czuli się i na boisku i przy linii bocznej (m.in. sir Alex Ferguson i Carlo Ancelotti). W XXI-wiecznym futbolu kształtuje się kolejna grupa. Jest to grupa nastolatków interesujących się futbolem, która nie trenuje w klubie. Pasjonaci, którzy spędzają godziny przed komputerem, tworząc w Football Managerze kariery niczym ta José Mourinho, którzy oglądają przed i pomeczowe studia w telewizji, słuchają ekspertów i analizują mecze.

Villas-Boas miał to szczęście, że Bobby Robson sprowadził się blisko niego. Jednak, żeby odnieść jakiś sukces w dzisiejszej piłce nożnej jako młody trener, niemający piłkarskiego doświadczenia, trzeba być pewnym siebie, momentami nawet aroganckim. Trzeba mieć w sobie dużo z psychologa, który pozwoli uwierzyć swoim zawodnikom w ich umiejętności i umie trafić do nich w taki sposób, by swojego rówieśnika albo niewiele starszą osobę darzyli szacunkiem. W czasach wielkich pensji, w czasie, gdy piłkarz może w każdej chwili powiedzieć, tfu, postawić warunek: „podwyżka albo odchodzę”, trener musi twardo stąpać po ziemi i mieć dar do poruszania tłumów. Musi na każdym kroku utwierdzać swoich piłkarzy w przekonaniu, że są najlepsi w tym, co robią i tylko kwestią czasu jest prawidłowe funkcjonowanie całej tej maszynki, a co za tym idzie – kolejne trofea do klubowej gabloty. Po rozgromieniu Benfiki 5:0 Villas-Boas w pomeczowym wywiadzie wytknął boleśnie wszystkie błędy szkoleniowcowi rywali, a tej arogancji nie powstydziłby się sam José Mourinho.

W Portugalii mówią, że oglądanie Porto staje się nudne, a każdy tylko czeka kiedy strzelą bramkę i czy będą się chcieli zatrzymać na jednej, a może postanowią rozgromić przeciwnika. Media śledzą mecze aktualnego lidera i nie mogą się doczekać aż Villas-Boas będzie bił kolejne rekordy ustanowione niegdyś przez Mourinho. Przecież „Special One” też zaczynał podbijanie Europy na zapleczu Ligi Mistrzów. Przecież przejście do Porto też zapewniła mu całkowita odmiana ligowego średniaka. Przecież oboje są niesamowicie pewni siebie. Porównań i podobieństw jest wiele. I choć Villas-Boas przekonuje, że jest wystarczająco silny, by utworzyć swoją własną markę, a nie być tylko kopią bardziej znanego rodaka, to czy tak naprawdę ktoś mu w to uwierzy? Widz lubi porównania, widz lubi rywalizację. Nie daje sobie przetłumaczyć, że nie wszystko da się sprowadzić do prostych słów „lepszy” i „gorszy”, ale o to już spytajcie Messiego lub Ronaldo.

Przewiń na górę strony