Nie przegap
Strona główna / Offtopic / Wrzuć monetę…

Wrzuć monetę…

Wrzuć monetę
Zwieńczeniem sezonu 2007/2008 dla Manchesteru United był majowy finał Ligi Mistrzów na moskiewskich Łużnikach. Z trzydziestu dwóch zespołów, które to we wrześniu stanęły naprzeciwko siebie, została zaledwie dwójka tych, którzy mieli wystarczająco dużo siły i umiejętności, by znaleźć się na finiszu. Chelsea, której za sterami José Mourinho udało się dojść co najwyżej do półfinałów tych elitarnych, europejskich rozgrywek, za panowania Granta dokonuje rzeczy długo przez sympatyków The Blues oczekiwanej – znajduje się w finałowej potyczce o najcenniejszy europejski puchar. Dwie angielskie drużyny. Drużyny, które prócz determinacji oraz grona utalentowanych i głodnych sukcesu piłkarzy, mają jeszcze dosyć grubo wypchane portfele. I w zasadzie to wystarczy…

Posiadanie pewnej świadomości nie jest jednoznaczne z akceptacją. Warto kiedyś na chwilę się zatrzymać i zadać sobie pytanie: czy ja, jako kibic, jestem w stanie uświadomić sobie, że sport który pokochałem, staje się wielkim, drogim marketem, a stojące na jego półkach produkty zdają się być coraz bardziej zachwalane, choć tak naprawdę na zachwyt i szczególny podziw nie zasługują. Jeżeli tak – czy to akceptuję? Wraz z rozwojem futbolu obserwuję także jego komercjalizację, co – nie ukrywam – wzbudza we mnie pewien niepokój oraz strach. Gdy kilka lat temu mówiono, że w wybranym zespole pragnie się zostać dopóty, dopóki pozwoli zdrowie (lub władze klubu), przyjmowano to ze szczerym uśmiechem na twarzy. Dziś prócz uśmiechu, dodajemy że mamy do czynienia z cudem.

Piłka nożna z dnia na dzień ma coraz mniej wspólnego ze sportem. Prawda czy fałsz? Biznes, który rozkwita nie tylko przecież na moich oczach, wydaje się być największym jak dotąd zjawiskiem porzucenia dawnych, obowiązujących reguł oraz jako takiego stylu bycia, i zastąpienia go pieniędzmi. Przeogromne sumy, które przewracają się w kontach bankowych działaczy, a także wszystkich powiązanych z piłką kopaną ludzi, już dawno przestały przypominać coś pospolitego. Wielkie, cuchnące monstrum pożera piękno, które z pewnością w futbolu istnieje.

Zaczynasz dostrzegać coś złego, gdy widzisz, jak siedemnasto- czy osiemnastolatkowie zgarniają potężne pieniądze za cotygodniowe usługi, a trenerzy oraz menedżerowie prześcigają się w oferowaniu różnorakiej maści kontraktów i umów, które mają na celu nie tylko zapewnienie wygody, ale także odpowiedniej promocji. Pewnego rodzaju kopanie dołka pod samym sobą. Wyobraźmy sobie, że podczas okna transferowego, mamy do czynienia z tandetną i mało sensoryczną reklamą. Teoretycznie każdy producent mógłby wpuścić na rynek – dajmy na to – maszynkę do golenia, która zawierałaby w sobie wszystkie możliwe udogodnienia i szczegóły. Praktycznie jednak, wykona on kilkaset modeli i każdy udoskonalał będzie jednym elementem. Z pewnością zarobi więcej, a nam wmówi, że tydzień temu ukazał się model najbardziej dopracowany, by w kolejnym powiedzieć: „ale teraz jest jeszcze lepszy”.

Tak samo jak przeraża mnie ludzka naiwność odnośnie telewizyjnej propagandy, tak i reklama piłkarska staje się coraz większym źródłem obrzydzenia. Kiedy pierwszy raz wejdziesz na murawę – wszyscy obserwują, czy nie trzeba będzie składać reklamacji. Gdy poznają się na tobie, chcą dostać rabat. Kiedy podajesz do idealnie ustawionego partnera, a wiatr przypadkiem kieruje futbolówkę do bramki przeciwnika, jesteś wyceniany na kilkadziesiąt milionów euro i bije się o ciebie pół piłkarskiego świata. Biznes ten kręci się w zastraszająco szybkim tempie.

Pieniądze, o których w przeszłości można było jedynie pomarzyć, teraz stają się w futbolu czymś oczywistym. Jeżeli wierzyć informacjom z Old Trafford, po wykonaniu prostego działania wiemy, że średnia pensja, którą do domu zabiera piłkarz Czerwonych Diabłów po roku reprezentowania ich barw, jest bliska trzem milionom ośmiuset tysiącom funtów. (Dokładnie rzecz ujmując: 3 mln 781 tys.; ok. 121 milionów funtów przeznaczonych na kontrakty w sezonie 2008/2009). 10,5 tysiąca funtów – średnio to właśnie tyle żąda jeden piłkarz za pojawienie się na płycie boiska. Jakby na sprawę nie patrzeć – mamy do czynienia z wielkimi sumami, co coraz bardziej pozwala nam zapominać o magii panującej w sporcie. Czy może więc istnieć futbol bez pieniędzy? Czysta miłość, za którą jak wiemy – płacić nie trzeba?

Ronaldinho Gaúcho, który swoją przygodę z zawodowym futbolem rozpoczynał w brazylijskim Grêmio Porto Alegre, w 2002 roku – kiedy to jeszcze reprezentował barwy Paris Saint Germain, został dostrzeżony między innymi przez skautów Manchesteru United. Sir Aleks Ferguson, który nigdy nie słynął ze zbytniej rozrzutności (jeżeli można tak nazwać operowanie milionami funtów na piłkarskim rynku), postanowił zakontraktować Brazylijczyka, będąc wciąż pod wrażeniem umiejętności, które prezentował chociażby na mundialu w Korei i Japonii. Moreira w ostatniej chwili wybrał jednak słoneczną Hiszpanię, a Paryż zamienił nie jak podejrzewano na Manchester, a Barcelonę. Można oczywiście nabąknąć o tym, iż działacze Blaugrany w swym kontrakcie przedstawili lepsze warunki. Warunki bardziej kuszące i wyjątkowo bezwonne, gdyż jak powszechnie wiadomo – pecunia non olet. Można, a nawet wypadałoby.

Piłkarsko świetny, niestety – także uzależniony, wciągnięty w nałóg. Kontrakty, bonusy i premie, a także wiele reklam i spotów z sylwetką najbardziej rozpoznawalnego zaraz po Davidzie Beckhamie piłkarza na świecie. Żądza pieniądza, i niech się dzieje co chce. Liczne występy w komercyjno-sportowych przedstawieniach, twarz reklamowa ogromu produktów, takich jak gumy do żucia, napoje, przegryzki; własna marka obuwia oraz szkoła; dobrze płatny interes i wizerunek Brazylijczyka w jednej z najpopularniejszych symulacji piłkarskich XXI wieku. Ogromne nominały, niezliczone umowy i niestety – ślady marketingowej ewolucji. Na zielonej murawie, a także poza nią – kolejny raz.

Wspomniany David Beckham, który zaobserwował ostatnio w świecie showbiznesu, że ludzie pragną pieniędzy wtedy, kiedy nagradzani są potężnymi zarobkami (im zarabiasz mniej, tym mniej jesteś łasy), teraz pochwalić się może wypłatą rzędu czterech polskich złotych… na sekundę. Medialność Anglika, który w barwach United występował od 1992 do 2003 roku, zdaje się być bardzo wysoka, żeby nie powiedzieć wprost – gigantyczna. Zawodnik, który dzięki silnemu rozgłosowi obecnie rozpoznawany jest w niemal każdym cywilizowanym zakątku świata, nie dmucha jeszcze (całe szczęście) w knot żarzącej się świeczki i postanawia zadbać nie tylko o wygody płynące z marketingu. Wyrażenie gotowości do gry w reprezentacji Synów Albionu, a także kontrakt z włoskim Milanem, zdają się potwierdzać powyższe słowa.

Kiedy podczas letniej przerwy w 2008 roku na City of Manchester Stadium zawitali arabscy biznesmeni i działacze, mało kto nie zastanawiał się, czy popularni The Citizens przypadkiem nie będą skutecznie upominali się o swoje zarówno w angielskiej Premier League jak i europejskich pucharach. Po kilku miesiącach rządów Mansoura bin Zayeda Al Nahyana w niebieskiej części Manchesteru, większość zgodnie i pewnie przyznała, że mając wokół siebie tylko pieniądze, niemożliwym jest stworzenie najlepszego klubu na Starym Kontynencie. Suma bliska piętnastu miliardom funtów, którymi dysponował 38-letni szejk miała przynieść nieoczekiwaną rewolucję, ale także wywołać spory szum i oburzenie. „Koniec wolności” jak krzyczały brytyjskie tabloidy. „Ludzki, zwierzęcy targ”. Brak wstydu i jakiegokolwiek opamiętania. Zaczęło przerażać znaczenie słowa pozyskiwanie. Kupno na zawołanie.

Czy jesteśmy jednak świadkami tego, że za pieniądze nie da się wykupić – dosłownie – wszystkiego? Robinho, który na swojej pierwszej konferencji prasowej w nowym zespole zdawał się być zupełnie zdezorientowany i z dumą przyznał, że jest zadowolony możliwością reprezentowania barw londyńskiej Chelsea, był pewnego rodzaju odskocznią od stwierdzenia, że wśród piłkarzy najwyżej klasy panuje raczej mały popyt na średniakoligowców. Zatem pojawia się kolejne światełko w długim i ciemnym tunelu. Skoro Al Nahyan ma olbrzymie trudności ze składaniem odpowiednich ofert, to tym bardziej powinni je mieć właściciele Queens Park Rangers, którzy dobytkiem pieniężnym dorównują samemu szejkowi, obecnie panującemu w północno-zachodniej części Anglii. Pieniądze są, wielkich sukcesów jak na razie nie widać. Awansu do pierwszej ligi również. (A źle byłoby dopiero wtedy, gdyby i to zostało wykupione).

Samo bycie dobrej myśli nie wystarczy. Piłka nożna jest już nieodłącznie powiązana z biznesem i prawdę powiedziawszy, trudno jest zrobić cokolwiek, co dałoby nam korzyści w postaci wyplenienia z futbolu wszystkich nieczystości i wszelkich zagrań, które powodują, że człowiek z dnia na dzień coraz bardziej traci wiarę w uczciwość, piękno a zarazem skromność tego sportu. Nie zawaham się i powiem, że monstrualne sumy miażdżą na naszych oczach sens jakiejkolwiek rywalizacji. Wszystko, co w niedalekiej przeszłości było rzeczą niezbadaną, teraz jest normą. Szedłeś po najmniejszej linii oporu, a czy dziś dostrzegasz granicę?

Daj 30 milionów euro. Tyle wystarczy. Gracz, który popisał się trzema bramkami w jednym spotkaniu w środku sezonu, z pewnością jest tyle wart. Jeżeli chcesz mieć kogoś bardziej wyrafinowanego, dogadamy się bez krzyku – 100 milionów nie powinno szokować ani tym bardziej zadziwiać. Kontrakt w granicach dziewięciu milionów za sezon. Zatrzymajmy się i zastanówmy. Przychodzi taki czas, w którym już sam wydźwięk wymienionych wartości sprawia, iż łapiemy się za głowę. Tak być powinno, bo wszystko zmierza nie w tym kierunku, co powinno. Z pewnością nie pociesza brak równowagi i jakiegokolwiek umiaru. Kto wie, być może już niedługo będziemy świadkami tego, jak największe europejskie kluby na stół wykładać będą po 150 milionów euro za szesnastoletnich bramkarzy, których po dwóch czy trzech nadzwyczajnych meczach prasa uznała za największe talenty od niepamiętnych czasów. (I co gorsza – o zgrozo – nikt nie będzie się tym przejmował). Szał może sięgnąć tak daleko, że ludzie zahipnotyzowani urokiem pieniądza przestaną się liczyć z jakimikolwiek zasadami, czego pierwsze ślady już dziś możemy dostrzec. Czy dobra matka kiedykolwiek zapomni o swoim dziecku? Wydaje mi się, że nie. Jednak miliardy na koncie co drugiego piłkarskiego działacza mogą sprawić (i sprawiają), że człowiek zapomni o granicy i zacznie niebezpiecznie zbliżać się do samego centrum paranoi, spowodowanej powolnym lecz skutecznym procesem niszczenia piłki nożnej. Zachowanie większości z nas być może przypominać będzie zachowanie wyginających się na wietrze chorągiewek. Uwierzymy temu, kto jest bogatszy.

Swój sprzeciw wobec narastającej komercjalizacji sportu i próby bezwstydnego wykupywania godności zdążył już dać zdobywca Złotej Piłki France Football z 2007 roku – Brazylijczyk Ricardo Kaká. Odrzucenie lukratywnego kontraktu oferowanego przez działaczy City był pierwszą – i miejmy nadzieję nie ostatnią – wielką negatywną odpowiedzią w stosunku do kultu pieniądza. Ten niestety ciągle trwa…

Już dawno zacząłem zastanawiać się nad owym społeczno-politycznym procesem. Zauważyłem pewną dość ciekawą i niepokojącą mnie rzecz. Mianowicie oglądając mecze piłkarskie, od blisko pół roku nie spotkałem się z sytuacją, w której komentatorzy nie wspomnieliby choć słowem na temat kontraktów, wypłat – no, długo by tu wymieniać – ogólnie: pieniędzy. Rozrost jest zbyt duży i potrafi zmartwić nawet największych optymistów. Meczów nie kupuje się już tylko w Polsce. Teraz obszarem dotkniętym tym smutnym problemem jest pół świata. Jesteś kimś, jeżeli potrafisz „przekonać” sędziego, żeby ten gwizdał tak, a nie inaczej w spotkaniu Mistrzostw Europy. Być może umiesz się też dogadać bezpośrednio z rywalem. Niewiele od tej umiejętności stoi umiejętność dokonania czegoś na Mistrzostwach Świata. Niewiele mniej jest zapewne także i płatna. Włochy niedawno także potrzebowały oczyszczenia, a to chyba nie przypadek, że kluby pokroju Interu, Fiorentiny, Milanu czy Juventusu (w samej tylko Italii!) poprzez władzę wyrażaną w ilości miejsc po przecinku potrafią zarządzać wszystkim. (Poczynając od rozkładu jazdy miejskich pociągów, na ustawianiu po kątach dyrektorów kończąc). Idąc tym tropem, można zapytać o to, jaki wpływ na organizację ME 2012 w Polsce i na Ukrainie miał Pan Surkis, ale dajmy sobie spokój. Chyba już przekonaliśmy się, że banknot, choć teoretycznie zniszczyć można, w praktyce jest nietykalny. (I wbrew obiegowej opinii – śmierdzi coraz bardziej). Poczekajmy jeszcze trochę, dajmy rozwinąć skrzydła biznesmenom z Arabii, Japonii, Rosji czy Tajlandii, a prócz obecnej już teraz pieniężnej gorączki i normalnie nienormalnych sum wydawanych na byle produkty, ujrzymy kupno w postaci niewyobrażalnie wielkiej. I nic jak tylko – na wzór z pewnego kabaretu – czytać będziemy o wynikach 25. kolejki Premier League, na kilka dni przed jej rozpoczęciem…

Autor: viroos

Przewiń na górę strony