Nie przegap
Strona główna / Zawodnicy / He’s not a man. He’s Cantona.

He’s not a man. He’s Cantona.

He's not a man. He's Cantona.
Są tacy piłkarze w niebie i na ziemi, o których się nie śniło kibicom. Na pewno jednym z nich jest King Eric. Pierwszy Francuz, którego pokochali Anglicy (bądź kolejny, którego znienawidzili). Kibice United go uwielbiali. Fani innych klubów go nie znosili. Za bezkompromisowość, szczerość, nonszalancję, bezpośredniość. Za jego charakter.

»Podyskutuj na forum: Legendy klubu z Old Trafford

Każdy, kto mało słyszał o bohaterze tego wpisu (są tacy?) powinien bezzwłocznie przeczytać tekst z serii „Legend” traktujący o francuskim geniuszu autorstwa mojej redakcyjnej koleżanki, Kasi.

Pisząc ten tekst, nadal jestem poruszony filmem „Looking for Eric” (który de facto obejrzałem ponad tydzień temu). Każdego, kto nie widział tego niezłego dzieła zapraszam do tekstu LooKING for ERIC – recenzja, gdzie możecie znaleźć linki do pobrania tego filmu.

Eric Cantona

Film opowiada o życiu Erica Bishopa – listonosza z Manchesteru, któremu życie wymknęło się spod kontroli. Bohater filmu tęskni za Lily – swoją wielką i jedyną prawdziwą miłością. W chwili największego zwątpienia i depresji z pomocą Ericowi przychodzi jego największy idol – Cantona. Dzieło Kena Loacha pokazuje, jak ważną osobą dla kibiców Manchesteru United jest Cantona. Przy okazji poznajemy nieco bliżej naszego idola rodem z Francji.

If you don’t trust your teammates you’re lost

Święte słowa. Jeśli nie ufasz swoim przyjaciołom, doznasz porażki. Zarówno w życiu jak i na boisku. Zaufanie to podstawa sukcesu.

Sir Alex Ferguson, sprowadzając Cantonę, zaryzykował, ale również zaufał. Francuz był uosobieniem kłopotów. W każdym dotychczasowym klubie kłócił się z trenerami, kibicami, kolegami z zespołu. Fergie na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że kupno Cantony może zepsuć atmosferę w zespole i zakłócić proces budowania drużyny, która miała po 26 latach wygrać Mistrzostwo Anglii. Cantona spłacił dług zaufania w bramkach i cudownej grze, którą oczarowywał kibiców. Opłaciło się. Głównie dzięki Cantonie Czerwone Diabły znów mogły siebie nazywać mistrzami Anglii.

Zdecydowanie niełatwo jest obdarzyć kogoś zaufaniem. W tym kontekście imponuje mi myśl szkoleniowa Arsene Wegnera.

W Anglii ludzie myślą, że wszystkie problemy rozwiązuje się, kupując zawodników. Dla mnie najważniejsza jest jednak ciężka praca i zaufanie do piłkarzy, którymi dysponuję.

Arsenal wydaje bardzo mało, a od kilku lat zajmuje miejsca w pierwszej czwórce. W tym sezonie pomimo braku wielkich i spektakularnych transferów „Kanonierzy” znów grają, aż miło popatrzeć i zdecydowanie będą się liczyli w walce o mistrzostwo.

It was a pass

Cantona kochał zaskakiwać. Trenera, kolegów z zespołu, kibiców. Zdobywał bramki niesamowicie piękne, ale i ważne. Jednak wielokrotnie pokazywał też, jak ważne jest dla niego dobro drużyny. Ważniejsze od własnych osiągnięć i korzyści.

Zauważyliście kiedyś, jak wiele radości sprawiało Cantonie podawanie i rozgrywanie? Zagrywając fantastyczną piłkę między kilku rywali (i tym samym otwierając drogę do bramki koledze z zespołu), był niesamowicie szczęśliwy.

Oglądając pewny dokument, pokazujący wszystkie bramki Ryana Giggsa z kariery zauważyłem coś ciekawego. Spora część akcji, po których gole zdobywał Walijczyk zaczynała się właśnie od Cantony. Rozprowadzał akcję, dryblował, a następnie cudownym prostopadłym podaniem wypuszczał Gigga, który wykorzystywał jego zagranie i strzelał bramkę.

Czy ktoś dalej uważa, że minusem Berbatova jest ciągłe cofanie się do połowy? Bułgar, podobnie jak Cantona, ma taki styl gry. Bierze się za rozgrywanie, zaskakuje podaniami. Być może jest to mniej efektowne niż szybki rajd z piłką czy kilka zwodów – ale często bardziej efektywne.

Śmiem twierdzić, że Ericowi wspaniała asysta dawała więcej radości niż bramka. No chyba, że taka bramka:

I’m not a man. I’m Cantona

Pf, to tylko piłkarz, można by rzec. Zagrał parę sezonów, strzelił kilka bramek i robi się z niego wielką gwiazdę. Nic z tych rzeczy. Eric był kimś więcej, niż tylko piłkarzem. Miał niebanalny wpływ na zespół. Charyzma Cantony przenosiła się na całą drużynę i dodatkowo ją mobilizowała.

Pozwolę sobie przytoczyć cytat z książki „Managing my life. My autobiography” sir Aleksa Fergusona [tłumaczenia Kornela Kasprowicza]:

Dwa dni po sprowadzeniu Cantony były wprost nieprawdopodobne, do tego towarzyszyło im tak ogromne zainteresowanie prasy […] Niestety nie udało nam się zarejestrować Cantony jako naszego zawodnika przed sobotnim meczem z Arsenalem, mimo to pojechał z nami do Londynu.

Gdy w samo południe drużyna stawiła się na przedmeczowy lunch, Eric i Brian jeszcze nie wrócili z ćwiczeń. Do reszty piłkarzy dołączyli dopiero 20 minut po dwunastej i gdy tylko Eric poszedł usiąść z kolegami, od razu zapytałem Kidda jak mu poszło. Brian odpowiedział, że Cantona wspaniale pracował na treningu, a gdy opowiedział mi o wszystkim ze szczegółami, przypomniałem sobie słowa Gerrarda Houlliera: ”Cantona bardzo lubi trenować, a do tego musi ćwiczyć intensywnie”. Pomyślałem, że w tym kontekście trafił do właściwego klubu.

Gdy wróciliśmy do Manchesteru […] z niecierpliwością szedłem na poniedziałkowy trening, by osobiście przekonać się jak Cantona sobie poradzi. Nie byłem rozczarowany. Bez problemów wkomponował się w nasz program ćwiczeń, jednak dopiero pod koniec sesji tak naprawdę mi zaimponował. Podczas gdy jego koledzy schodzili z murawy The Cliff, Eric podszedł do mnie i zapytał czy mogę mu wyznaczyć dwóch zawodników do pomocy.
– Po co? – zapytałem.
– Żeby poćwiczyć – odpowiedział krótko. Kompletnie mnie zaskoczył. To raczej nie była typowa prośba. […] Oczywiście z wielką przyjemnością spełniłem prośbę Cantony.

Pod koniec sesji treningowej następnego dnia, niektórzy piłkarze zostawali po zajęciach, by dołączyć do ćwiczeń z Cantoną i od tamtej pory stało się to regularnym punktem naszego programu treningowego. Wielu ludzi twierdziło, że Cantona był swoistym katalizatorem, który miał bezpośredni wpływ na nasze sukcesy. Jednak nic, czego dokonywał podczas meczów, nie znaczyło więcej niż sposób, w jaki dał mi do zrozumienia, że ćwiczenia są rzeczą absolutnie niezbędną. W końcu praktyka czyni mistrza.

Niesamowite, nieprawdaż?

Wyobraźcie sobie, jak ogromny wpływ na swoich kolegów z zespołu miał Cantona. Jednym krzyknięciem potrafił wywołać w zespole ducha walki, wyzwolić w swoich kolegach jeszcze więcej energii.

From your balls. Non!

Powyższy tekst był jedynie zlepkiem myśli (może nieco nieuporządkowanych) i miał na celu zwrócenie uwagi na pewne problemy. Być może traktuje o wszystkim i o niczym, ale niech będzie on kontynuacją recenzji filmu „Looking for Eric”.

Serdecznie zachęcam do obejrzenia całego filmu o Cantonie.

Czyż świat nie byłby o wiele ciekawszy i lepszy, gdyby ludzie byli tak charyzmatyczni, szczerzy i odważni jak Francuz? Może nieco zalatuje tutaj fanatyzmem kantonijskim (ślepa i bezkrytyczna wiara w słuszność poglądów największego piłkarza wszechczasów*). Choć jak podaje polska wikipedia, między fanem a fanatykiem istnieje cienka granica. Różnica między nimi jest taka, iż pomimo ogromnego zainteresowania daną sprawą, zachowanie fanatyka pogwałca normy społeczne, a fana – nie. Skoro „fanatyk” ma wydźwięk pejoratywny, zostańmy więc przy tym, że jestem fanem Manchesteru United.

Wyprostowany z wypiętą piersią i postawionym kołnierzem, sunął po boisku tak, jakby był jego właścicielem. Czynił to na każdym stadionie, ale nigdzie bardziej efektownie, niż na Old Trafford. To była jego scena. On to kochał, a tłum kochał jego.
Roy Keane

* Érica Cantony, rzecz jasna

Przewiń na górę strony