Nie przegap
Strona główna / Naszym okiem / Szczyt bezczelności

Szczyt bezczelności

Szczyt bezczelności
Dotychczas za szczyt bezczelności uważano sytuację, w której ktoś wypróżniał się na wycieraczkę sąsiada, pukał do drzwi i prosił o papier. Tuż poniżej znajdowało się pytanie skierowane do powodzianina o to, jak się mu powodzi. Wczoraj wieczorem oba wyczyny przebił niejaki Steven Naismith, któremu szkocki klub o wdzięcznej nazwie Rangers zawdzięcza porażkę z Manchesterem United.

Końcówka meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów. Wynik 0:0. Wszystko wskazuje na to, iż taktyka gospodarzy polegająca na zamurowaniu bramki przyniesie zamierzony efekt i Rangersi po raz drugi w tym sezonie urwą punkt Czerwonym Diabłom. Aż do momentu, gdy w 86. minucie spotkania gwieździstą w szkockim polu karnym chciał zagrać głową w kierunku bramki młody Fabio da Silva. Tam znalazł się Steven Naismith, który bezpardonowym wejściem w Brazylijczyka sprokurował rzut karny.

Główne konsekwencje tego czynu znają wszyscy. Żółta kartka dla winowajcy, jedenastka zamieniona na bramkę przez wracającego do składu Wayne’a Rooneya i mniej lub bardziej szczera ogromna radość napastnika. Czy ktoś jednak skupił się na fragmencie pomiędzy faulem, powtórkami i karnym?

Otóż nie byłoby w tej sytuacji nic specjalnego, gdyby nie zachowanie Szkota odpowiedzialnego za cały ambaras. Naismith po znokautowaniu naszego lewego obrońcy potężnym kopniakiem w okolice klatki piersiowej, miast czym prędzej przeprosić poszkodowanego lub przynajmniej śpiesznym krokiem oddalić się z miejsca zdarzenia, wdał się w dyskusję z sędziami. Nie wiem, co imiennik uwielbianego przez nas Gerrarda wykrzykiwał, ale idę o zakład, że nie były to słowa ani pochlebne, ani pokorne. Wpierw oberwało się sędziemu dzierżącemu w ręku (jak to nazwać?) świecącą laskę, następnie swoją złość i poirytowanie decyzją „góry” wyładował na arbitrze głównym – Massimo Busace. Furia trwała jeszcze po decyzji realizatora o skupieniu się na osobie Rooneya.

Uwaga, pytanie retoryczne: jak bezczelnym trzeba być, by po takim faulu kwestionować w 100% słuszną i oczywistą decyzję? Jak nieznajome blond skrzydłowemu musi być pojęcie honor, żeby po minięciu się z twarzą przeciwnika o centymetry na oczach stojącego kilka kroków dalej sędziego wygłaszać jakiekolwiek pretensje?

Rozumiem grę twardą, nieustępliwą, a nawet agresywną w granicach rozsądku. W innych okolicznościach machnąłbym ręką na to zagranie – ot, wypadek przy pracy, poniosło gościa. Jednak Szkot zachował się jak totalny nie tylko oszust, ale przede wszystkim cham. A dla takich ludzi, w mojej wizji futbolu, miejsca być nie powinno.

Przewiń na górę strony