Nie przegap
Strona główna / Trudne tematy / Katharsis już trwa

Katharsis już trwa

Roman Abramovich
Łukasz Szoszkiewicz w opublikowanym przed świętami tekście wyraził nadzieję, że wszechobecny kryzys finansowy wyjdzie na dobre piłce nożnej, zmniejszając rolę pieniądza oraz powstrzymując „ekspansję Abramowiczów, szejków i Glazerów”. Tymczasem w mojej opinii świadkami pewnego oczyszczenia futbolu jesteśmy już od kilku lat – z tym, że w formie nieco innej, niż ta zasugerowana przez Łukasza. Zaryzykuję także stwierdzenie, że obecny dołek ekonomiczny może spowodować pewne zmiany w finansowym aspekcie przedsięwzięć sportowych, ale nie będą one tak ambitne, jak chciałby tego nasz redakcyjny kolega. Krótko mówiąc: katharsis już trwa, tyle, że trzeba się go dopatrywać nie w stanie kont bankowych, lecz w tym, co dzieje się na boiskach.

Łukaszowi, podobnie jak sporej rzeszy sympatyków piłki nożnej, nie podoba się nadmierna komercjalizacja tej dyscypliny. Ja także nie jestem entuzjastą tego zjawiska. Jego logika każe mi jednak przewidywać, że w tej materii nie stanie się w najbliższym czasie żaden cud. Kryzys bowiem jedynie chwilowo podważa finansowe możliwości potencjalnych inwestorów zainteresowanych wpompowaniem funduszy w klub, reprezentację czy imprezę sportową. Nie zmienia natomiast podstawowego mechanizmu, który napędza całą tę machinę. Sektor prywatny traktuje wykładanie pieniędzy na sport jako inwestycję, która ma się zwrócić w postaci poprawy wizerunku firmy, większej rozpoznawalności jej loga czy zwiększonej sprzedaży produktów. Reklama dźwignią handlu.

Obecna trudna sytuacja światowej gospodarki nie zmienia faktu, że sport daje się znakomicie wykorzystywać do celów marketingowych (często nawet lepiej niż zwykła reklama telewizyjna lub radiowa). Część firm może zostać zmuszona do obcięcia wydatków na reklamę i sponsoring, przez co niektóre kluby, federacje lub organizatorzy imprez sportowych będą mieli nieco większy problem ze znalezieniem funduszy. Ale kryzys nie zachwieje popularnością sportu i najbardziej rozpowszechnionych jego dyscyplin, w tym futbolu. Co za tym idzie, nadal będzie znakomitym polem do inwestycji w reklamę, a więc karuzela rozkręci się ponownie, gdy tylko poprawi się kondycja przedsiębiorstw.

Niektóre drużyny, o czym pisał Łukasz, rzeczywiście mogą mieć w najbliższym czasie trudności ze znalezieniem odpowiednio hojnych sponsorów. Liga rosyjska, gdzie szereg drużyn jest wspieranych przez koncerny surowcowe, może być interesującym laboratorium doświadczalnym w tej kwestii. Nie sądzę jednak, by w skali Europy czy też całego świata upadło szczególnie wiele klubów. W miejsce jednych inwestorów pojawią się inni, którzy w mniejszym stopniu odczują trudności ekonomiczne. Ewentualnych pożytecznych zmian dopatrywałbym się natomiast w mentalności klubowych zarządów i menedżerów. Będą oni zmuszeni zwracać pilniejszą uwagę na to, kto jest ich sponsorem i w jakiej kondycji się znajduje. Co więcej, obecna sytuacja może skłonić do czegoś, co ekonomiści nazwą „dywersyfikacją źródeł dochodów”. Mówiąc prościej: jeśli naszym jedynym poważnym sponsorem jest Gazprom, Łukoil lub bank Fortis, może warto zawczasu zadbać o pozyskanie do współpracy szeregu stabilniejszych finansowo (nawet jeśli mniejszych) firm. A Roman Abramowicz niekoniecznie jest wymarzonym kandydatem na właściciela…

Jeśli jednak chcemy mówić o najistotniejszym przejawie „oczyszczenia” futbolu, powinniśmy poszukać go na stadionach, podczas meczów. Co więcej, to kluczowe katharsis nie jest kwestią przyszłości – ono odbywa się na naszych oczach już od kilku lat. Pomyślcie o drużynach, których właściciele słyną z rozrzutności w gospodarowaniu klubem: Interze Mediolan Massimo Morattiego czy Chelsea Romana Abramowicza. Żaden z tych zespołów nie odnosi takich sukcesów, o jakich marzą ich włodarze. Niby udało im się wygrać mistrzostwa kraju, i to więcej niż raz. Ale nie oszukujmy się: zarówno Moratti, jak i Abramowicz wydawali grube miliony na zbudowanie super-drużyn po to, by zawładnąć nie tylko krajową ligą, ale także (a powiedziałbym nawet, że przede wszystkim) Ligą Mistrzów. Obaj, jak dotąd, muszą obejść się smakiem.

Sięgając kilka lat wstecz można także przytoczyć przykład madryckiego Realu. Jest oczywiście kilka istotnych różnic między „Królewskimi” a, dajmy na to, Chelsea, o których musimy pamiętać. Po pierwsze, struktura własności hiszpańskiego klubu jest inna – nie należy on do jednego, bajecznie bogatego człowieka. Po drugie, ekipa z Santiago Bernabeu na przełomie wieków święciła triumfy zarówno w kraju, jak i na arenie europejskiej, trzykrotnie sięgając po trofeum Ligi Mistrzów. Dobre czasy skończyły się jednak, gdy poczynania prezydenta Florentino Pereza doprowadziły ideę „Los Galacticos” do absurdalnych kształtów i rozmiarów. Drużyna wypełniona medialnymi gwiazdami, lecz pozbawiona niezbędnej równowagi i otoczona organizacją skupioną na celach marketingowych, a nie sportowych, zwyczajnie zawiodła, staczając się w kilkuletni kryzys, z którego nie podniosła się na dobre do dnia dzisiejszego.

To właśnie jest dla mnie największe katharsis współczesnej piłki. Sport, nawet gdy zalewany jest astronomicznymi kwotami pieniędzy, nie poddaje się całkowicie ich rządom. Kolejne sezony przekonują nas o tym, że nie można sobie tak po prostu kupić zwycięstwa. To, co najcenniejsze, najbardziej prestiżowe i pożądane – co w tym wypadku uosabiane jest przez Puchar Mistrzów – zawsze wymaga czegoś więcej, niż głębokiej kieszeni. Triumf trzeba wygrać, wyszarpać na boisku, wykazując się czysto sportowymi umiejętnościami, uporem, czasem idąc na przekór przeciwnościom losu i typom bukmacherów. Maszyny do wygrywania, które chcieli zrobić ze swoich drużyn Moratti czy Abramowicz, zawsze w którymś momencie przegrywają: z Liverpoolem, Valencią, Villarrealem, Barceloną czy Milanem, by wymienić przykłady z ostatnich lat. Nie są to rywale słabi czy pozbawieni gwiazd, ale to, co jest tu najważniejsze to fakt, że zespoły te są budowane w sposób bardziej zrównoważony i racjonalny. Materia nie góruje nadmiernie nad duchem. Taka mieszanka na boisku okazuje się silniejsza od wartości samego pieniądza.

Niektórzy mogliby kwestionować moje wywody wypominając, że przecież Liverpool czy Manchester United, które w Lidze Mistrzów zwyciężały, także zostały przejęte przez zagranicznych właścicieli. Owszem, ale czy rodzina Glazerów lub panowie Hicks i Gillet zachowują się tak samo, jak Abramowicz? Po wykupieniu klubu nie rzucili się na rynek transferowy szastając na lewo i prawo kosmicznymi sumami za każdego zawodnika, którego gra im się podoba. Pozostawili prowadzenie klubu zarządom i menedżerom, a ci inwestują pieniądze właścicieli oszczędniej i ostrożniej, wtedy tylko, gdy uznają to za naprawdę potrzebne. Barcelona, w czasie gdy była na drodze ku zwycięstwu w sezonie 2005/2006, wyciągnęła się ze sporych długów pozostawionych przez poprzedni zarząd. Posiadanie zasobnej sakiewki nie musi automatycznie oznaczać rozrzutności. W tym widzę istotną różnicę między polityką United lub Liverpoolu, a poczynaniami Interu, Chelsea czy też Realu.

Współczesne realia sprawiają, że obecności pieniądza w sporcie nie da się całkowicie wyeliminować, ani nawet znacząco ograniczyć. Droga ku temu – jeśli w ogóle zdecydujemy się kiedyś na nią wejść – musiałaby być długa i naznaczona zmianami, które są na dzień dzisiejszy nie do pomyślenia. Kryzys finansowy niczego w tej materii nie zmieni. Jednakże europejski futbol nie jest skazany na całkowite zagubienie w morzu dolarów i euro swojej pięknej, sportowej strony. Ostatnie lata są tego najlepszym dowodem. Jeśli chcemy być świadkami ”uzdrowienia” piłki od wszechwładzy mamony, przypatrzmy się radości tych, którzy na przestrzeni kilku ostatnich sezonów wznosili w geście zwycięstwa puchar Ligi Mistrzów. Katharsis właśnie trwa, nawet jeśli w formie nie tak pełnej, jakiej byśmy sobie życzyli. Umiejmy to docenić.

Przewiń na górę strony