Nie przegap
Strona główna / Ogólne / Co mnie wkurza w kibicach?

Co mnie wkurza w kibicach?

Co mnie wkurza w kibicach?
Posłuchajcie, kibicowska braci, bo to do was. Do nas. Do wszystkich, którzy kiedykolwiek brali udział w dyspucie na piłkarskie tematy, do każdego z osobna i do ogółu. Kiedy Jose Mourinho trenował mój klub, po wielokroć miałam okazję słyszeć zarzuty, że nasz ulubieniec po przegranym meczu zawsze wypowiada się w tonie „niekorzystny wynik jest rezultatem tego, że Chelsea miała pod słońce, pod wiatr, pod górę i pod prąd”, słowem – obwinia wszystko, tylko nie siebie i zawodników, których szkoli. Latami, cierpliwie przyjmowałam do wiadomości te – nie ukrywajmy – fakty, tylko po to, żeby chwilę później z waszych ust usłyszeć równie bezsensowne tłumaczenia i marudzenie, których absurdu zdajecie się nie dostrzegać.

Dziś jednak mówię dość. Dość mam tendencyjnych wypowiedzi kibiców i pozwolę sobie obalić kilka powszechnie pokutujących mitów i przekonań na temat tego czemu wy, biedacy, nie wygrywacie spotkań. W myśl powiedzenia, uderzam w stół, kto się odezwie – ten nożyce. Start:

1. Po co nam bramki, jeśli mamy poprzeczki i słupki?

Panowie i panie, zacznę od starej podwórkowej mądrości – każdy głupek trafia w słupek! I będę bronić tego przekonania tak długo, dopóki nie zmienią się przepisy, na przykład na takie, które zakładają, że poprzeczka liczy się jak dwa gole. Na chwilę obecną to, że ktoś ustrzelił słupek, jest dla mnie równoznaczne z faktem, że nie trafił w bramkę. Bramkę, która ma 2,44 metra wysokości i 7,32 metra szerokości. Litości, mi się zdarza strzelić gola na wfie, a mimo to nikt jakoś nie kwapi się z wystosowaniem wobec mnie propozycji wielomilionowego kontraktu.

Co więc mam rzec o piłkarzach, którzy kopią piłkę profesjonalnie i na co dzień, za pieniądze, jakich większość nas w swoim życiu nigdy nie zobaczy? Chciałabym powiedzieć, że mam prawo od nich wymagać, że po tym wszystkim będą zdolni oddać bardziej precyzyjny strzał na bramkę. Zamiast tego powiem, że zwyczajnie nie zamierzam ich chwalić za imponującą liczbę ustrzelonych słupków i poprzeczek. I ten apel stosuję też do was – nie chwalcie się. No bo czym tu się chwalić? Nieskutecznością?

2. Oni nie zasłużyli na zwycięstwo!

Zasłużyli. Jeśli tylko sędzia nie dopuścił się jakichś rażących zaniedbań, na skutek których przeciwnikom było znacznie łatwiej zdobyć 3 punkty niż wam, to w każdej – KAŻDEJ! – innej sytuacji zasłużyli. Nic mnie nie obchodzi fakt, że to wy posiadaliście piłkę przez 80% czasu (całkiem niedawno, pewien duży hiszpański klub miał trenera, który próbował wygrywać mecze posiadaniem piłki. Wedle wszelkich ustaleń, ów trener jest obecnie bezrobotny), ani że oddaliście dziesięć razy więcej strzałów na bramkę niż przeciwnicy. I śmiem podejrzewać, że w sytuacji, kiedy nie zdobędziecie mistrza, raczej nie wspomnicie tego spotkania ze słowami „ależ my wtedy zagraliśmy piękną piłkę!”. Zamiast tego może pomyślicie, że to była ta jedna porażka za dużo, która kosztowała was trofeum.

Reszta świata piłkarskiego zapomni o waszej wspaniałej, lecz nie zwieńczonej zwycięstwem, grze jeszcze szybciej. Posłużę się cytatem – piłka nożna to nie łyżwiarstwo figurowe, tu liczą się gole, nie wrażenia artystyczne. Jeśli oddajecie dwadzieścia strzałów w światło bramki w meczu, natomiast wasi rywale jeden, a spotkanie kończy się rezultatem 1:0 dla drużyny przeciwnej, oznacza to tylko tyle, że tamci są bez porównania skuteczniejsi od Was :)

W tym temacie muszę poruszyć jeszcze jedną kwestię, a mianowicie sytuację, w której mówicie, że ktoś nie zasłużył na wygranie całego sezonu, z tego tytułu, że nie miał konkurencji, bo pozostałe drużyny jak raz zgubiły formę, tak do końca roku jej nie odnalazły. Ależ w takiej sytuacji tym bardziej mistrzostwo jest zasłużone! Jeszcze mocniej należy docenić fakt, że ten jeden, jedyny klub był w stanie wytrzymać pełen sezon i nie złamać się jak cała reszta. Dużo bardziej wątpliwa jest sytuacja, kiedy kwestia tytułu rozstrzyga się w ostatniej kolejce. Ale nawet wtedy należy pamiętać, że w piłce nożnej – tu znowu posłużę się cytatem, tym razem naszego świętej pamięci mistrza – „chodzi o to, żeby strzelić jedną bramkę więcej od przeciwnika”…

3. Dlaczego osoba X nie wystąpiła w tym meczu?!

Ten punkt jest chyba moim ulubionym, ponieważ budzi najwięcej kontrowersji i mało kto tak naprawdę zauważa absurd tego typu pretensji kierowanych do trenera. Mi samej niejednokrotnie zdarzyło się marudzić, że Joe Cole za mało gra, że zamiast Kalou wychodzi Malouda, który w większości meczów odgrywa rolę dwunastego zawodnika przeciwnej drużyny, czy że nie dajemy szans młodzieży. Do czasu, gdy zaczęłam się zagłębiać w komentarze sfrustrowanych współkibiców mojego drugiego klubu – Valencii. W listopadzie ubiegłego roku dołączył do nas Thiago Carleto – ot, brazylijski przyszłościowy młodzian, z którym Nietoperze wiążą spore nadzieje z tego względu, że jaka jest nasza defensywa, każdy widzi. I zdolny chłopaczek mógłby przynajmniej częściowo rozwiązać odwieczny problem obrońców tak zwanych ofensywnych, czyli zdobywających bramki. Z reguły dla drużyny rywali. Carleto poczekał sobie na debiut do lutego i, jak można się domyślać, przez te cztery miesiące jego czysto wirtualnej obecności w klubie, pojawiały się liczne głosy pełne pretensji, czemu nasz najnowszy nabytek nie dostaje szans gry.

Aż któregoś pięknego spotkania ową szansę dostał, nie do końca tak, jak sobie zaplanował, bo przy okazji kontuzji innego gracza. Występu chłopak do udanych raczej zaliczyć nie może, w tym kibice Valencii są zgodni. Do tego stopnia zgodni, że jednym głosem skrytykowali jego umiejętności defensywne, wróżąc mu karierę co najwyżej w trampkarzach, nie zaś w tej tak zwanej trzeciej sile Hiszpanii. Do czego zmierzam? Otóż, panie i panowie, jeśli tylko trener waszej drużyny nie jest kompletnym idiotą, miejcie do niego zaufanie. To on widuje wasze gwiazdeczki codziennie na treningach, a co za tym idzie – jest lepiej predysponowany do oceny, czy jakiś zawodnik jest w stanie zagrać dobre spotkanie, niż wy, którzy oglądacie swoją drużynę góra dwa razy w tygodniu, w meczach, które trwają ledwo 90 minut. Rozumiem, że piłkarze byliby w lepszej formie, gdyby częściej występowali. Ale czy aby na pewno jesteście skłonni zaryzykować wyniki swojego klubu tylko po to, żeby jeden czy drugi zawodnik w końcu zaczął grać porządnie?

4. U was grają tylko pieniądze!

…bo Ronaldo z Rooneyem to występują charytatywnie i ku uciesze gawiedzi. Otóż nie. Ja wiem, bardzo fajnie jest móc powiedzieć, że moją drużynę zasilają same sprzedajne gwiazdeczki, podczas gdy do was przychodzą Prawdziwi Piłkarze, skuszeni nie zerami w kontrakcie, lecz możliwością gry we wspaniałym klubie z wielką tradycją i godną pozazdroszczenia historią. Tymczasem prawda leży pośrodku – wy, oczywiście, macie swojego Scholesa czy Giggsa, ale my z kolei mamy Lamparda i Terry’ego. I tak, jak u nas występował Robben, który wyszedł z założenia, że Realowi Madryt się nie odmawia, tak u was jednakowo postąpił Heinze, a i ulubieniec publiczności Ronaldo również coś przebąkiwał o tym, że klub robi z niego niewolnika (by w tydzień później ogłosić światu za pośrednictwem the Sun czy innego równie szanowanego tabloidu, że uważa Fergusona za swojego ojca.

Szkoda, że deklaracja ta padła z jego ust w momencie, kiedy klub zdecydowanie i definitywnie zablokował jego transfer do Królewskich). Przykłady, na przestrzeni dziejów, można by mnożyć. Zechciejcie więc zauważyć dwie sprawy – po pierwsze, ani my nie jesteśmy czarni, ani wy nie jesteście biali, a tak zwanych zdrajców można znaleźć w każdym klubie. Po drugie – czy aby na pewno „zdrajcy”? To my jesteśmy kibicami, przywiązanymi do jednych barw klubowych. Dla nich to praca zarobkowa. Są tacy, oczywiście, którym jedno miejsce pracy odpowiada przez piętnaście czy więcej lat kariery. Ale tak długo, jak w kontrakcie nie znajdzie się dopisek o konieczności wierności drużynie, do której się przychodzi, nie miejmy pretensji do tych, którzy po latach spędzonych w Chelsea czy United dochodzą do wniosku, że jednak marzy im się kariera w Hiszpanii lub Włoszech. Mają prawo.

5. Wygralibyśmy ten mecz, gdyby sędzia podyktował tego karnego!

Tu nawet nie będę zbytnio rozwijać tematu. Najzwyczajniej w świecie – powiedzcie proszę moim piłkarzom, że podyktowany karny równa się karnemu strzelonemu:) Gdybać można zawsze, tylko po co? I tak nie dowiemy się, co by było, gdyby.

6. Przegraliśmy, bo FA nas nie lubi i inne spiskowe teorie dziejów.

…głównie o korupcji, sprzedajnych sędziach, nieprzepisowych bramkach i niesłusznie podyktowanych karnych, za którymi stoi Wielka Mamona (co hojniej obdarzeni w dziedzinie wyobraźni mówią nawet o kupczeniu całymi trofeami). A także klechdy o bezwzględnych Działaczach oraz czystej i niewinnej Jedynej Słusznej Drużynie, która odważnie i niezłomnie, po mistrza szła, choć stopy krwawiły. Cóż, mamy pecha żyć w środowisku, w którym korupcja w świecie piłkarskim jest na porządku dziennym, ale to nie znaczy, że takie sytuacje są normą w każdym innym kraju. Fakt, poczynania sędziów angielskich są nieraz sprzeczne z jakąkolwiek logiką czy zdrowym rozsądkiem, ale miejcie na uwadze to, że arbiter też człowiek, w dodatku zmuszony do podejmowania decyzji błyskawicznie, często pod wielką presją. Nam łatwo mówić, że „tam był oczywisty karny”, bo my widzimy ujęcia z kilku różnych kamer, w dowolnym przybliżeniu i w zwolnionym tempie. Zresztą – wszystkim sfrustrowanym kibicom drużyn angielskich gorąco polecam ligę hiszpańską.

Nie bez kozery hiszpańscy sędziowie nazywani są najgorszymi na świecie. I zaufajcie mi, gdyby ktoś pokusił się o stwierdzenie, że absurdalne decyzje arbitrów na boiskach Primera Division są spowodowane korupcją, wyszłoby na to, że cała liga jest sprzedana, a interesy poszczególnych klubów wchodzą ze sobą w konflikt, i to bardzo, bo nie sposób dopatrzeć się jakiejkolwiek prawidłowości w działaniach sędziów, którzy nadużywają czerwonych kartek, dyktują dziwne karne i zauważają ofsajdy tam, gdzie ich nie ma, by po chwili machnąć ręką na kilkumetrowego spalonego ze słowami „chłopaki, gramy dalej”.

A co do FA – zgodzę się, że w tym sezonie instytucja ta dostarczyła wam kilku powodów, żeby myśleć, że faktycznie są przeciwko wam. Ale na przestrzeni dziejów ci sami kapryśni panowie zaleźli za skórę praktycznie każdemu kibicowi. Ja również pamiętam nasze bezskuteczne próby odwołania się od czerwonej kartki dla Ashleya Cole’a, mimo przedstawionych wyraźnych dowodów na to, że racja leży po naszej stronie. Wniosek z tego taki, że cóż, trzeba pogodzić się z niekompetencją działaczy FA, mając jednocześnie na uwadze fakt, że głupota nie zawsze jest podyktowana pieniędzmi.

7. Nowy trener lekiem na całe zło.

Was to może nie dotyczyć, nas – już jak najbardziej. Na wstępie chcę zaznaczyć, że przyjmuję do wiadomości, że są sytuacje, w których zmiana trenera staje się koniecznością. Jednak w większości przypadków problem z drużyną, której wyniki nie są satysfakcjonujące, sięga znacznie głębiej niż tylko do konfliktu na linii trener-zawodnicy, czy trener-zarząd, bądź trener-kibice, ewentualnie trener-reszta świata. Zmiana menedżera jest w takiej sytuacji tylko zabiegiem kosmetycznym, PR-owym zagraniem, które może załagodzić nastroje kibiców jedynie na krótką metę. Znowu oprę się na, wyświechtanym już nieco, przykładzie Valencii i jej poważnych problemów finansowych, sięgających tego stopnia, że piłkarze nie mogą być pewni, czy zostaną im wypłacone pensje. Ciężko w takich okolicznościach wymagać od nich fenomenalnej gry i równie dobrych wyników, z drugiej strony jednak równie ciężko pogodzić się z faktem, że drużyna, która jeszcze parę lat temu realnie aspirowała do mistrzostwa Hiszpanii, może w tym momencie być zwyczajnie za słaba nawet na miejsce w tabeli gwarantujące udział w Lidze Mistrzów.

W związku z powyższym, klub ten stosuje starą, sprawdzoną również przez Chelsea, taktykę „co sezon albo półtora nowy trener, może w końcu coś się zmieni na lepsze”. Efekt jest taki, że od czasów odejścia Beniteza, każdy kolejny menedżer był albo gorszy, albo przynajmniej równie zły, co jego poprzednik. Żaden nie zagrzał miejsca w klubie dłużej niż dwa lata, większość kończyła swoją przygodę z Valencią w ciągu roku. Każdy też był boleśnie krytykowany za swoją pracę, często w sposób absurdalny, bo gdy po odejściu Koemana, który próbował zarządzać drużyną żelazną ręką, i który jest obecnie prawdopodobnie najbardziej znienawidzoną osobą w klubie ze stolicy Lewantu, przyszedł Unai Emery, który generalnie jest miłym facetem, kibice zaczęli narzekać na przysłowiowy brak jaj obecnego menedżera. Przez pół poprzedniego sezonu faktycznie mieliśmy trenera z jajami (bo to jedno trzeba oddać Ronaldowi Koemanowi). I co, było lepiej?

Pragnę powiedzieć, że primo – dajmy nowemu trenerowi trochę czasu. Ferguson też nie od razu United zbudował. A secundo – mierzmy siły na zamiary, nie każdy może być mistrzem świata. Są sytuacje, w których, zamiast cieszyć się sukcesami, trzeba zadowolić się brakiem spektakularnych porażek.

Amen.

Przewiń na górę strony