Nie przegap
Strona główna / Naszym okiem / Mamo, tato, mam pytanie… – czyli o dylematach kibica

Mamo, tato, mam pytanie… – czyli o dylematach kibica

Mamo, tato, mam pytanie… - czyli o dylematach kibicaKażdy miewa momenty, w których targają nim mieszane uczucia. Większość ludzi, znajdujących się w takiej sytuacji pyta o opinię rodziców bądź najbliższego przyjaciela. Niezmiernie trudno przecenić ich porady, sugestie, które, niezależnie od tego czy zgadzają się z naszymi przemyśleniami, czy też zgoła odwrotnie, zmuszają do refleksji, w pewien sposób ukierunkowują. Istnieją jednak problemy, wątpliwości, z którymi trzeba uporać się samemu. Przyczyna jest prosta, brzmi wręcz szyderczo, szczególnie, że stwierdzenia tego jakże często nadużywają dziewczyny, a mianowicie „Ty tego nie zrozumiesz”. I właśnie o dylematach kibica, których nie zrozumie mama, przyjaciel, dziewczyna i pies sąsiada – o ile nie są zapaleńcami – chciałem dziś napisać. Spróbuję przedstawić kilka – mam nadzieję ciekawych – sytuacji, w których moje serce pompuje krew w dwie strony.

Witeek! Obiad!

Drogi czytelniku, założę się, że właśnie przypomniałeś sobie przynajmniej jedną sytuację, w której w podobny, równie brutalny sposób próbowano odciągnąć Cię od meczu United. Mam mnóstwo podobnych flashbacków, szczególnie z czasów, kiedy byłem młodszy i zostałem ustawiony pod ścianą. Pojawia się dylemat, żadne z wyjść nie wydaje się dobre. Przysłowiowy obiad podałem jako przykład konfliktu na linii rodzina – drużyna. Sytuacji, w których musimy zdecydować po której stajemy stronie, można podawać bez liku: wyjazd do rodziny, niespodziewani goście w salonie czy też wspólne wyjście gdzieś do kawiarni, w godzinach rozgrywania spotkania.

Nasuwa się oczywiste pytanie, czy to wszystko nie może poczekać? Zdaje się, że tak, ale załóżmy, że nie poczekało. Zostając u siebie, oglądając – w oczach innych – zwykły mecz, zranimy uczucia innych, zepsujemy plany, czy też uznają nas za egoistów. Niestety, w oczach części społeczeństwa, kibicowanie nie jest wartościowym argumentem, silnym na tyle, aby przez te dwie godziny móc się całkowicie odciąć od innych czynności. Szczęśliwie takie sytuacje nie należą do częstych, ale znalezienie się w podobnej takiej, sprawia, że niczym sędzia musimy wydać werdykt krzywdzący dla którejś ze stron.

„Ludwiku Dorn! Sabo! Nie idźcie tą drogą!”

.. i poszli. 2 lipca 2007 roku jeden z najlepszych snajperów młodego pokolenia podpisał kontrakt z Liverpoolem. Chodzi oczywiście o Fernando Torresa. Będący przez kilka lat obserwowany i nakłaniany przez Sir Alexa Fergusona do transferu, zdecydował o dołączeniu do The Scousers, czym sprawił mi chyba największy zawód w historii kibicowania. Gdy tylko przeczytałem o zainteresowaniu włodarzy United młodym Hiszpanem, starałem się dowiedzieć o nim jak najwięcej. Parę meczów Atletico i youtube starczyło, żeby mnie kupić. Momentalnie zdobył moje uwielbienie. Sposób poruszania się po boisku, talent do zdobywania bramek, podobnie jak Inzaghi czy Owen miał to szczęście, że piłka go po prostu szukała pod polem karnym. Pewien, że prędzej czy później pojawi się na Stretford End, przeglądając wiadomości o transferach, prawie spadłem z krzesła czytając o jego transferze na Anfield. Mógł wybrać wszystkie silne drużyny Europy, tylko nie ich.. Poczucie bycia zdradzonym, zawód, hańba.

Tyle, że nie zmieniły się moje poglądy na temat jego umiejętności. Uważam go za aktualnie najlepszego(zabij mnie, a się nie wyprę!) snajpera w Europie i zawsze wzbudza we mnie podziw na boisku. Występujący w tym miejscu konflikt między interesami tego piłkarza, a jego drużyną nie pozwala mi życzyć całkowitej klęski Liverpoolowi, ale tym bardziej sukcesów. Każdy kibic ma swojego ulubionego piłkarza, niekoniecznie występującego w drużynie, którą wspiera. Moim jest oczywiście nasz #11, ale zaraz po nim w hierarchii, mieści się wyżej wspomniany Torres. Nie oglądając meczu swojej drużyny, z przeciwną, w której występuje piłkarski idol, zmusza do stanięcia po którejś stronie. Nie można przecież być tzw. „piknikiem”. Podobna sytuacja ma miejsce podczas meczów międzynarodowych, chociaż tutaj sytuacja jest bardziej klarowna. Mimo wszystko, większość z nas ubolewałaby nad, przykładowo słabą formą Rooneya, gdyby ten pięciokrotnie zepsuł 1vs1 z którymś z naszych bramkarzy. Nie mam żadnego problemu z opowiedzeniem się za Manchesterem, podczas meczu z Liverpoolem, ale w przypadku, gdy np. Vida wślizgnie się w nogi Torresa, nie czuję się zbyt komfortowo. Mam tylko nadzieję, że po sezonie (o czym coraz głośniej), problem sam się rozwiąże i El Niño zmieni trykot. ;-)

Zdarzają się sytuacje, gdy nogi nie idą w parze z umysłem

Wyobraź sobie czytelniku piłkarza, który w wypadku czerwonej kartki kolegi z drużyny, mógłby przeciąć się na pół i spokojnie uzupełnić po nim lukę. Zawodnika porywającego techniką, brylującego na murawie, osobę, która prowadzi Twoją ulubioną drużynę, strzela masę bramek, absorbuje uwagę przeciwników, słowem: wydaje się być niezastąpionym ogniwem. Niestety jego umiejętności ograniczają się do piłkarskich, interpersonalnie jednym słowem, klapa. Dumny jak paw, przekonany o swojej wartości, uważający się za pępek świata człowiek przewodniczy Twojej ulubionej drużynie. Osoba, której nie możesz zdzierżyć, jego wypowiedzi, dziecinne zachowanie, pycha odpychają na kilometr, aczkolwiek jako kibic zdajesz sobie sprawę, że jest to kluczowy element układanki.

Oczywiście w momentach, gdy jego bądź co bądź genialne zagrania ratowały drużynę czy też po prostu podnosiły poziom całego widowiska, byłem dumny, że Krystyna gra dla „Nas”, ale zdawałem sobie sprawę, że będzie się potem chełpił i cały entuzjazm uchodził ze mnie z następnym oddechem. Kiedy mówiło się jego odejściu do Realu, nie wiedziałem czy się cieszyć, czy płakać. Świadomość, że tak wielce utalentowany zawodnik, bajeczna „7-ka” odejdzie i trzeba będzie spróbować w jakimś stopniu go zastąpić, czy może bardziej zminimalizować stratę jego wpływu na grę Manchesteru była frustrująca. Dobrze, że cały szum, niezdrowa atmosfera mogły wreszcie ucichnąć, a z drugiej strony została po nim pustka. Drużynie brakuje tego ogniwa, jego blasku(żelu – przyp. Red.), ale zlikwidowano ognisko zapalne.. Czas pokaże czy było to dobre posunięcie – In SAF we strust! Chociaż do dziś mam mieszane uczucia..

O świńskich głowach i im podobnym

Przykładów sprzedajnych piłkarzy jest cała masa.. Są jednak ludzie, których przejście za miedzę boli bardziej. Dlaczego? Bo oddawali za swój klub całe zdrowie, pomogli święcić im największe triumfy. Sztandarowym przykładem – bo z własnego podwórka jest tutaj osoba Michaela Owena. Gdybym był kibicem Scousersów, prawdopodobnie podzielałbym zawód, wobec pojawienia się ich wychowanka ‘poolu w trykocie United. Jednakże należy pamiętać, że wcześniej wielokrotnie wprowadzał swoich fanów w euforię, przyprawiał o palpitację serca, jestem pewien, że grał dla nich ze wszystkich sił. Koleje losu, plaga kontuzji, sprawiły, że po kilku latach wrócił do północnej Anglii, tyle, że do nas. Łatwo wyzwać, znienawidzić, ale czy słusznie? Czy poprzez swoje dokonania nie zapracował sobie na emeryturę, szacunek tych, którzy go wspierali? Czy sama łatka zdrajcy przekreśla okres świetności, usuwając w niepamięć wszystkie poprzednie lata? Trudniejszym przykładem jest osoba Luisa Figo. Bezpośrednie przejście do największego rywala za ogromne pieniądze to pięta Achillesa dla każdego kibica.

Tyle, że warto pamiętać, ile trofeów pomógł on wywalczyć w poprzednich latach. W pewien sposób można to przyrównać do upadłego związku dwóch osób. To tak, jakby po wielu latach małżeństwa żona odeszła do faceta, z którym jej mąż nigdy nie potrafił się dogadać. Na usta cisną się najgorsze obelgi, nienawiść, wręcz obrzydzenie. Pamiętajmy jednak, że każde małżeństwo zostawia po sobie potomstwo. Żona dała mężowi dzieci, piękne lata ich dorastania. Figo „dał” Barcelonie Puchar Zdobywców Pucharów i inne trofea. To było jego dziecko dla wszystkich kibiców. Czy można, czy prawdziwy kibic powinien wszystko przekreślić? Czy mąż może znienawidzić żonę, która dała mu wspaniałe dzieci? A może jednak każdy fan powinien patrzeć przez pryzmat wszystkich dokonań, płodów wcześniejszego rzemiosła? Zapewne każdy ma swoje przemyślenia na ten temat..

Zainspirowała mnie piłka

W tym wypadku chcę opisać historię jednej piłki, można by wręcz powiedzieć.. piłeczki. Piłka jest czarna, niektóre łaty są w połowie czerwone, układają się w linię. Widnieje na niej logo Nike i właśnie.. Herb Manchesteru. Brzmi dumnie, jestem z niej dumny, byłem z niej dumny… W moje 20-te urodziny dostałem wyżej opisaną piłkę od pewnej osoby. Był to swoisty prezent. Właściwie to ciężko mi wyobrazić sobie lepszy prezent o podobnej wartości nominalnej. Tak zwany strzał w 10-kę. Sęk w tym, że osoba, która mi ją podarowała, pozostawiła (w dosłownie kilka dni później) po sobie bardzo złe wrażenie, wręcz fatalne. Zostały obnażone jej wszystkie brudy, dowiedziałem się o niektórych jej zachowaniach, poznałem jej drugą twarz. Postanowiłem pochować wszystkie przedmioty z Nią związane, żeby niepotrzebnie nie zawracać sobie głowy i wtedy zobaczyłem tą piłkę, umieszczoną w honorowym miejscu na półce, wyeksponowaną w pucharze.

Piłka, która stała się dla mnie relikwią z chwilą jej otrzymania, chlubnie prezentująca moje przywiązanie do Czerwonych Diabłów, niestety została przesiąknięta drugim obliczem, zawodu. Ilekroć na nią spojrzę mam ochotę ją chwycić, uśmiechnąć się do diabełka z trójzębem w ręku, ale co jakiś czas przywołuje też inne wspomnienie.. Nie potrafiąc przejść obojętnie wobec tamtych wydarzeń, myślę nad jej schowaniem, spuszczeniem powietrza, ale z drugiej strony, jest ona uosobieniem tego co kocham, tego w co wierzę, kim jestem i gdzie się znajduję. To jest właśnie mój dylemat kibica, drogi czytelniku. I choćbym chciał, nie potrafię go rozwiązać.

Autor: VitoBdG

Przewiń na górę strony