Nie przegap
Strona główna / Premiership / Kto czwarty w Premier League?

Kto czwarty w Premier League?

Premier League
Początek roku to zawsze dobry moment na podsumowania. I na prognozy, zwłaszcza, że najsilniejsze ligi piłkarskie znajdują się mniej więcej na półmetku. Angielska Premier League jest w bieżącym sezonie najciekawsza od lat, tradycyjnie wielkie emocje dotyczą zarówno rywalizacji o utrzymanie jak o mistrzostwo, jednak najbardziej ekscytująco zapowiada się walka o lokatę numer cztery, premiowaną startem w eliminacjach Ligi Mistrzów. Kandydatów jest czterech, przyjrzyjmy się im bliżej w kolejności alfabetycznej.

Aston Villa

Szczerze mówiąc, po przegranej w fatalnym stylu szansie na Champions League w sezonie ubiegłym i sprzedaży Garetha Berry’ego, myślałem że z Aston Villi ujdzie powietrze. Nic bardziej mylnego. The Villans znów prezentują się świetnie i ogólnego obrazu nie mogą przysłonić dwie kolejne porażki z Arsenalem oraz Liverpoolem. Stan Collymore ściągnięcie latem przez Martina O’Neilla trójki obrońców: James Collinsa, Richarda Dunne’a oraz Stephana Warnocka nazwał „najlepszą menedżerską decyzją roku”. Rzeczywiście, trudno się przyczepić do gry obronnej Villi, tym bardziej, że kiedy defensorzy nawalają, na posterunku niemal zawsze jest fenomenalny Brad Friedel. Lecz nie obrona, a skrzydła z Ashley’em Youngiem, rewelacyjnym w ostatni czasie Jamesem Milnerem i byłym graczem Middlesbrough Stewertem Downingiem są najmocniejszą stroną The Villans. Martin O’Neill ma największy luksus w całej lidze przy szukaniu bocznych pomocników na dany mecz.

Dzięki powrotowi Downinga do gry po kontuzji, niezastąpiony w odbiorze piłki, Stiliyan Petrov zyskał kreatywnego partnera w środku pola, jakim staje się Milner. Tego Villi po stracie Barry’ego brakowało, gdyż Sidwell nie spełnia pokładanych w nim nadziei, Reo Cooker wykazuje raczej predyspozycje destrukcyjne, a Delph ma jeszcze czas. Agbonlahora, który w iście sprinterskim tempie startuje do zgrywanych głową przez, czy to Carew czy Heskey’a piłek, reklamować nie trzeba. Ponadto warto dodać, że rywale AV zgrzytają zębami ze strachu, gdy przychodzi im się bronić przed centrami ze stałych fragmentów gry. To prawie pewne zagrożenie, a najdobitniej o potędze tego elementu przekonali się piłkarze samej Chelsea Londyn, skarceni dwukrotnie, przez Dunne’a i Collinsa. Co może Villi odebrać czwarte miejsce ? To samo co przed rokiem, czyli przemęczenie spowodowane prawdopodobnie głównie tym, że O’Neill, skądinąd świetny fachowiec, nie znosi rotacji w składzie, a takowe czasem bywają nieodzowne. Również kondycja psychiczna po przegranej z Liverpoolem stoi pod znakiem zapytania. Stopień pecha gospodarzy w tym meczu był równy jego ciężarowi gatunkowemu…

Liverpool FC

Nad LFC naturalnie nie będę się długo rozwodził, bo dopiero to robiłem. Koń jaki jest, każdy widzi, acz niemożliwym wydaje się by Liverpool grał tak słabo do końca rozgrywek jak przez minione 4,5 miesiąca. W wyścigu o tzw. małe mistrzostwo Anglii, kluczową rolę może odegrać psychika, tutaj doświadczenie powinno zadziałać na korzyść The Reds. Wygląda na to, że Gerrard i Torres nareszcie uporali się z problemami zdrowotnymi, zatem wkrótce powinni wrócić do optymalnej formy (gol Hiszpana na Villa Park nie zmienia faktu, że zaliczył słabe zawody). Z kolei nieźle wtorkowy mecz zaczął Alberto Aquillani, co prawda im dalej w las tym było gorzej, ale na to zapewne swój wpływ miało to, iż Włoch nie przepracował okresu przygotowawczego, niedawno wracając do pełnej dyspozycji. Może to zwiastun tego, że jednak drzemią w nim jakieś większe możliwości ? Oczywiście nie na miarę 20 milionów funtów.

Może, może, wszystko może. Cóż, w przypadku zespołu z Anfield Road doszukując się pozytywów w bieżącym sezonie, należy opierać się na hipotezach, bo na razie dobrych rzeczy najzwyczajniej nie widać. Samo z siebie nic nie przyjdzie, Liverpool po prostu musi zacząć grać tak, jak nakazuje renoma 18-krotnego mistrza Anglii. Magią nazwy czwartej pozycji nie zdobędzie, a spisuje się dotychczas najgorzej i prezentuje najgorszą piłkę z czwórki aspirantów.

Manchester City

Szeroka kadra to na pewno jest coś, co przemawia na korzyść Manchesteru. Tylko że ta kadra od niedawna ze sobą współpracuje i o ile w ataku wykorzystanie potencjału idzie jako tako w parze z gotówką przeznaczoną na transfery, o tyle w obronie sytuacja nie wygląda tak różowo. Przez błędy w defensywie drużyna zremisowała siedem meczów z rzędu, a przypomnijmy że w ciągu ostatniego roku drużynę z Eastlands wzmocnili tacy zawodnicy jak Kolo Toure, Joleon Lescott czy Wayne Bridge, co więcej mimo wielu straconych goli Shay Given jest człowiekiem do którego nie można mieć najmniejszych pretensji, prędzej ratuje swój zespół aniżeli wpędza w kłopoty. Na przykładzie The Citizens widać, że ciągłość w budowaniu drużyny to bardzo ważna sprawa w piłce. Jak łatwo było zgadnąć stabilizacji arabscy właściciele sprzyjać nie zamierzają i już zwolnili Marka Hughes, mimo że ten spełniał powierzone zadanie, zajmując szóste miejsce, a pierwsza szóstka miała być celem na ten sezon. Roberto Mancini wystartował znakomicie, od dwóch wiktorii, co istotne z czystym kontem po stronie strat. Ale Stoke grające na wyjeździe i Wolves są rywalami nad którymi zwycięstwo teoretycznie powinno być formalnością dla czołowych ekip ligi angielskiej. Poza tym Hughes, jak zakończył pracę trzema spotkaniami pod rząd, w których jego podopieczni tracili trzy bramki, tak zaczął rozgrywki od trzech spotkań na zero z tyłu.

Osobiście nie jestem zbytnio przekonany do warsztatu Manciniego, odnosił sukcesy we Włoszech z Interem, ale wiadomo jaka stała się liga na Półwyspie Apenińskim od czasu słynnej afery calciopoli, wcześniej nie szło mu tak dobrze. Zresztą zaczął od bardzo niefortunnego ruchu, sadzając na ławce Bellamy’ego kosztem człapiącego po murawie Robinho, na szczęście dwa dni później się z tego wycofał. Zobaczymy czy moje słowa zweryfikuje dalszy przebieg sezonu, bo City równa się największa presja w Europie obok Realu Madryt, City równa się zagadka, City równa się gra na wariackich papierach. Daję im najmniejsze szanse na lokatę tuż za podium.

Tottenham Hotspur

Zawodnicy Tottenhamu we wspaniałym stylu spuentowali 50 meczów Harry’ego Redknappa w roli ich szkoleniowca, odnosząc 25 zwycięstwo w meczu z West Hamem. Młoty 20 grudnia potrafiły urwać 2 punkty Chelsea, by osiem dni później nie istnieć w starciu z Kogutami. Redknappowi wychodzi wszystko. Pod jego batutą Spurs rozmachem z jakim konstruują akcję doganiają niedoścignionego wydawałoby się w tej materii, znienawidzonego sąsiada z Emirates Stadium. Aaron Lennon z najbardziej irytującego zawodnika całej Premier League, szybszego od wiatru, typowego jeźdźca bez głowy przepoczwarzył się w równie dynamicznego, z tym że całkiem myślącego skrzydłowego. To w połączeniu z życiową formą, będącego w osobliwej symbiozie z Redknappem, Defoe, które nareszcie w stu procentach wykorzystuje swą niesłychanie sprawną i dobrze ułożoną stopę sprawia, iż obrońcy przeciwników Tottenhamu zapominają imion gdy Koguty atakują. Londyńczycy nie mają na chwile obecną słabych punktów, nawet Heurelho Gomes stał się pewniejszy, a na Craven Cottage koledzy mogli postawić mu duże piwo za bezbramkowy remis. Corluka i Assou-Ekotto grają tak dobrze ostatnio, że podchodzą pod czołówkę bocznych obrońców w Premiership. Na kogo by Harry „Houdini” z kwartetu: Dawson, King, Bassong, Woodgate nie postawił na środku obrony, jest spokojny o solidność, no bo trzy stracone bramki w meczach z United, Chelsea i Arsenalem możemy wybaczyć. Nareszcie pomoc. Po krótkich perturbacjach wykrystalizował się duet środkowych pomocników, czyli Wilson Palacios oraz Tom Huddlestone. Ten pierwszy jest silny fizycznie, doskonale wykonuje czarną robotę, potrafi także pożytecznie rozrzucić grę do boku.

Zaś oglądanie gracji i precyzji z jaką rozgrywa oraz strzela z dalszej odległości ten drugi stanowi prawdziwą ucztę dla oczu. Kiedy nadejdzie ten tragiczny moment i Paul Scholes zawiesi buty na kołku, widok Huddlestone będzie mi przypominał o rudowłosym pomocniku. Dobrym posunięciem Redknappa było ustawienie Luki Modrica bliżej linii bocznej, choć na pozór zdawało się, że Chorwat musi grać na pozycji playmakera. To sprzyja arytmii gry, ponieważ kiedy Huddlestone chce przyśpieszyć tempo akcji do 100 km/h posyła crossa na prawo do Lennona, z kolei gdy Anglik uważa że czas wykorzystać osobnika o brylantowej technice i z rzadko spotykaną inteligencją boiskową, piłka jest adresowana na lewą stronę do Modrica.

To nie koniec plusów przy nazwisku Harry’ego Redknappa. Otóż sędziwy przedstawiciel krytykowanej angielskiej myśli szkoleniowej wykazał się nie lada wyczuciem powiększając chorwacką kolonię na White Hart Lane o byłego podopiecznego z Portsmouth, Niko Krancjara, który na południu Anglii nie brylował czego od niego oczekiwano, a w Londynie nadspodziewanie dobrze zastąpił cierpiącego na uraz przez kilka miesięcy Modrica. Redknapp nie miał skrupułów przed odstawieniem na boczny tor znajdującego się w dołku od czasu nieudanego pobytu w Liverpoolu Robbiego Keane’a, kosztem Petera Croucha i zebrał pierwszy plon w postaci owocnej współpracy wysokiego Anglika z Defoe w meczu z Man City.HR musi jeszcze wpoić swoim zawodnikom, że w Premier League trzeba zachować pełną koncentracje nawet w konfrontacjach ze Stoke czy Wolverhampton u siebie, a naprawdę ciężko będzie zatrzymać Koguty w marszu ku bramom raju.

Czy ktoś jeszcze ma prawo włączyć się do tej frapującej walki ? Odpowiedź jest krótka i brzmi – nie. Birmingham „1:0” City nie utrzyma tempa jakie samo sobie narzuciło, nie ma takiej możliwości. Zaś dla zdziesiątkowanego przez odejście Lescotta i kontuzje kluczowych graczy jak Jagielka, P.Neville i nade wszystko Arteta, Evertonu jest już chyba za późno. Innych drużyn nie ma co brać pod uwagę.

Jedno jest pewne – bez względu na końcowy układ tabeli, mit Big Four runął w tym sezonie.

Autor: Daniel „Danny93” Cieślik

Przewiń na górę strony