Nie przegap
Strona główna / Z przymrużeniem oka / The call of Fergie

The call of Fergie

The call of Fergie
Szary, angielski dzień trwał w najlepsze. Za oknem nie padał deszcz, co w Alexie wzbudziło pewne refleksje dotyczące nieprzewidywalności natury. Wszak o tej porze roku powinno siąpić stałym, monotonnym cięgiem. Szybko jednak przeszedł do spraw bardziej przyziemnych. „Szkoda – pomyślał – chłopaki ćwiczą w zbyt dobrych warunkach, nie wiedzą, co to ciężka praca”. Po chwili uśmiechnął się i, postanowiwszy, iż po przerwie Diabełki z większym niż dotychczas przewidywanym zapasem nadrobią zaległości na siłowni, nacisnął klamkę swojego gabinetu w ośrodku treningowym w Carrington.

Przyszedł tu nie bez celu. Od rana pewna nie cierpiąca sprawa nie dawała mu spokoju. Rozmowa telefoniczna, którą miał wykonać, tak zaprzątała mu głowę, iż podczas porannej sesji treningowej po trzeciej z rzędu niewykorzystanej sytuacji sam na sam Berbatowa, mocno zbeształ… Owena przejeżdżając się po jego umiejętnościach motoryczno-snajperskich. Sytuacja ta nie umknęła uwadze kapitana drużyny. Gary Neville podszedł do trenera mając doświadczenie w negocjacjach z bossem, jednak nawet on usłyszał tylko gromkie „Odczepcie się w końcu od Dymitara, zazdrośnicy!”. Alex wykrzyczałby coś więcej, gdyby w porę nie przypomniał sobie zminiaturyzowanego fuckera Anglika skierowanego do Carlosa Teveza, co rozładowało napięcie i załagodziło spór.

Usiadłszy w miękkim fotelu, Szkot sięgnął po komórkę. Odblokował klawiaturę i ujrzał 47 nieodebranych połączeń. Telefon nie zdążył załadować listy dzwoniących, gdy rozległ się dzwonek, a na wyświetlaczu pojawił się napis „Cathie <3”. Alex odebrał. - Tak, kochanie? - Cześć kotku, co tam u ciebie? - W sumie to, co zwykle. Darron znów rozerwał siatkę - mówiłem im, żeby założyli trzy warstwy na północną bramkę, mówiłem - nie posłuchali. Po raz kolejny pomyliłem Rafaela i Fabio, trzeba było jednak posłuchać optyka i kupić te mocniejsze soczewki zamiast zgrywać wiecznie młodego Adonisa. Ech starość nie radość. Wspominałem ci już, że miałem wystawić Hargo przeciwko Milanowi? Tak? No to masz nieaktualne wiadomości, moja droga. Zagapiłem się i pozwoliłem, aby w wewnętrznej gierce Owen zagrał przeciwko Scholesowi. Powinienem się był domyślić, że po pierwszym starciu z Rudym jego powrót przesuniemy o kolejne dwa miesiące… - Serio? To świetnie, kotku, świetnie. Ale wiesz, dzwonię, bo właśnie wypatrzyłam takie genialne buty, mówię ci, najnowszy krzyk mody, koleżankom oczy na wierzch wyjdą! - Cathie. Ile razy na ten temat rozmawialiśmy? Nie po to w wieku 68 lat haruję jak wół, aby pieniądze wyrzucać przez okno! Popatrz tylko do szafy… - Ależ kotku – przerwała – Annie Wenger mówiła, że jej mąż, twój kolega, pozwoliłby jej bez mrugnięcia okiem. - Annie Wenger? To zmienia postać rzeczy… – mruknął Alex i po chwili rzekł głośno – Przecież wiesz, że żartowałem. Oczywiście, weź sobie nawet dwie pary, koniecznie te złote. Aha, wracając nie zapomnij kupić mi gum. We wtorek gramy przeciw Rossonerim, a w Mediolanie nawet Manchester Evening News znaleźć nie można! - Wiem, kotku, nie zapomnę. Trzymaj się, dzięki za rozmowę. Pa! – po czym Cathie się rozłączyła. - Jak cię znam, zapomnisz. Na wszelki wypadek zaopatrzę się sam – podsumował i przeszedł do kontaktów. Zanim znalazł właściwy numer, telefon znów zawibrował. - Tak? - Dzień dobry, Edward Ward, The Sun. Sir Alex Ferguson? Mogę zadać pewne pytanie? - Jeśli się pan streści - Alex nie krył awersji do dziennikarzy z tej gazety. - Postaram się. Czy to prawda, iż pozwolił pan Wayne’owi Rooneyowi na opuszczenie klubu na rzecz Realu Madryt? - Zdecydowanie tak! Co więcej, notuj pan: wymienię go za Raula! Do widzenia. – odpowiedział Szkot, zakończył rozmowę i uderzył w stół – Ileż można! Cóż za bezczelność! Toż to ludzką imaginację przechodzi, czy oni nigdy nie skończą? – huknął retorycznie, po czym dodał – Z drugiej strony, rozum wciąż światły, mało kogo byłoby stać na tak ciętą ripostę. Nie spodziewał się, iż na drugi dzień pół Europy i dwie trzecie Azji będzie dyskutować o nadchodzącym hicie transferowym. Zadowolony z siebie spojrzał w stronę drzwi, w których stała Margaret z zaparzoną herbatą. Klubowa kucharka postawiła napar na trenerskim biurku, grzecznie odpowiedziała na podziękowanie i skierowała się w stronę wyjścia. - Maggie – zatrzymał ją Alex – pomysł z dosypywaniem laxigenu do Powerade’a Naniego wypalił. Trzeba to powtórzyć przed AC. Zapieprza jak nigdy. Ostatnie zdanie powiedział już do siebie. Margaret pozostawiła Szkota w gabinecie, który patrząc na słońce nieśmiało wyłaniające się zza chmur porównywał je w duchu do wschodzącej gwiazdy młodego Portugalczyka. Z zadumy wyrwał go inny niż zazwyczaj dźwięk dzwonka. Alarm informował o obszernej zapowiedzi nadchodzącej fazy pucharowej Ligi Mistrzów na kanale Skysport. Alex widział ten program już dwa razy, mimo to wciąż nie mógł oprzeć się pokusie oglądania tych samych smutnych twarzy bohaterów z Anfield oraz wsłuchania się w argumenty dotyczące „geniuszu trenerskiego” pewnego Hiszpana mającego problemy z nadwagą. Po sporej dawce złośliwej satysfakcji Alex zorientował się, iż nadeszła godzina popołudniowego treningu. „Rozmowa musi poczekać, pro publico bono!” – pomyślał, odłożył telefon, i skierował się ku salce, w której czas wolny spędzali jego podopieczni. Do widoku Diabłów wpatrzonych w ekrany komputerów już dawno się przyzwyczaił. Z przyzwyczajenia przeszedł wzdłuż stanowisk z zaciekawieniem obserwując, poczynania piłkarzy w wirtualnym świecie. Zatrzymał się przy Rio.
– Wciąż grasz z Johnem w te… strzelanki? Czekaj, czy ja dobrze widzę? Ty przegrywasz! Jak śmiesz! – wypalił.
– Eee, szefie, zdarza się. Szef sugeruje, że powinienem przestać pogrywać?
– Nie, gdzieżby. A, nawiasem mówiąc, pamiętasz historyjkę z Bridgem? – rzekł pozostawiając Anglika w konsternacji.
Kątem oka zdążył zauważyć jak Wayne, Darren i Wes po raz setny zanoszą się śmiechem oglądając na Youtubie odcinek Special 1 TV o Arse-Shavinie. Znów nie znalazł w tym nic zabawnego – fakt ten włożył na karb nadciągającej starości, a następnie zarządził zbiórkę w siłowni.

Dwie godziny z okładem później ku uciesze umordowanych zawodników ćwiczenia siłowe dobiegły końca. Alex zadowolony z wypełnienia swego postanowienia oraz wygłoszenia treściwego wykładu na temat rozwijania muskulatury. Nie był tylko pewien co do zakazu ściągania koszulek dla każdego, kto nie będzie od pasa w górę choć trochę przypominał Naniego. Zresztą nie to siedziało mu w głowie. Najważniejszy punkt dnia wciąż miał nadejść. Już na korytarzu słyszalne były triumfalne melodie wygrywane przez dudy nieodzownie przywodzące na myśl północną część Wielkiej Brytanii. Szybko otworzył drzwi i przyskoczył do huczącej komórki. Entuzjazm wyparował w jednej chwili, gdy okazało się, iż dzwoniący to jego rodzony syn.
– Hej, tatku. Jak leci?
– Jeszcze nie leci. Lecimy w poniedziałek.
– Widzę, żeś nie w humorze. To może zadzwonię później?
– Nie. Miejmy to już za sobą. Co, a raczej kogo, chcesz tym razem?
– Tatko to od razu sobie myśli, że ja dzwonię tylko po to, bo potrzebuję pomocy w klubie.
– A nie mam racji?
– Eh, masz.
– Jak zawsze. Przejdź do sedna. Kto?
– Corry Evans, wiem, że może być potrzebny, będzie wchodził do składu, ale…
– Nie ma sprawy. Jest twój.
– Serio?
– Oczywiście.
– Wielkie dzięki, nie wiem jak ci się odpłacę.
– Że nie.
– C-c-co? Jak to?
– Tak to. Nie mam zamiaru cię więcej wyręczać. To się musi skończyć. Do tej pory bawiłeś się w trenerkę i przebierałeś w moich piłkarzach niczym w Football Managerze. Ale ja nie będę żył wiecznie. – tu Alex westchnął głęboko – Dziś, synu, puszczasz się tatusinych spodni i sam ruszasz w świat. W wieku prawie 40 lat musisz zdać sobie sprawę z tego, iż najwyższy czas usamodzielnić się. Ostatnia rada: zaraz zwołujesz skautów, którzy mają szukać młodych, a ty sam jeździsz po stadionach i obserwujesz inne drużyny, jasne?
– Ale, tatku, obiecałeś mi pomagać.
– Tak, na początku. I nie zaczynajmy tego od nowa. Jeszcze nic sam nie osiągnąłeś i dobrze o tym wiesz!
– A moje sukcesy? Mam przecież awans do Championship.
– Masz też wypożyczanych ode mnie piłkarzy i nazwisko, które załatwia ci posadę. Ale mniejsza z tym. Nie mam czasu, kończmy już.
– Tatku, proszę, daj mi jeszcze trochę czasu.
– Nie! I nie waż się skarżyć matce! Na razie!

Alex trzasnąłby słuchawką, gdyby nie rozmawiał przez komórkę – w wyniku czego huknął aparatem o podłogę z wiadomym efektem. Wiedział, że postąpił słusznie, ale emocje jak zwykle wzięły górę. Pomny na słowa psychologa o wpływie ataków furii na zdrowie stosunkowo szybko się uspokoił i poskładał telefon. Oczywiście nie dane mu było wykonać planowanego połączenia. Szybszy był David. David Beckham.
– Tak?
– Dzień dobry trenerze. Nie pytam, jak leci, bo wiem, że trener tego nie lubi.
– Dobra, wiem do czego zmierzasz, odpowiedź brzmi nie.
– Niech mnie trener posłucha. Wydaje mi się, że najbliższy dwumecz to doskonała okazja do przemyślenia sprawy, o której już rozmawialiśmy.
– Tak myślałem. Nie.
– Ależ trenerze. Dlaczego trener tak szybko odmawia? Trener wie, że nie żywię urazy za tego buta.
– Nieważne. To nie o to chodzi.
– O Real? Przecież trener sam mi doradził odejście do Hiszpanii.
– Jeszcze mniej ważne. Ja nie sprowadzam emerytów. Pod tym kątem znajdujesz się w odpowiednim klubie.
– Trener żartuje, prawda? O co chodzi? Przecież ja mam tylko trzydzieści… nie, trzydzieści jeden… trzydzieści cztery lata. Ale ten czas leci. – dodał półgłosem – Ale nie znaczy, ze nie potrafię grać w piłkę. Trener wie, że chcę grać, że mam zamiar jechać do RPA w czerwcu, a rzuca trener swojemu wychowankowi kłody pod nogi? Nie pozwoli trener chociaż pożegnać się z kibicami?
– David, mój chłopcze, naprawdę…
Więcej Alex nie mógł powiedzieć. Stało się to, co zwykle dzieje się w najważniejszym momencie – padła bateria. Szkot wstał i począł szukać ładowarki. Po dziesięciu minutach przypomniał sobie, iż dziś dyżur sprzątający ma niejaka pani Sophie. „Tak, porządek jak w mordę strzelił – ale sprzętu nie znajdę” – stwierdził i pobiegł na dół w poszukiwaniu pomocy.

Na szczęście nie wszyscy rozeszli się do domów. Ujrzał opartego o ścianę Nemanję z telefonem przy uchu. Nie zawahał się i poprosił go o umożliwienie rozmowy.
– Już, już tylko skończę – tu zwrócił się do rozmówcy – Słonko, będę musiał zaraz kończyć, później pogadamy o tej Hiszpanii.
Alex nie zdał testu na cierpliwość. Odebrał obrońcy aparat, ryknął do mikrofonu „On zostaje u nas!” i zakończył rozmowę. Podziękował zaskoczonemu Serbowi, obrócił się i podążył do swojego gabinetu. Nie uszedłszy paru kroków usłyszał głos Bena Fostera:
– Jeżeli potrzeba telefonu, to ja chętnie pożyczę, Sir.
– Jak widzisz, już nie trzeba, poza tym używasz Sagema. Podliżesz się kiedy indziej.
– Gdzieżbym śmiał, chciałem pomóc, Sir.
– Sugerujesz, że albo oślepłem, albo jestem idiotą i nie widzę, że od miesięcy usiłujesz mi wejść do tyłka. I mam dla ciebie komunikat: i tak nie zagrasz na Wembley.
– Dlaczego, Sir? Było mówione, że w Carling Cup grają zmiennicy, a ja… przecież jestem… jak to Sir raczył określić, „nadzieją angielskiej piłki”…
– Chyba wodnej. Przesłyszałeś się. Nie owijajmy w bawełnę. Obaj zdajemy sobie sprawę z tego, że gdyby nie pewien paradoks już by ciebie tu nie było – wielkie oczy Bena nie wzruszyły Alexa – Mocne kluby są zbyt mocne, by cię ściągnąć, natomiast słabsze dają za mało gotówki. Jasne? Jeśli nie, to polecam kolekcję DVD pod tytułem „Chelsea-City-Sunderland”. Koniec dyskusji.

Wymazawszy z pamięci ową chwilę szczerości, Alex dotarł z powrotem do własnego pomieszczenia. Z tym szczególnym, triumfalnym uśmiechem, właściwym ludziom, którzy po wielu bojach dotarli do celu, na twarzy wystukał kilka cyfr na klawiaturze i głębiej usadowił się w fotelu. Najważniejsze zadanie dnia niemal zrealizowane. Nareszcie. Odczekał kilkanaście sekund i odezwał się tymi słowy:
– Halo? Witam Jose. Co u ciebie? Remis z Parmą? A tak słyszałem, szkoda. Ale weź się w garść. Niedługo przyjeżdżam do Mediolanu z chłopakami. Jako następca mógłbyś mnie do siebie zaprosić. Mówisz, że właśnie miałeś mi to proponować? Cóż za zbieg okoliczności! Czyli umawiamy się tak jak ostatnio, nieprawdaż? Doskonale. Nie będę w takim razie zabierał więcej czasu. Aha, zapomniałbym – tu szkockie geny Alexa dały o sobie znać – Ostatnim razem to ja kupowałem wino…

Przewiń na górę strony