Nie przegap
Strona główna / Manchester United / Real Madryt męczy mnie.

Real Madryt męczy mnie.

Real Madryt męczy mnie.
Kilka dni temu na swoim internetowym blogu Rafał Stec opublikował tekst pt. “Tylko Real podbiera cudze megagwiazdy”. Dziennikarz “Gazety Wyborczej” wykazuje w nim, iż – co wywnioskować idzie z samego tytułu – żaden inny europejski klub z elity nie próbuje podkupywać od innych potęg ich największych gwiazd. Wywód jest prosty i klarowny, i nie ma możliwości się z nim nie zgodzić, lecz mnie osobiście zastanawia fakt, że dopiero teraz ktoś to wszystko zauważył i o tym napisał. Sam, jako kibic Manchesteru United, byłem tego świadom od dawna, wszak często to zawodnicy z Old Trafford stawali się transferowymi celami włodarzy klubu ze stolicy Hiszpanii.

Madrycki Real, po kilku upokarzających dlań sezonach, od dwóch lat znów panuje na własnym podwórku (choć dotychczasowy przebieg bieżącego sezonu wskazuje na to, że krajowa hegemonia może wkrótce się skończyć), jednak od czasu ostatniego triumfu w Lidze Mistrzów w roku 2002, jego zmagania na arenie międzynarodowej to jedno wielkie pasmo klęsk. Niepowodzenia na boisku doprowadziły do upadku koncepcji “galacticos” i jej twórcy, prezesa klubu Florentino Pereza, zatem ambicje ściągania do Madrytu wszystkiego, co najlepsze i najdroższe w piłkarskim świecie, zostały na pewien okres powściągnięte. Taki stan jednak nie mógł trwać wiecznie. Charakterystyczna dla hiszpańskich klubów struktura własności i ich sposób zarządzania, które zakładają, że opłacający składki członkowskie socios wybierają co jakiś czas władze klubu, funkcjonuje także i w Realu Madryt. Ponieważ z kolei socios madryccy są bardzo wybredni i uważają, że miejsce ich klubu jest na samym szczycie oraz nie lubią się godzić z porażkami, w stołecznym klubie w ostatnich latach co rusz wybucha walka o władzę. Aby uzyskać poparcie, trzeba coś ludziom obiecać, no więc każdy kandydat, czy też kandydat na kandydata, tudzież kandydat na kandydata na kandydata, ściga się wyborczymi obietnicami z resztą kandydatów, kandydatów na kandydatów oraz kandydatów na… niech tam, odpuszczę sobie tę złośliwość. Tożsame obietnice składać musi urzędujący prezes, by utrzymać poparcie, jakim go obdarzono. System taki sprawia, że co chwilę któraś z gwiazd pozostałych europejskich wielkich klubów znajduje się w orbicie zainteresowań Królewskich. Wszak Real klubem wielkim jest, toteż piłkarze, którzy go zasilają, również wielcy być muszą.

A gdzie w tym wszystkim Manchester United? – ktoś mógłby zapytać. Otóż śmiem twierdzić, że to właśnie w głównej mierze na MU skupiła się w tym dziesięcioleciu madrycka żądza wyrywania konkurencji wszystkiego, co u niej najlepsze. Od 2003 r. w mojej ocenie Real Madryt stał się dla włodarzy i fanów United tym, co Anglicy w swojej ojczystej mowie dosadnie określają, jako pain in the arse. Pierwszą transferową sagą na linii MU-Real była sprawa transferu Davida Beckhama. Odejdzie, czy nie odejdzie? – zastanawiali się wszyscy. Wszak Ferguson kopnął go butem w głowę, a po ćwierćfinałowym dwumeczu LM sam zawodnik, jak to pięknie określił pierwszy telewizyjny piewca “galacticos”, nieoceniony komentator Borek, nie wymienił się koszulkami, lecz “dostał prezent od Zinedine’a Zidane’a”. Beckham, jako największy “galactico”, który jeszcze nie był “galactico”, ostatecznie odszedł. Przyzwyczailiśmy się, że go już nie ma, ale spokoju nam nie dano. Rok później okazało się, że “galacticos” rady nie dają, więc niezbędny im van Nistelrooy, czyli mamy powtórkę z rozrywki. Saga ta trwała do 2006 r., kiedy to w końcu sam Ferguson już nie chciał Holendra mieć w drużynie i pozwolił mu odejść w wiadomym kierunku. Do tego czasu jednak każde okienko transferowe upływało nam na zadawaniu sobie pytania, czy Ruud odejdzie, czy nie? Jakby nam innych problemów zupełnie brakowało. Ruud w końcu odszedł, następnie – w spokojnych tym razem okolicznościach – jego śladem podążył Gabriel Heinze. Na przestrzeni kilku lat sprzedaliśmy Realowi trzech zawodników. W międzyczasie wyrósł nam w drużynie geniusz. Geniusz z rodzaju tych, którzy jak się odzywają, to się nóż w kieszeni otwiera, ale jak grają, to kopara opada z zachwytu. Zaczęła się tym samym kolejna saga, bo Real Madryt nie byłby Realem Madryt, gdyby nie zapragnął naszego geniusza mieć u siebie. Saga trwa, wszyscy znamy jej przebieg, ale większość z nas zadaje sobie pytanie: czy to się już przypadkiem nudne nie robi? Mnie się jeszcze jedno pytanie nasuwa z kolei – czy Real Madryt nie może sobie powiększyć funduszy na skauting?

Zróbmy rachunek sumienia, uderzmy się w pierś i przypomnijmy sobie, ilu z nas latem tego roku machnęło ze zrezygnowaniem ręką i powiedziało sobie w duchu: “niech on już w końcu odejdzie, niech to już się skończy, niech nam w końcu dadzą święty spokój”? A przecież, gdy widzimy, jak chłopak grał i gra, dziękujemy Bogu, że został. Szczerze, żaden inny klub nie zatruwa nam życia tak, jak madrycki Real.

Przewiń na górę strony