Nie przegap
Strona główna / Liga Mistrzów / Obronimy! I tylko Chelsea, tylko Chelsea żal!

Obronimy! I tylko Chelsea, tylko Chelsea żal!

Obronimy! I tylko Chelsea, tylko Chelsea żal!
Do końca nie mogłem zdecydować się na tytuł dzisiejszego tekstu, postawiłem więc na rozpustę i dałem aż dwa (zaczynamy wprowadzać na Redlogu saskie obyczaje – wczoraj trzy teksty, dzisiaj dwa tytuły…). Bo nie wiem, czy bardziej cieszyć się, że w finale zagramy z Barceloną, której magia jest warta tyle, co pokonane przy jej pomocy hiszpańskie średniaki, czy martwić się, że nie uświadczę w finale epickiego pojedynku Ferguson – Hiddink.

Przed wczorajszym meczem większość kibiców bajała niestworzone historie o tym, jak to piłkarze Barcelony biegając tyłem i z zawiązanymi oczami zdobędą Stamford Bridge. Zapomnieli wtedy, że ta sama Barcelona na swoim własnym stadionie nie miała absolutnie żadnych argumentów przeciwko drużynie Guusa Hiddinka. Chelsea to dla Blaugrany rywal najgorszy z możliwych – silny, szybki, cierpliwy, konsekwentny, a przede wszystkim elastyczny. To nie to samo, co monokulturowa uprawa hurraoptymizmu praktykowana na hiszpańskiej ziemi od pokoleń. To katorżnicza praca, która w bezpośrednim starciu z beztroską i kompletnym brakiem jakichkolwiek alternatyw dla jedynego wypracowanego stylu gry jest po prostu bardziej efektywna. Choć tym razem stało się niestety inaczej i Chelsea przegrała sobie finał bardziej, niż Barca go sobie wygrała.

Nie będę się tu rozwodził nad poziomem sędziowania, ani innym czynnikom zewnętrznym i wewnętrznym, które sprawiły, że rzymski finał będzie odznaczał się największym dualizmem ze wszystkich poprzednich zamiast bliźniactwem (przynajmniej boiskowym) dwóch angielskich gigantów. Nie moja to sprawa, a o wszelkich argumentach typu „Byliśmy lepsi, powinniśmy wygrać” napisała już moja redakcyjna i szkolna koleżanka Ola Paprot w swoim tekście: Co mnie wkurza w kibicach?. Skoncentruję się li tylko na konsekwencjach takiego obrotu spraw – jednej szczęśliwej, a drugiej wręcz przeciwnie.

Abidal, Marquez, Alves – łączą ich trzy rzeczy. Wszyscy grają w Barcelonie, wszyscy są jej podstawowymi obrońcami i wszyscy obejrzą finał Ligi Mistrzów z poziomu trybuny VIP-owskiej. Oznacza to, że formacja defensywna, która i tak jest najsłabszą w składzie Blaugrany w finale będzie mocno przetrzebiona. A to oznacza, że ofensywny tercet (na Barcę widzę podobny skład, jak w pierwszym meczu z Arsenalem) Rooney – Ronaldo – Berbatow (tak jak wielu z Was wolałbym raczej Teveza, który by ich przepchał i zabiegał) będzie miał skrajnie ułatwione zadanie. Jedynym naprawdę solidnym obrońcą w tym zestawieniu jest Carles Puyol, który wciąż zmaga się z kontuzją i przed finałem będzie nieco bardziej wrażliwy na urazy (co oznacza, że również może do niego nie dotrwać). Wielokrotnie już to pisałem, ale nie zaszkodzi powtórzenie mojego ulubionego frazesu dnia wczorajszego: Jak Kryśka z Waynem wbiegną między obrońców Barcy, to powkręcają ich w ziemię, aż miło.

Myślę, że po tym, co zobaczyliśmy w półfinałach i po wykluczeniu trzech podstawowych obrońców Barcy to United będą faworytami. I nie przeszkodzą temu wszystkie frazesy sezonowców/fanów (niepotrzebne skreślić i nie pytać, czemu skreślono słowo „fani”) magicznej/niesamowitej/zjawiskowej (znowu proszę o dokonanie brutalnego rytuału wykreślenia i nie pytanie, czemu większość z Was wszystkie te przymiotniki by oszczędziła) Barcelony. Angielska piłka przeżywa swój złoty okres, natomiast w Hiszpanii widać wyraźny regres oraz rozwarstwienie pomiędzy elitą a pionkami, które w niebezpieczny sposób zbliża się do modelu szkockiego, gdzie już w sierpniu wiadomo o tym, że tytuł mistrzowski zostanie w Glasgow.

Dobrze, że trafiliśmy na Barcelonę, bo przed meczem będę spokojniejszy. Nie wierzę w dogrywkę i karne. Moim zdaniem mecz rozstrzygnie się w regulaminowym czasie gry i podejrzewam, że skończy się pewnym (od 2 bramek różnicy w górę) zwycięstwem United, które połączy kreatywność w ataku z wytrwałością i konsekwencją w obronie. Guardiola wygląda przy Fergusonie dość zabawnie, musimy przyznać i choć cuda się zdarzają, to nie warto w nie wierzyć. Zwłaszcza, jeśli już ich limit wyczerpany został w półfinałowym pojedynku z The Blues. Stąd pierwszy dzisiejszy tytuł: Obronimy! Bo wierzę, że jesteśmy o krok bliżej tytułu niż Barca. Albo przynajmniej mamy dłuższe nogi.

Drugi tytuł dzisiejszego tekstu to wyraz mojej solidarności (w żadnych bogów nie wierzę, więc Wy świadkami – użyłem tego słowa!) z kibicami Chelsea FC. Szkoda mi ich, bo Ci biedacy naprawdę od kilku (wielu to jednak wciąż za duże słowo w odniesieniu do polskiego grona kibiców, przykro mi) lat wierzą w swój zespół i wyczekują wymarzonego Pucharu Mistrzów. Rok w rok są niezwykle blisko tego celu i rok w rok jakieś nieszczęście burzy ich pieczołowicie ukształtowane marzenia. A to kontrowersyjna bramka Liverpoolu, a to mokra murawa na Łużnikach, a to sędzia i szczęśliwy gol Iniesty (pierwszy celny strzał Barcy w meczu!). A przecież Romek jasno mówi od 2003 roku – Liga Mistrzów priorytetem. I jakoś nigdy się nie udało.

Poza tym, żałuję utracenia jedynej w historii możliwości obejrzenia starcia prawdziwych tytanów, chyba dwóch najlepszych szkoleniowców globu – Fergusona i Hiddinka. Ci faceci są jedynymi aktywnymi trenerami, którzy zdobyli w swojej karierze europejskie The Treble (Guus w 1988, Alex w 1999). Dwaj wyśmienici szkoleniowcy, których kariery mogą stać się niezłym materiałem dla przemysłu literackiego lub filmowego. Ich nazwiska stanowią integralną część historii futbolu nie tylko ich czasów, lecz także od początków tej dyscypliny. Ci faceci już dawno przeszli do historii. I teraz, kiedy ich kariery są bliżej końca niż dalej mogliby wreszcie spotkać się w bezpośrednim starciu w Wiecznym Mieście w finale najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek globu. Jeden mecz, 90min, bez rozkładania sił na kolejne spotkania, bez rewanżu – czyste, surowe piękno futbolu. Czy to nie byłoby epickie? Na wskroś epickie? Homer mógłby się uczyć z tej sytuacji. To byłby pojedynek Achillesa z Hektorem, dwóch herosów stojących po przeciwnych stronach barykady, którzy w innych okolicznościach pewnie chętnie stanęli by ramię w ramię, a nie pierś w pierś.

Zamiast tego otrzymamy pojedynek Dawida z Goliatem. Jest to ładna przypowieść, ale co najmniej naiwna. I mało atrakcyjna dla widza. Szkoda. Wielka szkoda.

Przewiń na górę strony