Nie przegap
Strona główna / Blamaż, klęska, dramat, nie wierzę…

Blamaż, klęska, dramat, nie wierzę…

Manchester United 1 - 4 Liverpool
A miało być tak pięknie. Nawet w najczarniejszych snach nie przewidywałem takiego rezultatu. Oczekiwania były całkowicie odwrotne: to United miało rozbić Liverpool i wybić przeciwnikom z głowy marzenia o tytule mistrzowskim. Dzisiaj jednak pogrążyliśmy samych siebie.

Rzut karny dla Manchesteru, gol Ronaldo i 1:0 dla United. Miłe, strasznego początki. Otwarcie meczu zdecydowanie dla United, znaczna przewaga w posiadaniu piłki. Nie minęło 5 minut i pierwszą bramkę dla The Reds strzelił Nemanja Vidić. Inaczej tego nie można nazwać. Drugą Evra, trzecią znowu Vidić, a czwartą do spółki strzeliła cała nasza okrojona obrona.

Nie ma chyba sensu opisywać przebiegu spotkania, każdy widział ten dramat. Manchester przegrał dzisiaj z samym sobą, co jednak nie umniejsza dokonania Liverpoolu. Benitez zaliczył w tym sezonie dublet w starciu z Fergusonem, co jeszcze przed rozpoczęciem tego meczu było dla mnie do pomyślenia.

Najlepsza obrona w Europie, a w szczególności jej tegoroczna prominentna postać – Vidić – zawiodła na całej linii. Serb fatalnie zachował się w pierwszej połowie i podarował piłkę Torresowi. A pomyśleć, że w poprzednim sezonie Hiszpan ledwo co dotknął piłkę w dwumeczu z United. Evra swoim wślizgiem niemalże ustawił piłkę na jedenastym metrze. Karny był już tylko formalnością.

Była 75. minuta i jeszcze każdy wynik był możliwy. Potrójna zmiana w Manchesterze miała zmienić oblicze meczu. Park, który wywalczył rzut karny, był równie bezproduktywny co reszta kolegów z zespołu. Anderson także nic nie pokazał. Carrick mógł nawet grać dalej ale prawda jest taka, że nie można było osłabiać ani linii ataku ani defensywy. Obrona osłabiła się sama…

Najpierw Torres, później Gerrard. Oboje zrobili z Vidićiem co chcieli, ale to kapitan gości odniósł z tego większa korzyść: czerwoną kartkę dla Serba i gol z rzutu wolnego i już było 1:3. A potem 1:4.

Wayne Rooney

Wayne Rooney podczas przegranego meczu z Liverpoolem nie krył zażenowania postawą swojej drużyny.

Paradoksalnie nie zagraliśmy katastrofalnego spotkania. Wykończyły nas indywidualne błędy obrony, która podała Liverpoolowi 3 bramki. I znów niespodziewanie, mecz dla gości wygrał ten na, którego mogliśmy do tej pory stawiać w ciemno, że nie popełni żadnego głupiego błędu. Nie przekreślam tego, co serbski defensor zrobił dla nas w tym sezonie, ale dzisiaj po prostu przeszedł samego siebie, w negatywnym tego określenia znaczeniu. Przed spotkaniem bardziej się obawiałem o formę Rio Ferdinanda, a tu taki klops. Jestem przekonany, że Johnny Evans nie zagrałby takiej 'kaszany’. Ale gdybać teraz można, a wynik pozostanie niezmieniony. Zawiedli wszyscy, i to na całej linii. Po takiej porażce świętokradztwem byłoby kogokolwiek wyróżniać za postawę na boisku.

Dzisiaj przegraliśmy na Old Trafford po raz pierwszy w tym sezonie i zakończyła się nasza passa 11 ligowych zwycięstw z rzędu. A tak ładnie to wyglądało w telewizji, gdy realizator prezentował przedmeczowe statystyki: Man Utd recent form: W W W W W”. 4 bramki ostatnio straciliśmy w pamiętnym meczu z Middlesbrough, zakończonym identycznym wynikiem, tylko, że rozgrywanym na wyjeździe. Po tym meczu Roy Keane nie przebierał w słowach w wywiadzie dla klubowej telewizji, mówiąc o gwiazdach i gwiazdeczkach w zespole. Jestem pewien, że Ferguson w szatni też nie szczędził 'pochwał’ w kierunku swoich podopiecznych. Dzisiaj męska rozmowa w zespole i porządna suszarka, a jutro wychodzimy na trening i bierzemy się ostro do roboty.

Zimny prysznic dla Czerwonych Diabłów to jedyny pozytyw dzisiejszego blamażu. Po 11 konsekwentnych wygranych w Premier League i pokonaniu Interu poczuliśmy się zbyt pewni siebie. Lepiej było dostać prztyczek w nos w lidze niż w pucharach, w których przegrywający odpada. W poprzednią środę zagraliśmy tak naprawdę średni mecz, ale Mediolańczycy nie byli po prostu tacy świetni na jakich kreowała ich europejska prasa. A Liverpool w przeciągu tygodnia rozłożył Real Madryt i United. I to po czwóreczce. Brawo.

Przestrzegałbym jednak kibiców The Reds przed zbytnim optymizmem. Nadal jesteśmy liderem, mamy 4 oczka przewagi i jedno spotkanie zaległe. A Manchester jak nikt inny potrafi podnieść się po porażce. Niemniej jednak, szkoda tego meczu. Wolałbym przegrać z Newcastle lub Blackburn niż musieć znosić takie upokorzenie ze strony Liverpoolu. A było to spotkanie z gatunku tych za 6 punktów.

Na zakończenie słowa sir Alexa wypowiedziane po drugiej w sezonie 2006/2007 porażce z Arsenalem:

Tylko prawdziwi mistrzowie wychodzą i pokazują swoją wartość po porażce – i ja oczekuję tego od nas.

GLORY GLORY MAN UNITED!!!

Przewiń na górę strony